Nie przeszkadzało to im wcale posługiwać się podstępem w rozmowie z Jezusem. Potrafili pogodzić przedziwnie rozumianą gorliwość religijną z fałszem; wiarę w jedynego Boga z nienawiścią. Faryzeusze są przykładem ludzi, dla których wiara przestała być treścią życia, a stała się jedynie zbiorem rytualnych przepisów, których zachowanie ma gwarantować poczucie bezpieczeństwa na przyszłe, pośmiertne życie. Będąc nadal wyznawcami religii, rozstali się z wiarą. Choć nieświadomi tego, podobni byli do swych praojców, którzy pod górą Synaj zapragnęli oddawać cześć złotemu cielcowi, dziełu ich rąk, a raczej serc, które przestały być wrażliwe na Boże Prawo i zapomniały o zawartym Przymierzu.
Dzisiaj Jezus mówi im, że powinni oddać Bogu to, co do Boga należy! Aby to uczynić, musieliby się na nowo narodzić. W Ewangelii Janowej Jezus wyjaśnia to Nikodemowi, człowiekowi z ich grona: „Trzeba wam się powtórnie narodzić” (J 3, 7). Musieliby narodzić się na nowo, aby rozstać się ze starym człowiekiem, który w nich był i owocował pełnym nienawiści podstępnym pytaniem. Musieliby rozstać się z bożkami, którym oddawali cześć, choć w swoim przekonaniu czcili tylko jedynego Boga Jahwe. Byli zbyt zatwardziali w swoim rytualizmie, aby dostrzec konieczność nawrócenia. Dlatego spotkanie z Jezusem nie mogło zakończyć się inaczej: ,,(...) i zostawiwszy Go, odeszli”.
Radości powtórnych narodzin dostąpili Tesaloniczanie. Dali oni świadectwo wiary, miłości i wytrwałej nadziei. A przecież powtórne narodziny oznaczały dla nich decyzję radykalną: ,,(...) nawróciliście się od bożków do Boga, by służyć Bogu żywemu i prawdziwemu” (l Tes 1, 9). Tesaloniczanie zostali zaproszeni na ucztę Chrystusa, ale to miejsce było przeznaczone dla tych, którzy „(...) zlekceważyli to i poszli: jeden na swe pole, drugi do swego kupiectwa (...)” (Mt 22, 5). Znaleźli się pośród tych, którzy zajęli miejsca przeznaczone wcześniej dla specjalnie zaproszonych.
Oddać Bogu to, co do Boga należy – to także zadanie współczesnych wyznawców Chrystusa. Jestem pośród nich. Oddaję Bogu daninę, a może jałmużnę krótkiego pacierza czy uczestnictwa w niedzielnej Mszy św. Może wzbudzić to we mnie zadowolenie i poczucie bezpieczeństwa. Ale Jezus wzywa nas dzisiaj do odpowiedzi na pytanie: czy naprawdę oddaję Bogu to, co jest Jego, to, co mu się ode mnie należy? Boga nie da się podejść podstępem! Tesaloniczanie zasłużyli na pochwałę nie tylko dlatego, że powtarzali, jak to my często czynimy: „...do kościoła chodzę, pacierz mówię. Więcej nie pamiętam”. Oddali Bogu to, co Boże, wypełnienie Chrystusowego Prawa przez zachowanie Ewangelii w całym jej radykalizmie, wymaganiach. Jakże łatwo chcemy czasem pogodzić naszą „religijność” z nienawiścią, deptaniem drugich, nieuczciwością w wielkich i małych sprawach, zazdrością, zawiścią, brakiem miłości, troską o to, aby się „odegrać”, „wyjść na swoje”, nie dać się „zrobić na szaro”.
Miłość skłania nas do sprawiedliwego oddawania Bogu tego, do czego zostaliśmy zobowiązani jako stworzenia. Cnota religijności uzdalnia nas do takiej postawy. Jej pierwszym aktem jest adoracja. Adorować Boga oznacza uznać Go za Stwórcę i Zbawiciela, za Pana i Mistrza wszystkiego, co istnieje, za nieskończoną i miłosierną Miłość. Oddajmy więc Bogu to, co do Boga należy!