Logo Przewdonik Katolicki

Co wiemy o katastrofie?

Jarosław Stróżyk
Fot.

Po roku od tragicznych wydarzeń w Smoleńsku znamy więcej szczegółów dotyczących katastrofy. Wiele informacji podawanych wcześniej jako sprawdzone okazało się nieprawdziwych. Wciąż nie znamy jednak jednoznacznej odpowiedzi na najważniejsze pytania: dlaczego doszło do katastrofy i kto ponosi za nią odpowiedzialność?




Nieszczęśliwy splot okoliczności czy może zamach? Błąd pilotów, awaria, a może wina obsługi lotniska w Smoleńsku? Teorii na temat przyczyn katastrofy jest wiele. Wszystkie opierają się na jakichś faktach, ale żadna z nich nie jest na tyle oczywista, by rozwiać wszystkie wątpliwości. Dlatego rok po katastrofie na pytanie: co wiemy o jej przyczynach?, odpowiedź brzmi: wciąż niewiele.
Dzisiaj wiadomo jedynie, że bezpośrednią przyczyną katastrofy była zła pogoda panująca na lotnisku w Smoleńsku. Gęsta mgła, która uniemożliwiła normalne podeście do lądowania. Wiemy, że wcześnie rano nie było jej jeszcze na lotnisku Siewiernyj, a jej pojawienie się zaskoczyło nawet obsługę lotniska.

Błędy pilotów?
Natychmiast po katastrofie w mediach pojawiły się informacje, że wina spada na pilotów Tu-154, którzy zdecydowali się lądować w tak niesprzyjających warunkach. Takie opinie nasiliły się po tym, jak opublikowano zapisy z rozmów w kabinie pilotów, które sugerowały, że piloci, mimo iż nie widzieli pasa, a lotnisko nie miało systemu naprowadzania ILS, podchodzili do lądowania, łamiąc przy tym procedury zakładające, że w razie braku widoczności na wysokości 100 m pilot ma obowiązek przerwać lądowanie i odejść na tzw. drugi krąg. Taka jest też główna teza rosyjskiego raportu MAK, który winą za katastrofę obciąża pilotów.

Jednak polskim specjalistom udało się odczytać więcej słów z kabiny pilotów niż Rosjanom. Rzucają one nieco inne światło na zachowanie pilotów. Wynika z nich, że w kokpicie Tu-154 nie było postanowienia o samym lądowaniu, ale o podejściu na wysokość 100 m i dokonanie wówczas ostatecznej oceny, czy można lądować. Na to była też zgoda wieży kontrolnej. Z zapisów wynika, że pierwszy pilot wydał postanowienie o odejściu na drugi krąg na 21 sekund przed katastrofą na wysokości 100 m (tak się załodze wydawało, rzeczywista wysokość nad lotniskiem była wówczas najprawdopodobniej niższa), a drugi pilot to potwierdził. Oznacza to, że piloci zachowali się zgodnie z procedurami. Dlaczego zatem samolot zamiast odejść na drugi krąg wciąż się zniżał, aż doszło do katastrofy? Na to kluczowe pytanie wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Wiadomo jednak, że piloci popełnili pewne błędy, które mogły mieć wpływ na przebieg zdarzeń. Takim błędem było podchodzenie do lądowania na autopilocie. Fakt potwierdzony słowami kapitana samolotu i danymi z rejestratora lotu. Zgodnie z procedurą nie używa się autopilota w przypadku lądowania na lotnisku bez ILS, a tak było w Smoleńsku. Nie działa w takim przypadku przycisk uruchamiający automatyczne odejście samolotu.

Niewyjaśniona pozostaje też kwestia, dlaczego wysokościomierz baryczny Tu-154 nagle zaczął zawyżać wysokość o ponad 150 m. Według części ekspertów doszło do przypadkowego przeskalowania urządzenia przez pilotów. W efekcie podczas podchodzenia do lądowania  załoga musiała najprawdopodobniej korzystać z radiowysokościomierza, który pokazywał wysokość nie od poziomu lotniska, ale od gruntu pod samolotem. To przy nierównościach terenu (samolot przelatywał nad jarem) fałszowało pozycję maszyny i mogło się przyczynić do katastrofy. 

Wina Rosjan?
Nie brakuje też stwierdzeń, że winę za katastrofę ponoszą Rosjanie, którzy dopuścili do lądowania w takich warunkach oraz wprowadzali pilotów w błąd. Raport MAK zupełnie pominął zachowanie wieży kontrolnej lotniska w Smoleńsku. Tymczasem z ujawnionych przez stronę polską zapisów rozmów kontrolerów lotu wynika m.in., że kontrolerzy konsultowali swoje decyzje z wyższymi władzami, co było złamaniem procedur, i podali załodze Tu-154 nieprawdziwe dane dotyczące widoczności na Siewiernym oraz informowali ją, że samolot jest „na kursie, na ścieżce”, gdy w rzeczywistości nie był. Nie wiadomo, na ile wynikało to z błędów kontrolerów, a na ile z działalności przestarzałej aparatury, która na lotnisku w Smoleńsku była zamontowana. Wiadomo jednak, że kontrolerzy wydali załodze Tu-154 zgodę na próbne podejście do lądowania, nie zamknęli lotniska i nie skierowali samolotu na lotnisko zapasowe (mimo że wcześniej o tym z pilotami rozmawiali). Wiadomo też, że komenda „horyzont”, nakazująca przerwanie podejścia, padła ze strony obsługi wieży za późno.

Ustalenia polskich śledczych potwierdziły też informacje o tym, że Rosjanie nie przysłali swojego nawigatora, który pomógłby załodze podczas lądowania, chociaż strona polska zwracała się z prośbą o to w trakcie organizacji wizyty.

Presja na załogę?
Popularna w mediach była także teza, że na załogę Tu-154 wywierano presję w celu podjęcia decyzji o lądowaniu. Dowodzić tego miała obecność w kabinie pilotów dowódcy Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika (wynika tak z ustaleń śledczych, według których głos jednej z osób znajdujących się w kabinie należy do generała). Jednak w zapisach rozmów nie znaleziono żadnych słów mogących sugerować, że gen. Błasik zmuszał załogę do lądowania czy w ogóle sugerował podjęcie takiej decyzji.

Tezę o presji wzmacniała plotka, że jeszcze przed wylotem Tu-154 miało na Okęciu dojść do kłótni między gen. Błasikiem a pilotem kpt. Arkadiuszem Protasiukiem. Media podały nawet informację, że ma istnieć nagranie, które ją zarejestrowało. Jednak w śledztwie okazało się, że takiego nagrania nie ma, a żaden ze świadków zeznających w prokuraturze nie potwierdził, by jakaś kłótnia między generałem a pilotem miała miejsce.

Nie znaczy to jednak, że załoga nie działała pod żadną presją. Sam fakt, że wiozła do Katynia rodziny pomordowanych tam żołnierzy i ważnych polityków oraz generałów, którym bardzo zależało na tym, by uczestniczyć w uroczystościach, zapewne miał znaczenie przy podejmowaniu decyzji o próbnym podejściu do lądowania w tak trudnych warunkach.  


Nieprawdziwe informacje
Rok po katastrofie wiemy więc więcej o jej przebiegu. Nie na tyle jednak, by ostatecznie stwierdzić, kto jest jej winien. W ciągu tego roku udało się jednak wyjaśnić wiele nieprawdziwych informacji, które na jej temat pojawiały się w mediach. I tak np. zweryfikowano godzinę katastrofy. Pierwotnie podawano, że Tu-154 rozbił się o godz. 8.56. Jednak okazało się, że miało to miejsce kilkanaście minut wcześniej, godz. o 8.41. Podawano także informację, jakoby prezydencki samolot miał kilkukrotnie podchodzić do lądowania. Dziś wiemy, że była tylko jedna taka próba zakończona tragicznie.

Po dokładnym odczytaniu zapisów rozmów z kabiny pilotów wiemy też, że załoga nie mówiła m.in.: „patrzcie tak lądują debeściaki” oraz o tym, że prezydent „się wkurzy” jak nie wylądują, co było roztrząsane w mediach. Tego typu dezinformacje oraz dziwne zachowanie Rosjan wzbudzają wśród wielu osób podejrzliwość. Ich zdaniem fakty, że strona rosyjska błyskawicznie po katastrofie wycięła drzewa w pobliżu pasa startowego, pocięła wrak tupolewa oraz dopuściła do tego, by niszczał pod gołym niebem przez wiele miesięcy, zanim  w końcu go przykryto, sugerują, że Rosjanie maczali palce w katastrofie. Miałoby to potwierdzać również uporczywe zrzucanie przez stronę rosyjską całej odpowiedzialności na pilotów i utrudnienie polskim śledczym dostępu do dowodów (m.in. odmowy przekazania czarnych skrzynek i wraku Tu-154). Jednak, mimo że hipotez zamachu jest kilka, opierają się one głównie na poszlakach, a żadna z nich nie została w przekonujący sposób udowodniona. Dlatego dzisiaj najbardziej prawdopodobną przyczyną katastrofy jest nieszczęśliwy splot wydarzeń z 10 kwietnia, od złej pogody, przez ludzkie błędy, na fatalnym stanie lotniska kończąc.

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki