Logo Przewdonik Katolicki

Wózkiem do nieba

Monika Białkowska
Fot.

Jeśli do nieba prowadzą wysokie schody, to dla niego wybudowano podjazd, żeby 12 czerwca tego roku mógł tam wjechać na swoim inwalidzkim wózku. A on skorzystał z niego z szerokim uśmiechem na twarzy

 

Jeśli do nieba prowadzą wysokie schody, to dla niego wybudowano podjazd, żeby 12 czerwca tego roku mógł tam wjechać na swoim inwalidzkim wózku. A on skorzystał z niego z szerokim uśmiechem na twarzy.

 

Kiedy Kościół ogłosił błogosławionym Manuela Lozano Garrido, odpowiedział na prośbę blisko dwóch tysięcy dziennikarzy, którzy o tę beatyfikację zabiegali. I trudno się dziwić tej prośbie – Lolo, jak nazywali go bliscy, był przecież jednym z nich, przez całe swoje życie zajmował się pisaniem. A wszystko w jego życiu zdawało się być trudniejsze niż zwykle.

 

Zaczęło się w Ogrójcu

Manuel Lozano Garrido urodził się w 1920 roku w miasteczku Linares na południu Hiszpanii. Jako młody chłopak wstąpił do Akcji Katolickiej, co wyznaczyło kierunki jego pobożności – eucharystycznej i maryjnej.

Tymczasem w kraju na początku lat 30. doszli do władzy republikanie, którzy rozpoczęli walkę ze wszystkim, co kojarzyło się z upadłą monarchią. Pierwszą ofiarą stał się Kościół. Rozwiązano zakon jezuitów, władze przejęły kościelny majątek, zlikwidowano lekcje religii w szkołach i zabroniono księżom uczyć. Po 1934 r. prześladowania stały się bardziej krwawe: zamordowano 13 biskupów, 4184 księży i seminarzystów, 2365 zakonników, 283 siostry zakonne i około 4 tysięcy świeckich, którzy udzielali pomocy lub ukrywali kapłanów. Kościoły masowo palono, starając się zniszczyć wszelkie ślady wiary – w samej Walencji zniszczono ich ponad tysiąc. Hostie wyrzucano z tabernakulów na ulicę.

Lolo miał wówczas 16 lat. Nie mógł przyglądać się temu spokojnie. Jedyny kapłan z Linares, który uniknął aresztowania, wyznaczył go do potajemnego roznoszenia Komunii św.  chorym i wszystkim, którzy tego pragnęli. Chodził więc od domu do domu z małym pudełeczkiem, w którym ukryty był Najświętszy Sakrament, wiedząc, że tą działalnością ryzykuje życie. Wkrótce potem Manuela Lozano Garrido trafił do więzienia.

Był Wielki Czwartek 1937 roku. Lolo i inni młodzi, zatrzymani za podobną działalność, przebywali w więzieniu. Lolo z włókien miotły zrobił różaniec, na którym wspólnie się modlili. Z worków i miotły urządzili w celi ciemnicę i spędzili całą noc na adoracji Najświętszego Sakramentu, który przemycono im ukryty w bukiecie kwiatów. To był ich mały, ale jakże prawdziwy Ogrójec.

 

Krzyż wbity w maszynę

Prześladowania chrześcijan ustały z chwilą przejęcia władzy przez generała Franco. Wkrótce potem wybuchła II wojna światowa, a dla Manuela rozpoczął się czas jego prywatnego, cichego męczeństwa. W 1942 roku zdiagnozowano u niego zapalenie rdzenia kręgowego, w wyniku którego jego ciało zostało zdeformowane i przykute do wózka inwalidzkiego. Miał wówczas zaledwie 22 lata, a paraliż z roku na rok postępował, powodując jednocześnie ból kości. Pod koniec życia, po 28 latach choroby, Lolo mógł poruszać już tylko kciukiem, a przez dziewięć ostatnich lat życia był ociemniały.

Jeszcze przed chorobą pasjonowało go dziennikarstwo, a paraliż nie przeszkodził mu w tej pracy. Kiedy jeszcze mógł poruszać palcami, przyjaciele podarowali mu maszynę do pisania. Pierwsze, co na niej napisał, to słowa: „Panie, dziękuję. Pierwsze słowo, twoje imię; niech będzie zawsze siłą i duszą tej maszyny”.

 

Pisać na kolanach

Kiedy Manuel stracił władzę w prawej ręce, nauczył się pisać lewą. Kiedy i ona została sparaliżowana – nagrywał swoje teksty na magnetofon. Jego siostra Lucy spisywała jego słowa i w ten sposób powstawały nie tylko liczne artykuły i bajki, ale i dziewięć książek. Pisząc, zdawał sobie sprawę, że to nie tylko zarabianie na chleb, ale i powołanie, któremu potrzeba wsparcia modlitwy. Zorganizował więc grupę „Synaj” – małe wspólnoty osób chorych, które modliły się w intencji poszczególnych tytułów prasowych, a w zamian otrzymywały od Manuela redagowaną przez niego gazetę dla chorych.

Przy całej pobożności jego praca była niezwykle profesjonalna. Ks. Jose Luis Martin Descalzo wspomina: „Manolo był żyjącym archiwum wszystkiego: głosów, myśli, przemyśleń... Jego wspaniała pamięć klasyfikowała wszystko. Wyrecytował mi fragment jakiegoś mojego artykułu opublikowanego osiem lat temu, o którego istnieniu nawet nie pamiętałem. Będąc ślepy, miał wewnętrznie sfotografowane to, co w latach światła zobaczył”. „Szukaj, mówił siostrze, w niebieskiej teczce numer cztery, tam jest artykuł gazety „Ya” w trzech kolumnach, który mówi o śmierć Jana XXIII”.

Sam Manuel zaś pisał o swojej pracy, radząc i innym dziennikarzom: „Kiedy piszesz, musisz to czynić na kolanach, by kochać. Pracuj nad chlebem czystej informacji z solą stylu i zaczynem tego, co wieczne. Ofiarują go „pokrojonego”, ale nie pozbawiaj człowieka radości smakowania, osądzania i asymilowania”.

 

Profesjonalista nadziei

Źródłem radości i umocnieniem w cierpieniu była dla Lolo modlitwa, przede wszystkim zaś Eucharystia. Przez 28 lat spędzonych na wózku codziennie przyjmował Komunię św., przynoszoną mu przez księży z Linares. Kiedy otrzymał zezwolenie na odprawienie Mszy św. w domu, pod stołem, który służył za ołtarz, kazał ustawić swoją maszynę do pisania.  „Niech w ten sposób drzewo krzyża wbije się w klawiaturę i zapuści w niej korzenie!” – prosił.

Przyjaciel Manuela, ks. Jose Luis Martin Descalzo, wspomina:  „Bóg nie był dla niego bajką. Wierzyć i być chrześcijaninem to nie był dla niego drugorzędny przymiotnik. To stało się dla niego jak zawód: On zajmował się byciem chrześcijaninem. Zajmował się byciem wierzącym. Wskutek tego oczywiście był radosny. Paraliż nie uwięził jego duszy. Odwrotnie. Jak mocno interesował się światem! Z jakim zapałem zajmował się biegiem i życiem Kościoła! Jak bardzo rozumiał jego kryzysy i jak mało trwożył się nimi! On był profesjonalistą nadziei!”.

 

Wszystko jest łaską

Ks. Descalzo opisał również ostatnią Mszę św., którą odprawiał w pokoju Manuela Lozano Garrido. „W małym pokoju z trudnością mieścił się ołtarz, między łóżkiem i wózkiem inwalidzkim. Był przede mną, ale już przemieniony w szkielet (Kiedy kładłeś rękę na jego ramieniu, to jak byś dotykał jego kości). Odpowiadał na moje liturgiczne słowa z radością młodego kleryka. I prawie wstydziłem się z tego, że to ja odprawiałem Mszę, kiedy Manolo wydawał się być bardziej księdzem niż ja, przede wszystkim bardziej ofiarą. (...) Teraz dostałem pocztówkę, która mówi o jego śmierci.

Na pocztówce do wszystkich bliskich osób umierający Manuel napisał: «Przyjaciele: Na jakiś czas nie będziemy się widzieć; idę przed wami na spotkanie z Ojcem. Dziękuję wam za to, że byliście przy mojej śmierci, tak jak byliście obok mojego wózka inwalidzkiego. Nadal będę waszym i wznawiam spotkanie w Radości. Troszczcie się o Lucy. Pamiętajcie, że wszystko jest łaską»”.

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki