Cztery miesiące w Polsce

Swoimi wrażeniami z czteromiesięcznego pobytu w Polsce dzielą się Étienne i Joaquim, młodzi francuscy wolontariusze z Taizé.
Czyta się kilka minut

 

Czy mając w perspektywie czteromiesięczny pobyt w Polsce, przygotowywaliście się do niego w jakiś szczególny sposób?

Étienne: Tuż przed wyjazdem z Taizé mieliśmy tydzień przygotowań. brat Marek z Taizé opowiadał nam o kulturze, historii Polski, samego Poznania, wspominał o życiu religijnym. Chodziło o to, żebyśmy się szybko odnaleźli w polskiej rzeczywistości.

 

A język?

Joaquim: To były raczej nasze osobiste inicjatywy. Jeden z naszych kolegów, przeczuwając, że może być wysłany do Poznania sam zaczął się uczyć polskiego już w styczniu i dziś mówi lepiej niż niektórzy bracia. Ja uczyłem się „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario” z siostrami urszulankami w Taizé.

 

Zapewne przyjazd do Polski związany był z jakimiś oczekiwaniami, a potem było wiele zdziwień i zaskoczenia…

J.: Spodziewałem się ciepłego przyjęcia i tak rzeczywiście było. Spodziewałem się zobaczyć znaczącą tradycję kościelną i tak też było. Zaskoczyła mnie jednak duża zażyłość, która paradoksalnie współgrała z pewną formalnością, co dla mnie jako Francuza było dziwne. Pomimo tworzących się już więzi przyjaźni nie rezygnowano wobec mnie z ciągłego „proszę bardzo, dziękuję” itd., co odczuwałem jak formalizm. Potem się przyzwyczaiłem, bo zrozumiałem, że tak się przejawia uprzejmość. Poza tym przyjęcie, gościna – to było coś niesamowitego.

Co do Kościoła, wielu rzeczy, które dla mnie były oczywistymi, tu nie spotkałem, np. proboszcza osobiście witającego i żegnającego wiernych przed kościołem – wydawałoby się, że skoro Polacy są tak życzliwi, to oczywiste, że ten gest istnieje. Po prostu nie ma takiej tradycji. Dalej: znak pokoju. Wszędzie inaczej. Dziwne, bo to powinien być jeden wspólny znak. Ale nauczyliśmy się dopasowywać do ludzi.

E.: Poza tym, czuć było zawsze, że istnieje stała grupa – księża, ministranci, zakrystianin – a potem dopiero zgromadzenie. Tak jakby pomiędzy nimi a ludźmi istniała jakaś bariera. Są rzeczy, które wydaje mi się, należą do ludu – modlitwa powszechna chociażby. Dziwiło mnie, kiedy czytał ją ksiądz.

J.: Dla mnie z kolei zaskoczeniem była „cyrkulacja”, jaka miała miejsce pomiędzy kościołem, prezbiterium a zakrystią. Początkowo mnie to dziwiło, a potem bardzo to polubiłem – księża, którzy wychodzą z konfesjonału i idą do prezbiterium, wychodzący na składkę zakrystianin itd. We Francji często jest jeden ksiądz, poza tym nie ma spowiedzi w czasie Mszy, zakrystianin z reguły dołącza do zgromadzenia, a na składkę ludzie sami podają sobie koszyk – tak więc wszystkie racje, dla których tu dokonuje się ten swoisty ruch, u nas nie istnieją.

 

Właśnie, byliście już w tylu kościołach, zjeździliście tyle parafii, że prawdopodobnie znacie archidiecezję poznańską lepiej niż my sami. Jak postrzegacie życie tutejsze parafialne?

E.: Istnieją różnice pomiędzy parafiami. Spotkaliśmy miejsca, gdzie niewiele się działo, ale też i bardzo dynamiczne – takie, gdzie księża widzieli szansę, żeby np. w oparciu i o Taizé zmotywować swoją młodzież i potem wspólnie znaleźć jakąś linię kontynuacji. Naprawdę różne oblicza polskiej parafii.

Poza tym zauważyliśmy, jak bardzo są tu obecni księża. We Francji przekazuje się wiele zadań świeckim – czy to jeśli chodzi o animowanie parafii, czy o katechezę. Tu odczuwa się, że kler jest zawsze obecny. My możemy mieć ważne zebranie bez księdza, a w Polsce zawsze musi być kapłan i wszystkie decyzje muszą przez niego przejść. Nie uważam, żeby to było złe, po prostu jest inaczej.

J.: Mieliśmy jednak wrażenie, że księża nie zawsze potrafią zaoferować młodym jakieś konkretne miejsce w życiu parafii. U nas po bierzmowaniu można podjąć już jakąś odpowiedzialność za Kościół.

E.: Spotkaliśmy wiele ruchów, wspólnot. Ale to, co naprawdę widoczne, można by sprowadzić do podziału na ministrantów i chór. Potem jest luka. Tymczasem gdzieś tam istnieją przecież młodzi, którzy mogliby być bardziej zaangażowani. To tak jakby brakowało ruchu, który rodziłby się z tożsamości parafii, który łączyłby parafię z tym, co na zewnątrz.

 

Wiem, że sami staraliście się też uczestniczyć w życiu parafii, w której mieszkaliście...

J.: Kiedy przyszedł czas Adwentu, podjęliśmy decyzję uczestniczenia wraz z naszą rodziną w roratach. To wiele zmieniło. Biorąc pod uwagę nasz plan zajęć, roraty świetnie się weń wpisywały. To pozwoliło nam o wiele bardziej poczuć się częścią tej społeczności.

E.: Dzięki drobnym znakom, zwłaszcza ze strony dzieci, czuliśmy się już częścią rodziny, potem poczuliśmy się również częścią parafii – wspólne sobotnie śniadania z młodzieżą po roratach, spotkania… Miłe było to, że parafianie nas rozpoznawali i witali się z nami.

 

A jeśli chodzi o porównanie młodych Polaków i Francuzów?

J.: Mieliśmy kontakt z dwoma grupami młodych. Pierwsza to ci, których znaliśmy już dobrze z wcześniejszych spotkań czy z Taizé, i ci, których można było codziennie spotkać w Centrum Przygotowań ESM. Druga grupa to młodzi z ekip przygotowań w parafiach, którzy byli czasem z Taizé mniej związani bądź w ogóle nie mieli z nim kontaktu. Mogę powiedzieć, że nawiązaliśmy z nimi więzi tak samo silne jak z tą pierwszą.

E.: To dotyczy też księży.

J.: Zachowam w pamięci dużą odwagę młodych ludzi zaangażowanych w życie Kościoła, którzy podejmują trud zbudowania pomostu pomiędzy pokoleniem ich rodziców i swoich przyszłych dzieci, bo odczuwa się, że zachodzi w Polsce moment przemiany. Sami Poznaniacy nam o tym mówią.

E.: Odczuwalne jest to w wymiarze społecznym i kościelnym. Obie przemiany zachodzą jednocześnie. Społeczna dokonuje się dość szybko. U nas to już miało miejsce, a tu czuć, że nastaje czas, gdzie rodzą się pytania – o miejsce młodych w Kościele, o miejsce świeckich, formę życia parafii... To jest moment, gdzie wszystko jest możliwe.

J.: Ci młodzi nie chcą dokonywać przewrotu. Bardzo dobrze wiedzą, skąd przychodzą, czym dysponują i na czym trzeba budować teraźniejszość. I robią to dobrze. Dają z siebie wszystko.

 

Jak przebiegała współpraca z Polakami?

E.: Poznaliśmy wszystkie jej barwy – od kontaktu z najmłodszymi, którzy uczęszczają jeszcze do szkół i gdzie trzeba było uważać na to, żeby entuzjazm nie przesłonił im rzeczywistości i żeby ich zbytnio nie obciążyć ze względu na ich szkolne obowiązki – po młodych pracujących czy studentów.

J.: Wielką radością była dla nas pomoc seminarzystów. To chyba pierwszy raz w historii Europejskich Spotkań Młodych, klerycy tak licznie włączyli się w przygotowania. Byli przydzieleni do różnych zadań, często po dwóch lub trzech trafiali do parafii. Włączali się w ich pracę i bardzo pomogli w dniu przyjęcia.

E.: I również podczas Spotkania. Miło było patrzeć, jak cieszą się, że mogą się przydać i poświęcić trochę czasu tej sprawie. To była bardzo piękna współpraca. Trzeba by było jeszcze ich zapytać o zdanie, ale to, co my zauważyliśmy, to że odkrywali inny wymiar Kościół i mieli odwagę brać na siebie dużą odpowiedzialność.

 

Co z tych czterech miesięcy chcielibyście najbardziej zachować w pamięci czy może przenieść na własny grunt?

E.: Wartość gościny. Gotowość przyjęcia gościa ciepłą herbatą, ciastkiem, w każdej chwili.

J.: To było naprawdę coś ważnego – i to nie chodzi dosłownie o ciastko, tylko o fakt, że ugoszczenie drugiego ma takie znaczenie. Dosłownie, jak mówi polskie powiedzenie: „Gość w dom, Bóg w dom”.

E.: To piękne ewangeliczne przesłanie realizowane w codziennym życiu. We Francji tego nie mamy, a tu – zawsze czajnik czy termos z ciepłą wodą pod ręką.

J.: To oznacza gotowość przyjęcia drugiej osoby. Ta materialna strona, ciepła woda, świadczy o dyspozycyjności serca. Doświadczaliśmy tego wszędzie i codziennie.

Druga rzecz, którą chciałbym ze sobą zabrać to, w wymiarze rodzinnym, wspólne śniadania. U mnie, pomimo prób, trudno było zgrać nasze plany zajęć. Myślę, że ważne jednak, by włożyć wysiłek w to, by choć na chwilę zgromadzić całą rodzinę. Nigdy śniadanie nie było dla mnie tak istotne i może nigdy już takie nie będzie.

E.: Pod koniec przygotowań, znalazło się trochę niedzielnego czasu na bycie z rodziną. Wspólna Msza św. i śniadanie - to pamiętam z lat dzieciństwa i miło było do tego wrócić. W Taizé jest na odwrót – przez cały tydzień wszystkie posiłki jemy razem oprócz niedzielnego śniadania, gdzie już przygotowuje się Mszę, przyjeżdżają pielgrzymi itd. Tymczasem to pięknie podkreśla istotę niedzieli.

J.: Następna rzecz to wieczerza wigilijna.

E.: To, że wraz z naszą rodziną przygotowywaliśmy się przez czas Adwentu do narodzin Chrystusa poprzez uczestnictwo w roratach i że potem wraz z tą rodziną mogliśmy spędzić święta....

J.: ...zmieniło nasze przeżywanie Bożego Narodzenia.

E.: Zeszłoroczne święta spędziliśmy w Taizé. Wielu z nas po raz pierwszy było poza domem, bez rodziny. Mocno to odczuwaliśmy i bracia starali się nam pomóc przejść ten czas. Spędzenie Bożego Narodzenia z „adopcyjną” rodziną, pozwoliło nam jeszcze bardziej poczuć się jej częścią i mocniej jeszcze odkryć życzliwość jej gościny.

J.: Kiedy naszą polską siostrzyczkę mama zapytała o to, ile talerzy trzeba rozłożyć na wigilijnym stole, zaczęła liczyć: „Rodzice, nas piątka, i goście” - co znaczy, że nas wliczyła w domowników, bo ma dwóch braci.

E.: To było miłe mieć polskie rodzeństwo.

 

Jakie są Wasze dalsze plany?

J.: Wracamy wszyscy do Taizé, niektórzy na kilka tygodni, inni na dłużej.

E.: Potrzebujemy wrócić, ze spokojem przemyśleć to, czego doświadczyliśmy. Tak wiele w tym krótkim czasie otrzymaliśmy. Potrzeba nam czasu na samo dziękowanie za to wszystko. Pewnie dopiero po kilku tygodniach odczujemy, czego nam tak naprawdę najbardziej brakuje.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 3/2010