Logo Przewdonik Katolicki

Katolicki biznesmen musi świecić przykładem

Jacek Gaworek
Fot.

Rozmowa z Johnem Rothem generałem armii amerykańskiej, prywatnym przedsiębiorcą, sekretarzem organizacji Legatus, skupiającej elitę katolickich biznesmenów w USA, prywatnie zadeklarowanym przyjacielem Polski i Polaków, miłośnikiem książek Henryka Sienkiewicza oraz postaci króla Jana III Sobieskiego

Z Johnem Rothem – generałem armii amerykańskiej, prywatnym przedsiębiorcą, sekretarzem organizacji Legatus, skupiającej elitę katolickich biznesmenów w USA, prywatnie zadeklarowanym przyjacielem Polski i Polaków, miłośnikiem książek Henryka Sienkiewicza oraz postaci króla Jana III Sobieskiego – rozmawia Jacek Gaworek.

 

Jest Pan sekretarzem organizacji katolickich biznesmenów: LEGATUS. Co to za organizacja i jaki jest jej cel?

- Legatus to założona w USA organizacja skupiająca w swych szeregach katolickich liderów biznesu. Naszą misją jest poznawanie, życie i dzielenie się wiarą w życiu prywatnym i zawodowym, co oczywiście nie znaczy, że w pracy głosimy kazania (śmiech). Staramy się być na bieżąco z nauczaniem i działalnością Kościoła. Zgłębiamy zagadnienia, których nie rozumiemy. Dbamy także o odpowiednią formację w naszych rodzinach. Chcemy żyć i działać w zgodzie z katolickim światopoglądem, który jednocześnie jest także fundamentem naszej działalności biznesowej. Jeśli np. pojawia się wybór pomiędzy zaprzestaniem działalności a wyprodukowaniem czegoś, co mogłoby posłużyć w złym celu, należy wówczas w ogóle zrezygnować z produkcji – nawet jeśli byłby to dochodowy interes, przynoszący miliony dolarów zysków. Celem naszej organizacji jest kształtowanie takiej właśnie postawy. Jej członkowie w swoich przedsiębiorstwach starają się żyć wiarą i praktykować ją przede wszystkim poprzez podejmowane działania.

 

Czy kandydaci oraz pełnoprawni członkowie organizacji Legatus są zobowiązani do respektowania określonych zasad?

- Członkowie Legatusa muszą być przede wszystkim praktykującymi katolikami, którzy zgadzają się z nauczaniem Magisterium Kościoła i stosują się do wymogów określonych przez przykazania kościelne. Wymagane jest także uznanie katolickiego nauczania dotyczącego małżeństwa i rodziny, w tym nienaruszalności życia ludzkiego, od momentu poczęcia do naturalnej śmierci. Każdy, kto ubiega się o członkostwo w organizacji musi złożyć pisemną deklarację, w której potwierdza swoją przynależność do Kościoła Katolickiego i wynikający z niej wyżej określony światopogląd.    

 

Aby należeć do tej organizacji trzeba nie tylko być praktykującym katolikiem, lecz także posiadać odpowiednio wysoką pozycję zawodową. Ktoś mógłby pomyśleć, że Legatus to organizacja ludzi bogatych, którzy – dzięki nowym koneksjom – chcą powiększyć swoje fortuny.

- Członkowie Legatusa są na ogół właścicielami dużych przedsiębiorstw lub osobami zatrudnionymi na odpowiedzialnych stanowiskach kierowniczych. Przynależność do wspólnej organizacji pomaga im należycie spełniać swoje obowiązki i uporać się z presją odpowiedzialności za firmę, nie zaniedbując przy tym życia duchowego. Ponadto osoby żyjące wiarą i manifestujące swoje przekonania religijne, które jednocześnie są liderami swoich społeczności i regularnie pojawiają się w nagłówkach gazet, posiadają większą siłę przebicia. Dlatego też wpływ, jaki wywierają na społeczeństwo, dzieląc się swoją wiarą, jest o wiele większy niż kogoś, kto takich możliwości jest pozbawiony. Muszę przy tym zaznaczyć, że osoby, które za pomocą działalności w naszej organizacji chcą powiększyć swój materialny lub społeczny status są proszone o zaprzestanie tego rodzaju praktyk. Niekiedy mogą nawet zostać usunięte z szeregów Legatusa. To wszystko oczywiście nie wyklucza wzajemnej pomocy oraz doradzania sobie w sprawach zawodowych, jednak wykorzystywanie członkostwa w Legatusie w celu budowania własnej pozycji czy też zwiększania bogactwa nie jest tolerowane. Legatus to nie organizacja rozwoju zawodowego, lecz grupa wsparcia dla liderów biznesu, którzy umacniają się wzajemnie w codziennym praktykowaniu wiary i przez to wpływają na swoje rodziny, przyjaciół, środowisko zawodowe oraz lokalną społeczność.  

 

Czy trudno jest pogodzić bycie katolikiem z byciem sprawnym biznesmenem? Jak wiadomo prowadzenie działalności gospodarczej wiąże się z funkcjonowaniem w określonym środowisku, a co za tym idzie – pokusą zawierania wątpliwych moralnie kompromisów i układów.

- Osobiście nie dostrzegam żadnych trudności zawodowych, które w jakiś szczególny sposób łączyłyby się z wyznawaną przeze mnie wiarą katolicką. Oczywiście zarabianie dużych pieniędzy wystawia na pokusę chciwości i pożądania coraz większego bogactwa. Zarazem jednak w obliczu tych zagrożeń katolicki biznesmen otrzymuje szansę bycia dla innych przykładem tego, jak należy prowadzić biznes i traktować pracowników. Np. jeden z członków naszej organizacji jest producentem wysokiej jakości wyposażenia kuchennego. Kiedy jednak otworzymy stronę internetową jego przedsiębiorstwa, pierwszą rzucającą się w oczy informacją będzie misja firmy, która brzmi: „Wszystko, co robimy, czynimy w oparciu o łaskę Wszechmogącego Boga.” Zdanie to ukazuje odwiedzającym tę stronę klientom całościową perspektywę działalności firmy oraz światopogląd jej właściciela. Jest także formą świadectwa. W każdej chwili ktoś z jego klientów lub partnerów handlowych może przecież pomyśleć: Hm… ten człowiek wierzy w Boga i praktykuje swoją wiarę. Może powinienem się tym bliżej zainteresować?

 

Niekiedy można spotkać się z przekonaniem, że etyka katolicka, w przeciwieństwie do protestanckiej, nie sprzyja prowadzeniu działalności gospodarczej.

- Absolutnie się z tym twierdzeniem nie zgadzam. Moje doświadczenie zawodowe pokazuje coś zupełnie innego. Dotychczas byłem właścicielem lub dyrektorem ośmiu przedsiębiorstw i przez cały ten czas nie dostrzegłem żadnej zależności pomiędzy byciem katolikiem czy protestantem a aktywnością zawodową. Mój wspólnik w mojej ostatniej firmie był protestantem i – jako że nas obu charakteryzowało tradycyjne podejście do wyznawanej wiary – zgodził się na poświęcenie naszego przedsiębiorstwa Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Ktokolwiek przyszedł wówczas do siedziby firmy, mógł zobaczyć wiszący na ścianie obraz wraz z informacją, że została ona poświęcona Najświętszemu sercu Pana Jezusa, zaś wszyscy nasi pracownicy wiedzieli, że w tej pracy nie opowiada się brzydkich dowcipów, nie wiesza sprośnych kalendarzy na ścianach, zaś kobiety traktuje się z należnym im szacunkiem. Jeśli ktoś nie przestrzegał tych reguł, mógł zostać zwolniony. Właściciele innych przedsiębiorstw w naszym mieście wiedzieli o tym, że nasza firma kieruje się innymi standardami. W ten sposób w jakimś stopniu wpływaliśmy na środowisko biznesowe swoją postawą.     

 

Jak według pana, jako przedsiębiorcy, administracja prezydenta Obamy radzi sobie ze skutkami kryzysu finansowego?

- Cóż, moim zdaniem radzi sobie źle. Jeszcze za kadencji prezydenta Busha uchwalono ustawę, która zakładała wsparcie upadającego sektora bankowego kwotą 700 mld dolarów. Projekt ustawy zakładał przy tym, że podmioty finansowe, które skorzystają z państwowej pomocy, z czasem będą musiały zwrócić wszystkie pieniądze. Jego celem było przyciągnięcie inwestorów, objęcie ochroną firm zagrożonych bankructwem i stworzenie nowych miejsc pracy. Obecnie, po roku od uchwalenia tej ustawy, jedynie 13 % przekazanej sumy zostało właściwie wykorzystane. Resztę pieniędzy zmarnotrawiono, finansując nimi różne projekty senatorów, które nie odniosły zamierzonych skutków. W początkach kryzysu stopa bezrobocia w USA sięgała ok. 8%. Obecnie zaś bezrobocie wynosi 10%. Tak więc, pomimo wydania ogromnej sumy pieniędzy na walkę z kryzysem, stopa bezrobocia wzrosła. Część ekspertów twierdzi, że prowadzona przez obecną administrację polityka walki z kryzysem jest słuszna, zaś gospodarka się rozwija, co nie musi natychmiast znajdować odbicia w poprawie sytuacji na rynku pracy. Osobiście nie przekonuje mnie takie tłumaczenie. Sądzę, że gdyby gospodarka rzeczywiście wychodziła z kryzysu, przynajmniej w jakimś stopniu wpłynęłoby to na zmniejszenie bezrobocia. Moim zdaniem program walki z kryzysem w USA nie przynosi oczekiwanych owoców. Nie sądzę zresztą, aby miał przynieść je w przeszłości, gdyż oparto go na złych założeniach.

 

Rozumiem, że nie zgadza się pan z transferem publicznych pieniędzy w upadające instytucje finansowe?

- Absolutnie nie. Reguły wolnego rynku są jasne – jeżeli banki popełniły błędy, powinny ponieść konsekwencje. Przyczyną obecnego stanu rzeczy nie jest zresztą jedynie lekkomyślność banków, lecz fatalna ustawa uchwalona swojego czasu przez amerykański kongres. Zgodnie z jej brzmieniem, nie można było nawet zadawać pytań o zabezpieczenie kredytów, zaś odmowa przyznania komukolwiek kredytu mieszkaniowego była traktowana jako uprzedzenie wobec biednych. W efekcie każdy mógł kupić sobie mieszkanie, nie płacąc za nie i nie zwracając zaciągniętego kredytu. Cały ten niewydolny system, który w ciągu kilku lat pochłonął ogromne sumy pieniędzy, musiał w końcu upaść. Rozwiązanie jest proste: ci, którzy nie płacą, powinni zwrócić mieszkania, zaś banki, które dawały niezabezpieczone kredyty, powinny ponieść konsekwencje. W przeciwnym przypadku za ich nierozwagę zapłacą moje dzieci, wnuki i prawnuki. Ktoś w pewnym momencie będzie przecież musiał zapłacić za rozdawanie publicznych pieniędzy. Polityka zadłużania się przez państwo zmierza do zupełnego rozregulowania gospodarki. W dodatku naszym głównym wierzycielem są Chiny. To szaleństwo! Im szybciej zdamy sobie z tego sprawę, tym lepiej dla naszego kraju i całego świata.

 

W Polsce wiele mówi się o planowanej reformie służby zdrowia, której zapowiedzi były sztandarowym hasłem wyborczym Baracka Obamy, a która – zwłaszcza, jeśli chodzi o pakiet ustaw liberalizujących aborcję – wywołuje liczne sprzeciwy.

- Barack Obama uzasadnia swoje poglądy na aborcję prawem do indywidualnego wyboru. Jego zdanie na ten temat wydaje się być wynikiem utraconej wiary, której centralnym punktem jest Wszechmogący Bóg – prawdziwy dawca życia dziecka w momencie poczęcia. Prezydent Obama nie dostrzega tego nadprzyrodzonego aspektu sprawy, co jest przyczyną jego aprobaty dla praktyk aborcyjnych. Dla katolików w USA, choć nie tylko, taki punkt widzenia jest jednak nie do przyjęcia.              

 

Jakie są szansę na to, że proaborcyjne prawo nie wejdzie w życie?

- Obecnie projekt reformy służby zdrowia został zaakceptowany przez Izbę Reprezentantów i trafił do Senatu (W ostatniej chwili przegłosowano poprawkę, w której zakazano finansowania aborcji z publicznego ubezpieczenia – przyp. red.). Wprawdzie zwolennicy Baracka Obamy mają przewagę w obu izbach kongresu, jednak kwestia aborcji podzieliła środowisko Demokratów. Forsowana przez prezydenta ustawa zdrowotna nie przewiduje bowiem żadnej ochrony dla tych lekarzy, którzy – zgodnie ze swoim sumieniem – odmówiliby przeprowadzenia zabiegu aborcji. To dlatego właśnie 42 Demokratów – tzw. „Blue Dogs”, zwani także Konserwatywnymi Demokratami – odmówiło poparcia ustawy, jeśli nie znajdzie się w niej zapis chroniący lekarzy, którzy, ze względu na obiekcje sumienia, odmówią przeprowadzenia aborcji.

 

Co stanie się z katolickimi szpitalami, gdy taki zapis nie znajdzie się w ostatecznej wersji ustawy?

- Obecnie w USA jest 35-36 sieci klinik zdrowotnych prowadzonych przez zakonników, diecezje lub organizacje katolickie, które razem stanowią 35 % ośrodków medycznych w całym kraju. Amerykańscy biskupi poinformowali Izbę Reprezentantów, że, jeżeli proaborcyjne prawo zostanie wprowadzone, kliniki te będą musiały zostać zamknięte. Osobiście podzielam zdanie biskupów w tej sprawie. Kliniki z pewnością powinny wówczas zostać zamknięte. Ich sprzedaż oznaczałaby odniesienie korzyści majątkowej poprzez przekazanie całej aparatury komuś, kto wykorzystałby ją w celu czynienia zła. Moja rada dla biskupów jest zatem bardzo prosta – należałoby je zamknąć, nawet za cenę cierpienia spowodowanego utrudnionym dostępem do usług medycznych i w ten sposób zwrócić uwagę społeczeństwa na istniejący problem. Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie.

                              

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki