Wspomnienie zesłańca

ZMarianem Szorcem, Polakiem zesłanym na Sybir w1940 roku, rozmawia Jan Boczko

Jako dziecko był Pan zesłany na Syberię. Proszę opowiedzieć odniu, wktórym to się stało.

To było 10 lutego 1940 roku. Raniutko. Hałas wokół domu, łomot do drzwi. Godzina może piąta rano. Ciemno było. Atwieraj dwieri! Starsi to wiedzieli, że ruskie tu zajęli...
Czyta się kilka minut

Z Marianem Szorcem, Polakiem zesłanym na Sybir w 1940 roku, rozmawia Jan Boczko

Jako dziecko był Pan zesłany na Syberię. Proszę opowiedzieć o dniu, w którym to się stało.

– To było 10 lutego 1940 roku. Raniutko. Hałas wokół domu, łomot do drzwi. Godzina może piąta rano. Ciemno było. Atwieraj dwieri! Starsi to wiedzieli, że ruskie tu zajęli to i takie czasy przychodzą dla Polaków. A tu jeszcze osiemnaście hektarów się miało, to człowiek kułak był. Atwieraj dwieri! Mama otworzyła. A gdzie muż? Ojca nie było, ukrywał się. Przenocował u jednego znajomego. Chodziły pogłoski, że Sowieci będą zabierać mężczyzn. Takich podejrzanych: gajowych, leśniczych. A ojciec miał osiemnaście hektarów ziemi, trzy krówki, dwa konie. Kułak był. Jak pootwierali te drzwi na oścież, to powiał od progu taki siwy szron. A spaliśmy na podłodze, na sienniku, który mama rozściełała. Takie zimno naciągnęło, że przykryliśmy głowy. Zaglądali wszędzie. Ni ma hazjaina, ni ma – udrał. Sabirajtieś. Wywieziem was w Biełastok, bo tut będzie przechodził front z Niemcami. Musim was zabezpieczyć. Wywieźć stąd. A po tygodniu czasu prywieziom nazad. Bieri mamasza szto takoje na parę dni. Mama zaczęła coś tam brać, a lepsze gdzieś chowa. A z nimi był Stankiewicz podobno z Pieniek. Opaskę na ręce nosił. I jak ci troszkę się ulotnili, to on do matki mówi: kobieto, zabieraj co możesz, bo nie na Białystok, a na Sybir was powiozą. Niezły człowiek był. Ja po wojnie szukał jego. Chciał podziękować. Ale podobno zabity został.

Wtedy matka ze starszą siostrą pakowały w worki co dało radę. Trwało to może godzinę. Otoczyli całą Piłatowszczyznę. Po wszystkich domach enkawudziści się rozeszli. Sanie podstawili, brane podobno z Pieszczannik, Nowosiółek, Załuk. Zima straszna była. Tego dnia mróz dochodził chyba do czterdziestu stopni. Ja sześć lat, siostra Leonarda cztery lata starsza, a młodsza siostra Wanda jeszcze roczku nie miała. Przy piersi. Sanie załadowali i pojechali do Żedni. Żeby to chociaż do Walił. A grom ich wie, czemu do Żedni. Pomarzliśmy. Dzieciaki zaczęły jęczeć. To dowódca pozwolił zajechać do przydrożnego mieszkania. To ponoć do Trzeciakow. Tam pozwolili troszkę się ogrzać. Mama małą Wandę wyjęła z pierzyn, nakarmiła. Konik, który nas wiózł, był stary i jechał na końcu. Całą Piłatowszczyznę załadowali w wagony. Piętrowe prycze. Krowięce wagony. Jak śledzie nabili. Długo staliśmy w Żedni, dopóki szałon nie załadowali. Mieliśmy suchary, które matka nasuszyła, przeczuwając, że takie ciężkie czasy nastaną. Dopiero jak zawieźli nas gdzieś pod Moskwę, to pozwalali wyjść. Kiedy parowóz brał wodę i węgiel na stacji, to wiadrami śniegu się nabierało.  W wagonach były piecyki żelazne, tzw. czihunki, to na nich śnieg topili i tak popijali. Sodoma była jednym słowem. Jechaliśmy dzień i noc. Jak zabrali 10 lutego, to gdzieś w początkach maja nas tam dowieźli.

I dokąd Was dowieźli?

– Stacja Kwitok. Sybir. Irkuckaja obłast. Gorod Taiszet. A pasiołki to: Kwitok, Załataja Gara, Udacznaja. Tam Polacy się trzymali. Dalej kolei nie było. Jak nieraz na stacji widzę to szlaban, bela podkładów na szynach. Straszne składnice drzewa tam były. Umieścicili nas w barakach po więźniach.

Co działo się w tym czasie z ojcem?

– Jak się dowiedział, co się dzieje, przyszedł do domu, ale nas już tam nie było. Zastał jakiegoś kamisara, jakieś znajome z Józefowa. Ojciec tu wszedł i zaczął jak w swoim domu... A kamisar: a szto ty? Ojciec mówi: to mój dom. Kamisar dał czas, może dwadzieścia minut, na spakowanie się. Co widzisz, to zabieraj. Rodzina już pojechała. Tak szczęśliwie się trafiło, że już pociąg ruszał, a kamisar krzyknął do enkawudzistów: atwiraj pierwyj łutszyj wagon, wbrosim jeszczo odnawo! Otworzyli akurat ten, gdzie Piłatowszczyzna była. I był na Sybirze razem z nami.

Wspomniał Pan, że na miejscu porozdzielali was po więziennych barakach. Jakie warunki tam panowały?

– W środku każdego baraku był korytarz, a po obu stronach dwadzieścia parę kajut. Jedna kajuta na rodzinę. Na środku ogromny piec, może dwa na dwa metry. Palenisko, blat. Tylko nie było z czego warzyć. Ścianki baraku, to z jednej strony deska, z drugiej deska, a w środku trociny. Jak się zaprowadziły pluskwy, prusaki to ratunku nie było. Nie dały żyć. Tam, gdzie nas przywieźli mróz był straszny. Gdyby przy takim mrozie był klimat jak tu, wymarliby wszyscy. Dobrze, że tam sucho było. Jak nadejdzie burza to dwa, trzy dni wieje. Świata nie widać.[...]

Skoro nie było co gotować, czym się żywiliście?

– Dawali po dwieście gram chleba i po litrze zupy. Mieliśmy stołówkę. Chyba były jakieś kartki. Matka albo starsza siostra Leonarda chodziły z wiaderkiem. Zupa – taki kapuściany barszcz, to się szczy nazywał. Albo bałanda taka zacierka, lura,  w której coś tam pływało. Te dwieście gram chleba to na dzień. Na dziecko i na niepracującego. A ojca to zaganiali do roboty w tajgę, piłować, zagrużać wagony. Kładli te legary i linami ciągali. Z jednej strony paru chłopa, z drugiej paru i na wagon wciągali. To oni już dostawali po pięćset gram chleba. Na dobę.

Czy dzieci zesłane na Sybir miały możliwość jakiejkolwiek nauki?

– Szkoły żadnej nie było. Dopiero chyba jak Sikorski ten dogowor zrobił, to pozwolili. Bo nauczyciele tam byli, z Polski powywożeni. Nauka w wolnej kajutce w barakach. Chodziłem się uczyć, ale nie było na czym pisać. Jakaś stara gazeta. Ktoś coś z Polski jeszcze miał. Gdy i ich zabrakło, pisaliśmy na deseczkach brzozowych. Poliniowało się i tak pisało, a po każdej lekcji trzeba było szkłem skrobać. Nauczyciele byli zobowiązani też, ale nie pamiętam ile godzin, ruskiego języka uczyć. Jeszcze mam świadectwa odręcznie pisane, z trzech klas. Polska szkoła w Kwitku, pasiełok Kwitok, taki a taki uczeń chodził do klasy drugiej i przechodzi do następnej. Nazwisko nauczyciela i pieczątka ruska.[...]

 Przyszedł czas tworzenia Armii Andersa. Czy Pański ojciec wcielił się do niej?

– Do Armii Andersa zaczęli brać młodych. Kawalerów, panienki. Tych, co nie mieli zobowiązań, rodzin. Więc mój ojciec nie poszedł. Jak Berling zaczął z Wasilewską armię tworzyć, to brali już wszystkich, kto tylko się ruszał. To nie było dobrowolne. Po prostu wcielali. I ojciec w czterdziestym trzecim poszedł. Brał udział w bitwie pod Lenino, aż do samego Berlina doszedł. Po wojnie wrócił tutaj pierwszy. Zaproponowali ojcu na Ziemiach Odzyskanych gospodarstwo. Ale mówi: na co mam czyjeś brać, jak mam swoje. I pierwszy tu wrócił. Jak myśmy przyjechali, to już miał konika jakiegoś i krówkę. A my wróciliśmy w czterdziestym szóstym, 16 kwietnia nas przywieźli do Białegostoku, do PUR-u (Państwowego Urzędu Repatriacyjnego). Stamtąd, brat matki załatwił samochód i przywiózł nas do Piłatowszczyzny.

Znając całą historię wywózki Polaków na Syberię, trudno uwierzyć, że pozwolono im potem wyjechać…

– Był jakiś dogowor i już dłuższy czas wiedzieli. Robili zebrania po tych pasiełkach jak Kwitok, zdaje się, że dwa Kwitoki były, Załataja Gara, Udacznaja Górna i Dolna. Wszędzie pełno Polaków. Baraków od pioruna stało. Robili zebrania i przepraszali, żeby nie gniewać się na ruską właść, bo my nie winowaty. Was pradali waszy, a my jak mogli, tak was utrzymali. Potem powiedzieli: będziem was transportować do Polski. Nas na pierwszą turę, skoro wiosna, zabrali. Reszta została, płakali, stali koło wagonów i jęczeli. Ludziska myśleli, że może oszukają. Ale tylko ci zostali, kto podpisał, że jest Ukrainiec albo Białorus. Kto Polak – przywieźli. Tylko mogiły zostały po tajgach. Toż tam połowa wymarła. Głód, tyfus, dyzenteria.[...]

Po latach katorgi powrócił Pan z rodziną do Polski. W rodzinnym domu czekała na was niespodzianka…

– Mama Felicja wiecznie mówiła: dzieciaku, może kiedyś zajedziem do Polski, to chleba do syta się najesz. Ja nie wierzył. Nie wierzył, że można kiedyś chleba się najeść do syta. Przeważnie rano dawali zupę i chleb. To już my stali i czekali, jak tylko przyniesie. Po skibce tego chleba było. Dostawałem pierwszy, to dopóki odkroi jeszcze siostrom, to ja już swoje zjem. A to na cały dzień trzeba. Matka stoi i płacze.

Jak wróciliśmy z mamą do Piłatowszczyzny to ojciec już tu był. Była babka ze strony mamy. To tu już był chlebek i mleko; całkiem inny żywot. We wrześniu poszedł do szkoły.[...]

Matka mówiła, że się nigdy nie spodziewała, że ja wyżyję. Tylko skóra,  żebra, można było kostki wszystkie policzyć. I jak na dzikiej małpie sierść porośnięta. Głowa duża. Dziękować Bogu, wszyscy wróciliśmy. Nie tak jak ci, o których mówi przydrożny krzyż na rozstaju dróg przed Piłatowszczyzną z napisem: „Zmarli z Piłatowszczyzny: Łapińscy – Maria 70 lat, Bolesław 60 lat, Jerzy 5 lat, Tomasz 1 rok. Szorc – Julia 35 lat, Albin 14 lat. Pisanko Ireneusz 2 lata. Zmarli z głodu, chłodu, wycieńczenia na Syberii”.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 6/2008