Logo Przewdonik Katolicki

Nie będzie więcej dzieci!

Maciej Łodyga
Fot.

Jeżeli powstanie państwo europejskie, gdzie przecież każdy naród będzie mniejszością, my, Polacy, będziemy znaczyć coraz mniej. Siła naszego głosu, zależna od potencjału demograficznego, będzie maleć, aż w końcu władze UE zrobią z Polską co zechcą. Około 20-30 lat temu rodziło się w Polsce ponad pół...

 Jeżeli powstanie państwo europejskie, gdzie przecież każdy naród będzie mniejszością, my, Polacy, będziemy znaczyć coraz mniej. Siła naszego głosu, zależna od potencjału demograficznego, będzie maleć, aż w końcu władze UE zrobią z Polską co zechcą.  

 

 


      Około 20-30 lat temu rodziło się w Polsce ponad pół miliona dzieci rocznie, a współczynnik dzietności przekraczał dwoje dzieci na jedną kobietę. Szczytowy był rok rok 1983, kiedy urodziło się w naszym kraju ponad 720 tys. dzieci. „Krach” rozpoczął się w latach 90. Wiele rozprawiano o przyczynach tego zjawiska, podnosząc głównie kwestie ekonomiczne związane z transformacją ustrojową. Miały one jakieś znaczenie, ale zauważmy, że przecież w krajach zachodnich panuje od dawna dobrobyt, a dzieci również rodzi się mało. Podnoszono też kwestie obyczajowe. Za to niewiele uwagi poświęcono innej przyczynie – wydłużeniu czasu edukacji oraz tym samym opóźnieniu osiągania stabilizacji życiowej przez młodych ludzi.  


Młodzież PRL-u, a młodzież III RP 


      Jeszcze w latach 80. większość Polaków kończyła edukację na poziomie szkoły średniej lub zawodowej. Spora część osób z tego pokolenia po 2-3 latach panieńskiego czy kawalerskiego życia, w wieku 21-24 lat, zakładała rodziny. Przed 25. rokiem życia młodzi mieli już jedno dziecko. Problemy mieszkaniowe były podobne jak i obecnie, ale wielu - jak mundurowi czy nauczyciele mieszkający na prowincji - otrzymywało na starcie życiowym stabilną pracę i mieszkania służbowe. Z kolei na wsi rolnicy budowali masowo domy piętrowe, a robotnikom PGR-ów stawiano bloki. Przed trzydziestką wiele z tych osób było już rodzicami dwojga dzieci, a nawet trojga, jeśli – jak to wówczas żartowano – „władza ludowa wyłączyła prąd”.  


      Dziś powszechne staje się wyższe wykształcenie. Znaczna część młodzieży (około 40 proc.) studiuje do 24-25. roku życia. Wielu uczy się dalej - robiąc studia podyplomowe, kursy, odbywając staże czy praktyki zagraniczne – dobrowolnie bądź przymuszeni wymaganiami rynku pracy. Po studiach niektórzy mają do spłacenia kredyty studenckie, inni chcą wreszcie „odpocząć od nauki” i oddać się przyjemnościom, a jeszcze inni po prostu czekają, aż skończy kształcenie ich „druga połowa”. Tak mijają kolejne 2-3 lata i otrzymujemy średni wiek 26-28 lat, kiedy znaczna część dzisiejszej młodzieży zaczyna zakładać rodziny.    


      Rozumiem ideę społeczeństwa wykształconego. Wykształcona młodzież to duży kapitał (zwłaszcza na eksport), ale realizacja tej idei odbywa się dziś kosztem całej reszty. Co w ogóle dają dyplomy milionom absolwentów? Niestety, nie da się oszukać prawa podaży i popytu – im więcej magistrów, tym niższa cena za ich pracę. Skutkiem tego zarobki wielu absolwentów w początkowym okresie świadczenia pracy są w obecnych czasach bardzo niskie. Nie wzrastają nawet po kilku latach, w efekcie pozostając na poziomie zarobków pokolenia rodziców… z samą maturą. Do tego wielu zajmuje stanowiska, które właściwie mogliby zajmować równie dobrze po szkole średniej. Wreszcie, wielu pracuje w zawodach słabo związanych z kierunkiem ukończonych studiów. Młodzież III RP jest lepiej wykształcona od pokolenia swych rodziców, ale obawiam się, że koszt nauki dla wielu nie przełożył się na zwiększone korzyści.  


      Wzrosły wymagania pracodawców i zaostrzyła się konkurencja wśród pracowników o miejsca pracy za 1500 zł, ale co poza tym? Mamy młodych prawników zarabiających gorzej od spawaczy. Mamy młodych ekonomistów wykonujących proste prace biurowe. Mamy tysiące humanistów pracujących w handlu czy usługach na stanowiskach mających niewiele wspólnego z dziennikarstwem, politologią czy socjologią, a więc kierunkami, które studiowali. Trzydzieści lat temu zarabialiby podobnie, zajmując także podobne stanowiska, i co najważniejsze, mając 19-20 lat. A dziś karierę zawodową zaczynają dopiero w 24.-25. roku życia.  


      Te 5-6 lat opóźnienia w stosunku do pokolenia rodziców to odpowiedź na pytanie, dlaczego rodzi się mało dzieci w Polsce. Studia wyższe niezapewniające wyższych zarobków, mieszkań służbowych i stabilnej pracy to 5-6 lat później kupione mieszkanie, wyprawione wesele czy urządzony dom. Te 5-6 lat opóźnienia w stosunku do pokolenia rodziców to średnio jedno dziecko mniej w rodzinie.  


      Wydaje mi się, że przełomowy jest 25. rok życia. Kto kończy edukację w wieku 19-20 lat, może początkowo mało zarabiać. Nawet jeśli dopiero po 4-5 latach pracy usamodzielni się na dobre i założy rodzinę, ma szansę mieć 3-4 dzieci. Jednak kto kończy edukację w wieku 25-27 lat, temu bardzo szybko „zaczynają bić dzwony”. A zarobki? Wystarczy 2-3 lata nisko opłacanej pracy, a plany ułożenia sobie życia rodzinnego, oszczędzania na mieszkanie itp. mogą czasem pozostać w sferze niespełnionych marzeń. Lada moment ów młody człowiek obudzi się u progu trzydziestki ze świadomością, że na dwójkę dzieci w swoim obecnym wieku nie ma już szans. Wielu z nich jeszcze przed 40. rokiem życia będzie bardzo dobrze zarabiać, ale wtedy może się okazać, że jest za późno na liczniejsze potomstwo. W trochę lepszej sytuacji są mężczyźni, którzy mogą poślubić sobie 5-10 lat młodsze kobiety. Natomiast jeśli kobieta rodzi pierwsze dziecko około trzydziestki, to od razu nasuwa się myśl-pytanie, czy maleństwo pozostanie jedynakiem. Wszak młoda matka chce także realizować się zawodowo.  


Skutki 


      Intencje wyedukowania społeczeństwa są szlachetne i nie ulega wątpliwości, że każdy ma prawo uczyć się tak długo, jak tylko zechce. Dobrze, że mamy coraz lepiej wykształconych Polaków, ale... czy młodzież III RP ma dziś, dzięki wyższemu wykształceniu, lepsze warunki na rynku pracy niż pokolenie ich rodziców? Nie, nie licząc tych, co wyjechali na Zachód oraz garstki, która założyła własne firmy lub miała szczęście znaleźć bardzo dobrą pracę. Czy młodzież III RP stać przed trzydziestką na budowę domów i kupno mieszkania? W większości nie. Czy młodzież III RP będzie miała bardziej udane życie rodzinne od pokolenia swych rodziców? Wątpliwe, ponieważ znacznie więcej czasu będzie poświęcać pracy i dokształcaniu. Czy młodzież III RP będzie miała lepszą starość od swych rodziców? Trudno powiedzieć, ale raczej nie będzie miał kto pracować na jej emerytury, więc będą one bardzo niskie. Czy lepsze życie będą miały ich dzieci? Dzieciństwo tak, ale później każde z nich będzie pracować na 2-3 emerytów i to do 70. roku życia, albo i dłużej. W takim razie, po co to wszystko i co to da Polsce w dłuższej perspektywie?  


      Kto chce, ma prawo myśleć tylko o sobie, o swoim życiu i nie interesować się daleką przyszłością. Jeżeli jednak ktoś interesuje się przyszłością Polski i losem następnych pokoleń Polaków, to na dziś niestety nie widzę w dłuższej perspektywie przyszłości dla naszego narodu. Osiągniemy dobrobyt i zaczniemy wymierać. Według prognoz demograficznych w 2030 r. Polska będzie miała tylko około 35 milionów mieszkańców, a w 2050 r. około 32 milionów. Później będzie tylko gorzej. Będziemy się kurczyć. Trzeba będzie prosić młodych całego świata, aby przyjeżdżali do Polski, zasiedlali ją i pracowali na polskich emerytów. To już będzie inna Polska. Za 50 lat będziemy słabym i starczym narodem. Jeżeli powstanie państwo europejskie, gdzie przecież każdy naród będzie mniejszością, my, Polacy, będziemy znaczyć coraz mniej. Siła naszego głosu, zależna od potencjału demograficznego, będzie maleć, aż w końcu władze UE zrobią z Polską co zechcą. Jako naród będziemy marnieć, aż pożegnamy się z historią. Oby zwycięzcy dobrze o nas pisali. A będziemy mogli podziękować za to dzisiejszemu pokoleniu 50-60-latków, którzy taką III RP nam stworzyli.  


      Nie łudźmy się! Przy obecnym stanie, kiedy życie tysięcy młodych Polaków stabilizuje się dopiero między 26. a 28. rokiem życia, kiedy tysiące młodych Polaków dopiero wtedy zaczyna usamodzielniać się, nie ma nadziei na większą liczbę dzieci. Zegara biologicznego się nie oszuka.  


      Odchodząc nieco od tematu, proponuję zaznajomić się z historią Armenii. Armenia była niegdyś królestwem sięgającym aż po tereny dzisiejszej Syrii. Znalazłszy się pomiędzy wielkimi potęgami – rzymską, perską, bizantyjską, mongolską, turecką i rosyjską, została zgnieciona, a ludność pomordowana lub rozpędzona na wszystkie strony świata. Zniszczono jej potencjał ludnościowy i jaką mamy dziś Armenię? Ot, takie małe państewko bez Tarsu, Tigranocerty czy miasta Ani, za to z wielką diasporą. Obawiam się, że może to spotkać Polskę.  


Lekarstwo 


      Co można by uczynić, aby ta wizja się nie spełniła? Nie będę oryginalny i mogę co najwyżej potwierdzić, że lekarstwem na to jest radykalna zmiana wszystkich sfer życia społecznego, a głównie trzech systemów: edukacji, ubezpieczeń społecznych oraz podatkowego. Chciałbym się skupić tylko na kilku aspektach dotyczących edukacji.  


      Trzeba odejść od kultu dyplomów. Nie może być tak, że 40-latek wydaje przez pięć lat pieniądze i traci czas na studia, czasami mało związane z wykonywaną pracą tylko po, to by móc awansować w pracy o jeden szczebel wyżej. Mają się liczyć umiejętności, osiągnięcia w pracy i doświadczenie, a nie „papierek”. W tym celu w sektorze publicznym powinno się przestać wymagać posiadania wykształcenia wyższego, aniżeli jest ono konieczne dla wykonywania pracy na danym stanowisku. Bezsensowne jest „automatyczne” wymaganie tytułu magistra do wykonywania mało skomplikowanej pracy umysłowej. Niedługo każda sekretarka będzie musiała mieć wyższe wykształcenie. Tymczasem znam Polaków, którzy za granicą, będąc po szkole średniej, niekiedy bez matury, znaleźli ciekawe miejsca pracy, nawet na kierowniczych stanowiskach.  


      Jeżeli byłoby to możliwe, należy stworzyć taki system edukacji, by maturę zdawano w wieku 18 lat, a dyplom magistra uzyskiwano w wieku 23 lat. W Polsce i tak znacznie trudniej skończyć studia niż na Zachodzie, a i profity są z tego mniejsze. Należy usunąć z nauczania to, co zbyteczne dla wykonywania danego zawodu. Studia powinny w pierwszej kolejności przygotować studenta do świadczenia wartościowej pracy i zarabiania na życie, a nie do bycia renesansowym humanistą. Poza tym liczba miejsc na poszczególnych kierunkach musi być co roku ustalana przy współpracy z organizacjami przedsiębiorców oraz w oparciu o rzetelne i dokładne dane dotyczące potrzeb na rynku pracy.     


      Niezbędny jest bardzo przyjazny klimat dla kobiet w ciąży w szkołach i na uczelniach. Kobieta w ciąży powinna mieć prawo do indywidualnego ustalania terminów egzaminów. Nie powinno się jej rozliczać z nieobecności na zajęciach czy wykładach. Niedopuszczalne są przypadki wyrzucania dziewcząt w ciąży ze szkół. Szkoła i uczelnia powinny dawać kobietom w stanie błogosławionym same przywileje.  


      W odniesieniu do młodzieży uczącej się po studiach, w tym doktorantów, czyli grupy 24-28-latków, trzeba wybrać jeden z dwóch modeli kształcenia: albo stawiamy wysokie wymagania, ale dajemy takie stypendia tym, którzy mają dzieci, by mieli za co utrzymać rodziny; albo obniżamy wymagania, ewentualnie wydłużamy kształcenie, tak by ci ludzie mieli czas pracować i zarabiać na utrzymanie siebie i swoich rodzin. Obecna sytuacja to często zmuszenie ich do egzystencji na poziomie minimum socjalnego. Przecież to jest elita narodu. Doktoranci, absolwenci studiów medycznych czy prawniczych – tacy ludzie powinni mieć jak najwięcej dzieci, a biją ich na głowę bezrobotni z kryminalistami.   


      Najważniejsze jednak jest to, aby pokolenie polskich 50-60-latków z tzw. elit, zasiadający w ośrodkach decyzyjnych, zrozumiało, że w związku z kryzysem demograficznym w Europie nadchodzą czasy, kiedy państwa Europy zaczną konkurować ze sobą (np. ofertami pracy, warunkami życia) o miliony młodych Europejczyków, by ci zechcieli osiedlać się w ich krajach i pracować na emerytury ich obywateli. Jeżeli pokolenie polskich 50-60-latków dalej będzie utrzymywać w Polsce status quo, kolejny milion Polaków wyjedzie z naszego kraju. Coraz więcej młodych Polaków będzie wolało pracować na emerytów - obywateli zachodniej Europy, bo wymagania tam są niższe, a korzyści kilka razy wyższe.  


      


Zastanawiałem się, kto byłby zdolny odmienić Polskę. Jest wiele osób, które widzą potrzebę zmian, ale w żadnej grupie nie stanowią siły dominującej. Obawiam się, że zmian nie dokona ani obecna klasa polityczna, ani mass media, ani intelektualiści. Dla jednych bóstwem jest poparcie wśród wyborców, dla innych ideologia czy pieniądze. Jedyną siłę widziałbym w Kościele katolickim. Tylko w Kościele nadzieja.  

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki