Gdzie mediom wchodzić nie wolno




















O tej sprawie słyszał chyba każdy, choć lepiej by było, gdyby ta historia znana była tylko grupie bliskich osób. Dylemat, czy 14-latka powinna urodzić, czy też nie, roztrząsany na pierwszych stronach najbardziej poczytnych gazet i na konferencjach prasowych znanych polityków, stał się okrutnym spektaklem, w którym bez zażenowania i ze śmiałością...
Czyta się kilka minut

 

O tej sprawie słyszał chyba każdy, choć lepiej by było, gdyby ta historia znana była tylko grupie bliskich osób. Dylemat, czy 14-latka powinna urodzić, czy też nie, roztrząsany na pierwszych stronach najbardziej poczytnych gazet i na konferencjach prasowych znanych polityków, stał się okrutnym spektaklem, w którym bez zażenowania i ze śmiałością awangardowej łamiącej wszelkie tabu sztuki ukazywane były wszelkie aspekty trudnego moralnego wyboru dziecka, które ma urodzić bądź nie urodzić dziecka… Tyle że bohaterka nie jest fikcyjna i jej los nie jest literacką fabułą. W chwili, gdy napisał o tym pierwszy dziennikarz, weszliśmy z butami w jej życie. Nieważne, że brakowało twarzy, nazwiska matki i nastolatki w ciąży oraz nazwy miejsca ich zamieszkania. Krótka informacja wystarczyła, by nie było odwrotu, by nie można było z powrotem zamknąć się w swoich czterech ścianach i próbować znaleźć właściwe rozwiązanie w ciszy i skupieniu. To, że nie mamy prawa się wtrącać, jest chyba oczywiste. Po to człowiek został obdarowany wolną wolą, by mógł z niej korzystać, nawet wtedy, gdy zamierza niestety łamać zasady Dekalogu. Zło czy dobro – decyzja zawsze jest po naszej stronie. Innym, a już na pewno mediom, nic do tego. Już dawno nie czułam takiego wstydu z powodu przynależności do tej właśnie grupy zawodowej, jak w dniu, w którym przeczytałam w „Gazecie Wyborczej” o „zgwałconej dziewczynce, której się odmawia prawa do aborcji, a na nią lada dzień będzie już za późno”. Wstyd zamienił się w bezsilną złość już następnego dnia, gdy okazało się, że gwałt wcale nie był gwałtem, a dziewczynka nie zamierza biernie poddać się okrutnemu zabiegowi. Gdy kolejnego dnia o prawo do zabicia jej nienarodzonego dziecka upomnieli się politycy lewicy (najpierw na konferencji prasowej, a potem w czasie pikiety przed Sejmem), złość zamieniła się w przeogromny smutek. W jakim świecie my żyjemy? Czy naprawdę z każdego wydarzenia, każdej ludzkiej tragedii, musimy zrobić medialny spektakl? Gdzie w tym wszystkim podstawowa misja naszego dziennikarskiego zawodu – służenie drugiemu człowiekowi? Politycy już dawno zwolnili się z odpowiedzialności za swoje słowa i czyny. Czy dziennikarze już też? Niestety, nikomu nie zadrżała ręka, zanim wcisnął na swoim komputerze klawisz „enter”, wysyłając tekst do druku i skazując młodą, niedoświadczoną osobę na okrutny los podejmowania pierwszej i ogromnie ważnej życiowej decyzji na oczach tłumu. A wszystko to z pełną dawką cynizmu i manipulacji pseudoprzyjaciół, którzy po wyłączeniu kamer i dyktafonów całkiem spokojnie wypijają trzecią kawę w bufecie, pewni tego, że dziennikarze jak przedstawiciele jakiegoś gatunku bezmózgowców zrelacjonują wszystko i zacytują każdego, bez względu na treść głoszonych przez niego poglądów. Po utracie prywatności zmienia się bowiem życie każdego człowieka. Im dłużej jego historia żyje w mediach, im bardziej jest on nieświadomy wpływu publikacji na swoje życie, tym większą krzywdę możemy mu wyrządzić. Szczególnie, jeśli publikacje dotyczą tak delikatnej sfery, jaką jest życie intymne. Wbrew pozorom wypowiedzi na ten temat nie jest trudno zdobyć. Ofiary przestępstw i czynów zabronionych czują się opuszczone i osamotnione, a w dziennikarzu chętnie widzą sojusznika w walce o sprawiedliwość. Nieświadome są zagrożenia, jakim jest wtajemniczenie milionów w szczegóły swoich najintymniejszych przeżyć. Osoby, które ujawniają bulwersujące opinię publiczną historie, najczęściej ufają dziennikarzom, wierząc, że publikacja pomoże ukarać tego, kto w ich przekonaniu zasłużył na srogą karę. Zdarza się nawet, że nieświadoma niebezpieczeństwa mama wykorzystywanej córki sama mówi jej: „opowiedz jak było, nie wstydź się”, ale nawet w takiej sytuacji dziennikarz z prawdziwego zdarzenia, mający ludzkie, zwyczajne odruchy, raczej powinien wyłączyć, niż włączyć sprzęt nagrywający. Koledzy i koleżanki ze szkoły, sąsiedzi, bliższa i dalsza rodzina rozpoznają prawie zawsze, kto wypowiedział te słowa, a nie da się przewidzieć ich reakcji i skutków, jakie mogą spowodować w przyszłości. Czasem trzeba milczeć, by uszanować godność drugiego człowieka. Aborcja nie rozwiąże problemów 14-latki. Wierzę, że znajdzie ona w sobie siłę, a wśród najbliższych wsparcie, by urodzić swoje maleństwo. Nie ona pierwsza i zapewne nie ostatnia popełniła błąd zbyt szybkiego skoku w dorosłość. Nie przeszkadzajmy jej go naprawić.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 25/2008