Logo Przewdonik Katolicki

Solidarność kontra Rosja

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

W tej daczy nad Wołgą Leonid Breżniew leczył skołatane kolejnymi zwrotami zimnej wojny nerwy. Miejscowość Utios koło Samary, gdzie odbywał się szczyt UE-Rosja, jest znanym rosyjskim uzdrowiskiem nastawionym właśnie na leczenie nerwic. Atmosfera była spokojna, ale w relacjach Unii z Rosją spokojnie oznacza pusto. W efekcie rozmów nie podjęto właściwie żadnych ustaleń. Stwierdzenie...

W tej daczy nad Wołgą Leonid Breżniew leczył skołatane kolejnymi zwrotami zimnej wojny nerwy. Miejscowość Utios koło Samary, gdzie odbywał się szczyt UE-Rosja, jest znanym rosyjskim uzdrowiskiem nastawionym właśnie na leczenie nerwic. Atmosfera była spokojna, ale w relacjach Unii z Rosją spokojnie oznacza pusto.

W efekcie rozmów nie podjęto właściwie żadnych ustaleń. Stwierdzenie pani kanclerz Merkel, że lepiej rozmawiać ze sobą niż o sobie, było najdalej idącą optymistyczną interpretacją spotkania.

Rosyjskie oczekiwania
Rosjanie przygotowywali się do tego szczytu już od kilku lat. Oczekiwali na niemiecką prezydencję w Unii, żeby załatwić najważniejsze dla siebie sprawy. W tym – również, choć nie przede wszystkim – na podpisanie nowego porozumienia o współpracy UE i Federacji Rosyjskiej. Poprzednie wygasa bowiem 1 grudnia 2007 r. Liczono po cichu w Moskwie na ogłoszenie w dźwiękach fanfar, że gazociąg bałtycki został uznany za wspólną inwestycję Brukseli i Moskwy. Wreszcie zakładano, że szczyt pod Samarą stanie się znakomitą okazją do nakręcenia paru propagandowych filmików na potrzeby nadchodzącej kampanii przed wyborami prezydenckimi.

Jeszcze w przededniu spotkania rosyjskie media przekazywały obraz Putina witającego się serdecznie z przewodniczącym Barroso i Angelą Merkel, a komentarze mówiły o świetnej współpracy, którą psują niektóre „marginalne” państwa członkowskie. Chyba po cichu liczono, że uda się wydobyć od gości szczytu potępienie Estonii za przeniesienie pomnika żołnierzy sowieckich, a może i na to, że unijni przywódcy uznają, iż sprawa embarga na polskie mięso powinna być załatwiona pomiędzy Warszawą i Moskwą. Tuż przed spotkaniem Rosjanie wypuścili przecież przeciek, iż pani Anna Fotyga nie skorzystała z zaproszenia do Moskwy wystosowanego przez ministra Ławrowa. Przywołane słowa Angeli Merkel o potrzebie dialogu można uznać za szpilkę skierowaną w stronę polskiej minister. Ale było to nic wobec całego pliku szpilek wetkniętych Rosjanom.

Wszyscy za jednego
Zaczynając od początku. Szczyt w Utiosie nie był niczym nadzwyczajnym. Tego typu spotkania odbywają się co pół roku, podobnie jak szczyty UE-USA czy UE-Ukraina. Szczególne oczekiwania wiązały się właśnie z faktem, że Unii w tym półroczu przewodzą Niemcy. Ustami ministra spraw zagranicznych jeszcze w ubiegłym roku rząd niemiecki deklarował, iż jednym z priorytetów prezydencji będzie wynegocjowanie nowego traktatu z Rosją. Polska na szczycie Unii w grudniu ub. roku złożyła jednak weto wobec czegoś, co nazywa się mandatem negocjacyjnym, czyli zabrakło unijnej instrukcji, niezbędnej, by rząd Niemiec mógł w ogóle negocjacje nad traktatem rozpocząć. Formalnym (bo mam nadzieję, że nie faktycznym) powodem naszego weta było embargo nałożone przez Rosję na import mięsa z Polski. W rzeczywistości Polska chciała zwrócić uwagę na to, że Rosjanie nieustannie prowadzą politykę wbijania klina pomiędzy „starą” i „nową” Unię. A przede wszystkim powiedzieć, że Unia Europejska powinna być solidarna wobec sankcji kierowanych przeciwko swoim członkom. I to się udało. Podsumowaniem sukcesu naszej polityki stały się twarde słowa José Manuela Barroso, który w tonie pouczenia mówił do Władimira Putina, że problem każdego z 27 członków UE jest problemem całej Unii, bo fundamentem wspólnoty jest solidarność.

Słowa przewodniczącego Komisji Europejskiej były w istocie najważniejszym akcentem politycznym szczytu, zwłaszcza że nie ograniczyły się do polskiego mięsa. Zamiast potępienia Estonii, którego oczekiwali Rosjanie, Barroso przypomniał, że przenoszenie pomników czy zmienianie nazw miast nie jest niczym nadzwyczajnym również w samej Rosji. Trudno więc mieć pretensje do Estończyków. I tu znowu padło słowo „solidarność”.

Nowa faza polityki
Szczyt nie był więc pusty politycznie. Można uznać, że jego najważniejszym rezultatem stała się klęska polityki dzielenia Europy, uprawianej przez Rosjan z powodzeniem od wielu lat. Ale też europejskie środowisko polityczne jest zdecydowanie mniej przyjazne Rosji niż jeszcze kilka lat temu. Odeszli od władzy przyjaciele Putina: Schröder, Chirac, Berlusconi. Ich miejsce w Niemczech i Francji zajęli ludzie nie tylko nielubiący komunizmu i postkomunizmu, ale też rozumiejący, na czym istota tego systemu polegała.

Nie pomogła Putinowi awantura, do jakiej doszło w Moskwie na lotnisku Szeremietiewo, kiedy to służby specjalne zatrzymały i pozbawiły biletu do Samary Garri Kasparowa, szachowego mistrza, który jest jednym z liderów opozycji demokratycznej. Rozmówcy Putina stracili resztki złudzeń, że mają do czynienia z politykiem szanującym jakiekolwiek demokratyczne procedury, co z resztą zauważyła pani kanclerz Merkel, złośliwie odpowiadając na pytanie rosyjskiego dziennikarza o demonstracje neofaszystów w Niemczech.

W Samarze udowodniono, że wchodzimy w nową fazę polityki europejskiej wobec Rosji. Ale wbrew opinii wielu komentatorów nie wiąże się to z jakimś poważniejszym ryzykiem dla Europy. Władimir Putin podkreślił w czasie konferencji prasowej, że ponad 50 proc. rosyjskiego eksportu jest lokowane na rynku UE. Dla Unii tymczasem jest to zaledwie 6,5 proc. jej importu. Wspólnota jest w tym duecie partnerem wyraźnie silniejszym. Nikt tego, rzecz jasna, w Samarze nie powiedział, ale wymowa statystyki jest oczywista.

W ramach polityki wbijania klina Rosjanie jeszcze więcej wysiłku niż w izolowanie Polski, Litwy czy innych nowych krajów członkowskich, wkładają w pokłócenie Europy z Ameryką. Ale i tutaj szczyt nie przyniósł im wielkich sukcesów. Rosja twardo sprzeciwia się procesowi przyznawania niepodległości Kosowu, prowincji Serbii zamieszkałej przez Albańczyków. Amerykanie tymczasem obiecali Kosowu niepodległość i Unia USA w tym poparła. Podobnie zresztą, jak w kwestii tarczy antyrakietowej instalowanej w Czechach i Polsce. Ten ostatni temat uznano za marginalny i niewchodzący w realną agendę rozmów.

Jedynym sukcesem Rosjan stała się obietnica złagodzenia procedur związanych z przyznawaniem wiz dla Rosjan. Ale i w tym wypadku różnica była istotna. Putin prawie ogłosił zniesienie reżimu wizowego, a jego europejscy partnerzy z trudem wydusili z siebie deklaracje o tym, że trzeba podążać w kierunku ułatwienia ruchu osobowego. Dla Moskwy sprawa jest pierwszorzędnej wagi, bo wejście Polski i Litwy do strefy Schengen prowadzić będzie do faktycznej izolacji okręgu kaliningradzkiego od Rosji.

Polityczna porażka
Pozostaje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy szczyt UE-Rosja był w takim razie sukcesem Polski. W długofalowej perspektywie pewnie tak, bo od dawna zabiegaliśmy w Brukseli o porzucenie ślepego putinoentuzjazmu na rzecz putinorealizmu, tyle że Europa wyraźnie wybiera drogę twardego dialogu z Rosjanami. My zaś zaczynamy zmierzać w stronę samoizolacji. Tuż przed szczytem mieliśmy całą serię niezręczności w wykonaniu polskiej minister praw zagranicznych. Poczynając od porównania embarga na mięso do wypowiedzenia wojny, poprzez uznanie, że najważniejszym partnerem nie są dla nas Niemcy, tylko Unia (czyli w świetle słów Barroso sami dla siebie jesteśmy partnerem), aż po dumne oznajmienie, że do Rosji pojedzie tylko z wagonem wieprzowiny. Krótko mówiąc, wtedy gdy Europa nareszcie została przekonana do solidarności, my tę solidarność zaczynamy odrzucać. A właśnie Rosjanie uczyli nas ostatnio dosyć skutecznie, iż polityka narodowego egoizmu jest nie tylko nieskuteczna, ale kontraproduktywna. Najbardziej w dziedzinie energetyki, która – co charakterystyczne – znalazła się na kompletnym marginesie szczytu. Gdzieś przepadł sławny „Nord Stream”, czyli gazociąg bałtycki. Rosjanie zostali zmuszeni do zadeklarowania półgębkiem, że rozważą możliwość dopuszczenia firm europejskich do inwestycji w dziedzinie energii. I koniec.

Stronie rosyjskiej pozostał jeden argument. Znany nacjonalistyczny publicysta Konstanty Zatulin napisał, że wobec braku entuzjazmu Europy do współpracy Rosji pozostanie tylko zwrócenie się ku Chinom jako odbiorcy surowców i strategicznemu partnerowi. Była to czytelna próba postraszenia, zwłaszcza Niemców, że Rosja zamiast być partnerem stanie się dla nich rywalem w Chinach. Ale ponieważ Europejczycy wiedzą, że do Chin nie ma ani rurociągów, ani gazociągów, to przestraszyli się dziwnie mało.

Dialog mimo wszystko
Szczyt w Samarze miał być dla Putina ładnym początkiem kampanii prezydenckiej, a stał się polityczną porażką o rozmiarach znacznie większych, niż wynika z komunikatów płynących do prasy. A asertywna polityka wobec Rosji dopiero się rodzi. Jeżeli Putinowi uda się nas ponownie podzielić, to wrócimy w stare koleiny. A więc także pani Fotyga powinna pamiętać, że dyplomacja polega na mówieniu rzeczy przykrych w miły sposób. A przede wszystkim na ciągłym i upartym dialogu nawet z Rosją i Niemcami, bo bez Niemiec – i to ostatnia z lekcji Samary – asertywnej polityki wobec Rosji prowadzić się nie da.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki