Logo Przewdonik Katolicki

"Karol - papież, który pozostał człowiekiem"

Błażej Tobolski
Fot.

Wychodząc rok temu z kina, po obejrzeniu filmu opowiadającego historię młodego Karola Wojtyły, wiedziałem, że pójdę też na jego kolejną część. I warto było czekać... Ufam, że tym razem wychodzę jako odrobinę lepszy człowiek. Po pierwszej części Karola czułem pewien niedosyt, gdyż film pozostawiał widza w najważniejszej, przełomowej chwili życia głównego...

Wychodząc rok temu z kina, po obejrzeniu filmu opowiadającego historię młodego Karola Wojtyły, wiedziałem, że pójdę też na jego kolejną część. I warto było czekać... Ufam, że tym razem wychodzę jako odrobinę lepszy człowiek.

Po pierwszej części „Karola” czułem pewien niedosyt, gdyż film pozostawiał widza w najważniejszej, przełomowej chwili życia głównego bohatera – po wyborze na Stolicę Piotrową. Trudno byłoby zostawić tę historię niedokończoną, co zrozumiał także reżyser, Giacomo Battiato. Stanął on jednak tym samym przed niezwykle trudnym zadaniem opowiedzenia w krótkim, choć ponaddwugodzinnym filmie o losach Papieża i współczesnego świata, splecionych ze sobą tak silnie; pokazania wielkości niezwykłego człowieka, potrafiącego przemieniać świat, bez przesłaniania jednocześnie tego, co sprawiało, iż takim właśnie był – jego duchowości i człowieczeństwa.

Pochylając się nad człowiekiem
Przed oczami widza przesuwają się więc wydarzenia, gesty i słowa ważne, choć wybrane spośród tysięcy. Oddają one jednak ducha i sens posługi Piotra przełomu wieków, jednocześnie zapraszają, by potem, gdy emocje po obejrzeniu filmu opadną, szukać dalej i poznawać bardziej ich głębię.

Na pierwszy plan wysuwa się tu nie Piotr, lecz człowiek po prostu żyjący Ewangelią i pragnący (odważający się!) głosić miłość Bożą, którą ona niesie ze sobą, aż po krańce świata – człowiek Boga. To jednak napotyka na opór, rodzi cierpienie. Więc ten „wielki” człowiek pochyla się nad „małym”, cierpi i płacze z nim – obaj bezradni wobec świata – niosąc nadzieję i pokój tak naiwne, wydawałoby się, w tragicznej rzeczywistości ludzkiego cierpienia. Naiwne, gdyby nie było Boga. Ale na tym nie kończy się jego misja. Sam przytłoczony olbrzymim cierpieniem, pokazanym w filmie wyraziście i przejmująco, tym mocniej zbliża się do cierpiącego, jednocząc się z nim – obaj równi wobec Boga.

Tego właśnie człowieka-papieża widzimy przede wszystkim dzięki Piotrowi Adamczykowi, odtwarzającemu po raz kolejny tytułową rolę. Trudno uwierzyć, że Jana Pawła II w 1978 r. i u kresu życia gra ten sam aktor. I pewnie to nie tylko kwestia profesjonalnej charakteryzacji i wielkiego talentu aktorskiego, ale – jak sądzę – i serca włożonego w tę rolę.

Poruszone najczulsze struny
Ten film rzeczywiście wyciska łzy i porusza najczulsze struny, ukryte czasem gdzieś głęboko w człowieku. Łzy nie są tu jednak celem („Płaczcie raczej nad sobą...”, zdaje się mówić film) – to nie melodramat. Ukazuje on trudną i bolesną rzeczywistość świata, w którym żyjemy. Ale czyni to nie zimnym okiem dziennikarskiego „newsa” czy statystyki, lecz patrzy nań oczami człowieka, w których możemy dostrzec odbicie oblicza samego Boga. A wobec tego, co ujrzymy, nie możemy pozostać obojętnymi.

Będę do tego filmu wracał, bo nie chcę zobojętnieć wobec otaczającej mnie codzienności. Nie chcę też zapomnieć tego pontyfikatu, zarówno tych jego momentów, w których jakoś świadomie uczestniczyłem, będąc częścią Pokolenia JPII, jak i tych, których jeszcze do końca nie potrafię pojąć.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki