Logo Przewdonik Katolicki

„Bracie, jak ci pomóc?”

Natalia Budzyńska
Fot.

Co niedzielę o dwunastej trzydzieści w kaplicy przy Muzeum Powstania Warszawskiego odprawiana jest Msza św., na której zawsze gromadzą się tłumy. To niezwykłe miejsce, służące modlitwie w intencji powstańców, ma swojego patrona: błogosławionego księdza Józefa Stanka, pallotyna, który zginął 23 września 1944 roku na Czerniakowie, w samym piekle nienawiści i zbrodni, do końca...

Co niedzielę o dwunastej trzydzieści w kaplicy przy Muzeum Powstania Warszawskiego odprawiana jest Msza św., na której zawsze gromadzą się tłumy. To niezwykłe miejsce, służące modlitwie w intencji powstańców, ma swojego patrona: błogosławionego księdza Józefa Stanka, pallotyna, który zginął 23 września 1944 roku na Czerniakowie, w samym piekle nienawiści i zbrodni, do końca błogosławiąc wziętych do niewoli. Ostatni znak krzyża kreślił w momencie, gdy but niemieckiego żołnierza kopnął podwyższenie, na którym kapłan stał z pętlą na szyi.

Różnie mówiono o jego śmierci; byli tacy, którzy twierdzili, że ks. Stanek został powieszony przez Niemców na swojej własnej stule. Łączniczka Małgorzata Damięcka, świadek tej egzekucji, pamięta, że kapelana powieszono na szaliku, choć w innych dokumentach wspomina się, że podczas ekshumacji miał na szyi założoną pętlę. Ale czy ten szczegół jest w ogóle istotny? Ks. Stanek wiedział, że z Czerniakowa już nie wróci, wybrał pewną śmierć ratując i służąc powstańcom i cywilom, nie dbał o własne życie. Podobnie jak inni kapłani i zakonnice, dla których powstanie było trudną próbą wiary, z której wyszli zwycięsko – niczym prawdziwi pasterze troszczący się o owce.

Wśród wybrańców
„Kochani, musimy umierać... Ale skoro pojmiecie nieodwołalność tego faktu, obleci was strach i ogarnie spokój. Śmierć dotyka swą nieubłaganą dłonią każdego człowieka. Was może dotknąć wcześniej, niż przypuszczaliście. Tylko wybrańcy umierają młodo i właśnie wy nimi jesteście. Rzuciliście swoje młode życie między pożary, przed lufy czołgów, a twierdzą wam będzie każdy próg. Nie lękajcie się, bo jednak wasze będzie zwycięstwo, ale nie narodzi się ono tu. Jesteśmy Termopilami Warszawy” – te słowa ks. Stanka, wypowiedziane podczas jednej z czerniakowskich homilii, zapamiętał żołnierz V Zgrupowania AK „Kryska”. Ksiądz miał wtedy tylko 28 lat, niewiele więcej niż większość walczących na Czerniakowie w tym czasie żołnierzy harcerskich batalionów „Zośka” i „Parasol”. Zanim wybuchła wojna, nie myślał przecież o śmierci; w czasie okupacji (7 kwietnia 1941 r.) otrzymał święcenia kapłańskie w warszawskiej katedrze Ścięcia Świętego Jana Chrzciciela, a później pełnił obowiązki duszpasterskie w Ołtarzewie. W Warszawie bywał często, ponieważ studiował socjologię na tajnym Uniwersytecie Warszawskim, działał również w podziemiu, nosząc pseudonim „Rudy” z racji swojej rudej czupryny.

Powstanie zastało go w Śródmieściu, a ponieważ nie udało mu się dotrzeć na wyznaczoną placówkę, objął obowiązki kapelana powstańczego w kaplicy u sióstr Rodziny Maryi przy ul. Hożej. Docierał do każdego, kto go potrzebował. Służył nie tylko żołnierzom, ale i cywilom, odwiedzał piwnice i szpitale, gotowy o każdej porze dnia i nocy. Ponieważ znany był z wielkiego poświęcenia, skierowano go do pracy na Czerniakowie – najtrudniejszym odcinku walk na początku września, po upadku Starówki. Niektórzy jego towarzysze ze Śródmieścia wspominają, że odchodząc był radosny, ale jednocześnie jakby przekonany, że stamtąd już nie wróci.

Ksiądz na przedpolu
Jako kapelan liniowy V Zgrupowania AK „Kryska”, ks. Stanek odprawiał Msze św. polowe, słuchał spowiedzi, odwiedzał szpitale. Po upadku Starówki, gdy wzmogły się ataki niemieckie na Czerniaków, dowództwo wojskowe objął pułkownik Mazurkiewicz „Radosław”, który przybył tam ze swoim zgrupowaniem. 11 września rozpoczęła się długa agonia na tym nadwiślańskim skrawku ziemi: przeciwko 1100 powstańcom ruszyło ponad 6000 żołnierzy niemieckich z pomocą nieustannie nadlatujących stukasów, czołgów i niezliczonej ilości każdego rodzaju broni.

„Rudego” widziano to tu, to tam, gdy w rozwianej sutannie rozgrzeszał, dźwigał rannych, czołgał się pod ostrzałem, by podnieść na duchu konającego. Tak wspomina go jeden z dwunastoletnich wówczas żołnierzy o pseudonimie „Skromny”: „On się nie bał ostrzału. W takich sytuacjach widziałem go kilkakrotnie. Tam, gdzie sytuacja była najgorsza i strzelali. Tak jakby na bal szedł. Nie chował się, nie krył. (...) Tam, gdzie najwięcej bili, tam zawsze był”. A sanitariuszka „Maja” dodaje: „Akcje księdza na przedpolu... Gdzie jest pełno rannych, pełno dymu, gdzie wszystko się pali – tam jest ksiądz kapelan”.

21 września powstańcy bronili już tylko dwóch budynków i wąskiego dostępu do Wisły, oczekując na obiecany sowiecki desant. Byli pod ciągłym ostrzałem. Ci, którzy przeżyli, pamiętają „Rudego” jak wpadał do piwnic z pytaniem: „Jestem kapłanem. Czy chcecie się wyspowiadać?”.

Wojciech Zabłocki „Derkacz” nigdy nie zapomni, gdy pod ciągłym ostrzałem leżał na środku ul. Solec, ranny w obie nogi i rękę, słysząc już nadjeżdżające czołgi. Usłyszał wówczas głos: „Jak ci pomóc, bracie?”. Przy pomocy znalezionej rury „Rudy” wciągnął go do spalonego domu, przyniósł wody z Wisły (wyprawa po wodę była śmiertelnie niebezpieczna, a brzeg rzeki usłany trupami) i modlił się z rannym. „Derkacz” przeżył.

Ostatnia reduta – szubienica
Czerniaków padł 23 września, wcześniej ks. Stanek podjął się pertraktacji z Niemcami w celu wyprowadzenia cywilów i rannych. Rozejm trwał godzinę. „Rudy” nie mając już złudzeń, namawiał powstańców do ściągania panterek i pozbywania się broni. Podejrzewał, że czeka ich tylko śmierć. Rzeczywiście, każdego podejrzanego o udział w walkach Niemcy bezwzględnie i okrutnie mordowali. W nocy z 22 na 23 września kilka pontonów z powstańcami przepłynęło Wisłę. W jednym z nich było miejsce dla ks. Stanka, jednak on nie skorzystał z niego. Chciał zostać do końca z rannymi i resztką walczących jeszcze żołnierzy, a na swoje miejsce zaproponował jednego z rannych.

Ostatnie chwile życia i męczeństwa „Rudego” znane są z relacji łączniczki Małgorzaty Damięckiej i „Ojca Pawła”, kapelana „Zośki”.

„Ci są najgorsi! Ci w czarnych kieckach! To są diabły!” – wrzeszczeli niemieccy żołnierze, popychając ks. Stanka, okładając pięściami po twarzy i kopiąc. Znęcali się nad nim długo na oczach branych do niewoli cywilów i powstańców. Dookoła panowało istne piekielne szaleństwo: mnóstwo utrudzonych, brudnych, wygłodniałych i śmiertelnie wystraszonych ludzi, martwych powstańców z roztrzaskanymi czaszkami, powieszone młodziutkie sanitariuszki, wrzaski rozjuszonych Niemców. Chcieli go upokorzyć, a Polakom udowodnić, że nie ma w co już wierzyć. Nie udało im się jednak złamać ducha księdza: do śmierci był spokojny, nie wyrywał się, nie bronił; jeszcze mając na szyi pętlę, kreślił znak krzyża, patrząc na odchodzących w nieznane żołnierzy i cywilów.

Jedna z kobiet usłyszała od Niemca asystującego przy mordzie: Dieser Priester, der hängt, das ist euer haupt Bandit. – Ten ksiądz, powieszony, to wasz główny bandyta. „Mogłam prawie dotknąć tej «świętej» postaci kapłana, ubranego w czarną sutannę i z bosymi nogami, bez butów, które mu zdjęto przed egzekucją. Kapłan miał posiniaczoną i zakrwawioną twarz” – wspominała mieszkanka domu przy ul. Solec 45.

Dzisiaj Czerniaków wygląda zupełnie inaczej. Na miejscu budynków, przy których rozegrała się tragedia ostatniego przyczółka, jest piękny park, a brukowana wtedy ul. Solec to dziś kilkupasmowa szosa. Na skrzyżowaniu Solca z ul. Wilanowską stoi krzyż i kamień – tutaj zginął jeden z wielu bohaterskich kapelanów powstania.

Cytaty pochodzą z książki pod red. A. Kopińskiego i G. Górnego „Gdy zaczniemy walczyć miłością...”, Warszawa 2004

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki