Logo Przewdonik Katolicki

Tama na klęski

Jan Gładysiak
Fot.

Kiedy po lipcowej rekordowej suszy wreszcie przyszedł upragniony deszcz, wydawało się, że klęska jest zażegnana. Tymczasem nadciągająca wielka woda w wielu miejscach zmyła to, co z trudem przetrwało upały. Licząc w przyszłości na obfite plony, pozostaje wznosić modły o dobrą pogodę, ale i nie zapominać, że to ludzie sami mają czynić sobie ziemię poddaną. Dla...

Kiedy po lipcowej rekordowej suszy wreszcie przyszedł upragniony deszcz, wydawało się, że klęska jest zażegnana. Tymczasem nadciągająca wielka woda w wielu miejscach zmyła to, co z trudem przetrwało upały. Licząc w przyszłości na obfite plony, pozostaje wznosić modły o dobrą pogodę, ale i nie zapominać, że to ludzie sami mają „czynić sobie ziemię poddaną”.

Dla osób, które wyjechały w lipcu na wakacje, pogoda była wręcz wymarzona. To jednak, co cieszyło wczasowiczów, napełniało niepokojem tych wszystkich, których praca jest związana z szeroko rozumianym rolnictwem. Chociaż meteorolodzy twierdzą, że największe ciepło tego lata jest już za nami, a pojawiające się wiadomości o nieustającym upale, trwającym do września, odpłynęły razem z wielką wodą, to pozostały olbrzymie szkody, z którymi trzeba się uporać.

To jest klęska
– Byli już z gminy do oszacowania strat, a te są duże. Tylko w samych plonach 30 procent, a to nie wszystko – martwi się Michał Rogacki, rolnik z podpoznańskich Wir. – Jak będzie z pomocą, trudno powiedzieć, bo wszystko na razie zliczają i wysyłają do Urzędu Wojewódzkiego.

Wygląda na to, że obiecane przez rząd pół miliarda złotych raczej nie wystarczy, ponieważ straty, choć wciąż szacowane, z pewnością daleko wykraczają poza tę kwotę. Dla przykładu, w gminie Kuryłówka pod Leżajskiem prawie wszyscy rolnicy ucierpieli podczas klęski. To samo spotkało aż 97 procent gospodarstw z gmin w województwie lubuskim. Najgorzej jest jednak na Dolnym Śląsku – tam resztki plonów, które przetrwały upały, zmyły wezbrane gwałtownymi opadami rzeki. W samych tylko Piechowicach, które najbardziej ucierpiały wskutek powodzi, straty są szacowane na blisko 25 mln złotych. W wielu miejscowościach do gospodarstw przyjeżdżają komisje szacujące straty – jedna po suszy, a druga po powodzi. Mieszkańcy niejednokrotnie stracili dobytek życia, nie dziwi więc fakt, że są zdesperowani w swych działaniach – doświadczył tego jeden z wicewojewodów dolnośląskich, który musiał uciekać przed rolnikami pod eskortą policji, kiedy nie chciał obiecać, że wystąpi do rządu o uznanie ich terenu za obszar klęski żywiołowej.

Drożej za owoce i warzywa
Nie jest jednak tak, że skutki suszy i powodzi dotyczą tylko mieszkańców wsi z obszarów dotkniętych nieszczęściem. To, co producenci żywności, a takimi są przecież rolnicy, stracili przez tegoroczne klęski, będą chcieli, przynajmniej w części, zyskać przez wprowadzenie wyższych cen. Za warzywa i owoce możemy więc zapłacić nawet dwa razy więcej. Zwłaszcza te pochodzące z upraw niedeszczowanych, na przykład marchewkę czy ziemniaki. Za kilogram tej pierwszej płacono rok temu w skupach około 20 groszy, teraz cena będzie wahała się w granicach 40 groszy. Zdrożały też owoce, których jest mniej na rynku.

Sytuacji nie zmieni nawet zwiększony import, bo w krajach, z których sprowadzamy warzywa i owoce, a więc głównie w Hiszpanii i Francji, też była susza.

Prawdopodobnie także, choć nie tak od razu, zdrożeje chleb i inne produkty, do wyrobu których potrzebna jest mąka. Plony zboża są bowiem w tym roku dramatycznie niskie. Resort rolnictwa podaje, że mogą być niższe nawet o 30 procent od ubiegłorocznych, a ilość ziarna, które ze względu na odpowiednią jakość może być przeznaczone na mąkę, jest jeszcze mniejsza. Koszty produkcji pieczywa mogą więc wzrosnąć, kiedy wyczerpią się zeszłoroczne zapasy zboża. Jeżeli sytuacja będzie powtarzała się co roku, ceny żywności mogą drastycznie wzrosnąć.

Susza co dwa lata
Tegoroczna susza i lokalne powodzie nie powinny być jednak dla nas zaskoczeniem.

– Susze są typowe dla naszego klimatu i powtarzają się co parę lat. Nawet w latach wysokich opadów są okresy niedoboru wody. Do typowych cech klimatycznych naszego obszaru należą też letnie powodzie – tłumaczy prof. Franciszek Borówczak z Katedry Uprawy Roli i Roślin Akademii Rolniczej w Poznaniu. Skoro więc są to zjawiska typowe dla naszego położenia, to dlaczego tak kiepsko potrafimy się przed nimi chronić?

– Jesteśmy krajem ubogim w zasoby wodne. Na mieszkańca przypada zaledwie około 1600 metrów sześciennych na rok, wobec średniej europejskiej 4500 metrów. Tymczasem zatrzymujemy jedynie sześć procent wody, która spływa do Bałtyku. Jest to alarmująco mało. Winy należy upatrywać w rażących zaniedbaniach w sferze prawidłowej melioracji i tzw. małej retencji – uważa prof. Borówczak. – Niezbędne są więc zwiększone nakłady na te dziedziny, zwłaszcza na budowę małych zbiorników retencyjnych. Nie prowadzą one bowiem do znaczących zmian w lokalnym klimacie, a ich istnienie może mieć zbawienny wpływ na okoliczne rolnictwo. Nie tylko zresztą na nie, bo przecież funkcjonująca przy zaporze elektrownia wodna może zaopatrywać w elektryczność pozostałych mieszkańców gminy.

Jeśli nie chcemy co roku mieć do czynienia z identycznymi sytuacjami i ponosić tak wielkie koszta jak obecnie, trzeba podjąć jak najszybciej działania porządkujące gospodarkę wodną w naszym kraju. Ubezpieczenia rolników od klęsk żywiołowych, które proponuje minister rolnictwa, choć z pewnością potrzebne, nie są wyjściem z sytuacji.

Prośba do nieba
Na razie jednak trzeba liczyć, że niebo okaże się łaskawsze i oszczędzi nam w przyszłości miesięcy posuchy, jak i nadmiernych deszczów. Prośby o właściwą dla rolników pogodę wznosi się do Boga podczas Mszy o urodzaje, a w miesiącach suszy w wielu parafiach dodatkowa modlitwa o deszcz jest także obecna. W tym roku na specjalnej Eucharystii o opady prosili nawet polscy parlamentarzyści.

Wyznawcy prawosławia obchodzą święto proroka Eliasza (2 sierpnia), podczas którego modlą się o opady w czasie suszy i o szczęśliwe zakończenie żniw. W Polsce najbardziej uroczyście jest ono obchodzone w Białymstoku, gdzie mieści się cerkiew pod wezwaniem tegoż proroka. Historia Eliasza uświadamia nam, że naszą małość wobec potęgi mechanizmów przyrody możemy przezwyciężyć, ale tylko zwracając się do Boga.

Prosząc więc Stwórcę o właściwą pogodę, nie zapominajmy, że oczekiwanym cudem rozwiązującym problem może być także, oprócz zbawiennego opadu, budowa małego zbiornika retencyjnego na pobliskiej rzece. Wszystko po to, by w dożynki z autentyczną radością wielbić Pana za otrzymane dary.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki