O słabościach polskiej dyplomacji pisałem w tym miejscu tyle razy, że powtarzanie się byłoby smutnym kopaniem leżącego. Może więc warto zastanowić się, skąd się biorą takie wpadki, jak opisane wyżej najświeższe przykłady.
O braku strategii politycznej wiadomo nie od dziś. Nie wiemy, jakie cele długofalowe zamierzamy osiągnąć, nie poddaliśmy pod publiczną debatę założeń polityki zagranicznej Polski i ciągle znajdujemy się w sytuacji proszalnego dziada, który zabiega o pomoc, zamiast być partnerem proponującym normalny w polityce układ "coś za coś". Szczególną chorobą polityki zagranicznej związaną z rządzącym obecnie układem politycznym jest kompleks niesuwerenności. "Fachowcy" wywodzący się z epoki PRL-u wyspecjalizowani byli w popieraniu "słusznej polityki ZSRR" i przy braku wskazówek z Moskwy poszukują nowego źródła poleceń. Zamiast rozmowy z sojusznikami Polski zastanawiają się głównie, jak ich nie urazić, a w razie czego przechytrzyć. Wreszcie, na wizerunek polityki zagranicznej Polski wpływa fatalny obyczaj uprawiania polityki dla efektu telewizyjnego. Mam nieodparte wrażenie, że zarówno premier, jak prezydent myślą przede wszystkim o tym, co powiedzą w najbliższych wiadomościach TVP, na siłę produkując medialne "sukcesy".
Propaganda zamiast polityki
Takim właśnie pseudosukcesem wyprodukowanym na użytek polskich telewidzów miała być wizyta Aleksandra Kwaśniewskiego w USA. Dowiedziawszy się, że Amerykanie myślą o ułatwieniach w procesie legalizacji pobytu imigrantów w Stanach Zjednoczonych, otoczenie prezydenta zaczęło dawać sygnały, że Aleksander Kwaśniewski twardo upomni się o wprowadzenie ruchu bezwizowego. Zapewne liczono po cichu, iż partnerzy amerykańscy zaoferują polskiemu gościowi kilka konkretów i po przyjeździe do Warszawy będzie można powiedzieć: "uderzyliśmy pięścią w stół i są efekty". Udałoby się przy tej okazji osłabić nieco różnice w publicznych wizerunkach premiera i prezydenta. Jeden uchodzi bowiem za "twardziela", a drugi za miękkiego polityka kompromisu. Tymczasem pomysły Białego Domu dotyczące ułatwień dla nielegalnych imigrantów natrafiły na opór w Kongresie, a sondaże nieustannie prowadzone w roku wyborczym wskazały, że otworzenie USA na imigrantów nie cieszy się poparciem obywateli. No i klops. Bezsensownie nadęta kampania propagandowa okazała się oklapłym balonem.
Jeżeli jest prawdą, że polski prezydent większą część swojej rozmowy z Bushem poświęcił wizom, to wykazał się brakiem profesjonalizmu, zapominając o sprawach dużo ważniejszych. Co więcej, zapomniał o podstawowym przykazaniu politycznym - żądaj, jeśli masz coś do zaoferowania. Nasza oferta obecności wojskowej w Iraku jest wprawdzie warta więcej od wiz (bo problem wizowy dotyczy w najlepszym razie kilkudziesięciu tysięcy obywateli), ale jest już lekko nieświeża, gdyż decyzje zostały podjęte. A jeśli ją podnosić, to w kontekście niemiłosiernie powolnie toczących się rozmów o amerykańskich inwestycjach w Polsce. Przede wszystkim zaś w kontekście modernizacji naszej armii. Tylko, że modernizacja wojska to przede wszystkim zmiana jego struktur, a nie zakup nowych zabawek dla generałów. Jak tu tymczasem mówić o zmianie struktur, kiedy tuż przed wizytą "wywala się" z wojska dowódcę GROM-u, oficera, który jest ceniony jak mało kto przez Amerykanów.
To, z czym Aleksander Kwaśniewski mógł pojechać do Ameryki, czyli nasza rola regionalna, dobre wiadomości o demokratyzacji Ukrainy lub o zmniejszeniu wpływów rosyjskich w Europie Środkowej, nie należy do kategorii "Piusów". Wobec tego leży odłogiem. Gorzej - jest odsunięte na trzeci plan. Najgorsza możliwa wiadomość, a więc odcięcie się przez naszych sąsiadów od stanowiska Polski w przededniu szczytu Unii Europejskiej została dość solidarnie potraktowana przez media jako "no news" i zamieszczona na dalszych stronach gazet wśród wiadomości agencyjnych. A właśnie wtedy utraciliśmy nasz najsilniejszy argument w rozmowach z Amerykanami, bo Waszyngton nas traktował serio i po partnersku w przekonaniu, że Polska zdoła udźwignąć rolę lidera Europy Środkowej; czyli, krótko mówiąc, będzie potrafiła tworzyć wspólne inicjatywy z Budapesztem, Kijowem, Bratysławą; że USA, uzgodniwszy coś w Warszawie, nie będą musiały ponawiać tych uzgodnień w innych stolicach regionu. Tymczasem nasi politycy przychodzą do Amerykanów z prośbami o pomoc i pomysły dotyczące polityki środkowoeuropejskiej.
Cena suwerenności
Podobnie wyglądała wyprawa Leszka Millera do Irlandii. Premier, a wcześniej jego minister spraw zagranicznych, jeżdżą oto po Europie i domagają się kompromisu w sprawie Konstytucji Europejskiej. Zamiast uznać, że szczęśliwie odłożono podczas szczytu w Brukseli sprawę konstytucji ad acta i czekać spokojnie na nasze wejście do Unii, by później jako pełnoprawny członek wspólnot wrócić do rozmowy, nasi politycy wołają o konieczności zawarcia kompromisu przed majem. Dlaczego? Leszek Miller mruga okiem do premiera Irlandii (który do entuzjastów konstytucji nie należy) i powiada, że hasło "Nicea albo śmierć" zostało mu wmuszone przez opozycję.
Marszałek Piłsudski mówił kiedyś, że jest złudzeniem, iż niepodległość można zyskać, ofiarując jeden grosik i jedną kroplę krwi. To samo dotyczy niestety pozycji regionalnego mocarstwa. Polska, chcąc być państwem znaczącym w Europie i świecie, musi liczyć się z koniecznością wydatków, a może i ofiar. Warto więc zapytać obywateli, czy są skłonni takie ofiary ponosić. Jestem przekonany, że Polacy powiedzą "Tak". Pod jednym warunkiem, że będą wierzyli ludziom, którzy to proponują. A Leszkowi Millerowi nie wierzą. No i mamy problem. Bo zamiast polityki otrzymujemy drugorzędny spektakl telewizyjny.
Obawiam się również, że baza intelektualna tej polityki jest żałośnie marna. Oto prezydent RP, jadąc do USA z żądaniem zniesienia wiz dla Polaków, nie znajduje czasu, by spotkać się z przedstawicielami Polonii. A tylko nacisk społeczności polskiej w USA może skłonić amerykański Kongres do podjęcia problemu. Przypadek? Może, ale świadczący źle o fachowości ludzi przygotowujących wizytę Kwaśniewskiego. Leszek Miller z kolei podkreśla, że z premierem Irlandii rozmawiał o Konstytucji Europejskiej. Świetnie - a co z kłopotami polskiego rolnictwa, z kompromitującymi dla Polski raportami Komisji Europejskiej o naszym stanie przygotowań do członkostwa? To Irlandia będzie przewodniczyła Unii w dniu naszego przyjęcia. Ale rozmawiamy o sprawie dla Polski niewygodnej, a sądzę, że i nieważnej.
Polityka zagraniczna nie jest sztuką tajemną. Nie jest jednak spektaklem telewizyjnym, wymaga po prostu profesjonalizmu i konsekwencji. Tylko tyle i aż tyle. Na dodatek ciągle dla Polski dyplomacja jest jednym z najważniejszych problemów narodowych, bo nasza pozycja i nasze bezpieczeństwo są oparte na dość kruchych przesłankach. Skoro tak, to rozliczajmy naszych przedstawicieli z tego, co potrafią w tej dziedzinie. Taki mały samouczek wyborczy. Ładnym uśmiechem nie przekonuje się zagranicznych partnerów.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













