Zapomniana karta kredytowa

Było wielkie hallo. Wywiady, gazety, zapowiedzi, że wyprawa amerykańska Aleksandra Kwaśniewskiego przyniesie niebywałe efekty. Zostało dość żałosne wrażenie nieustannie powielanej rozmowy z George'em Bushem, w której polski prezydent powtarzał: "no visa, no visa", co brzmiało niczym informacja, że zapomniał karty kredytowej. A potem szumnie zapowiadany wylot Leszka Millera do Irlandii....
Czyta się kilka minut
Było wielkie hallo. Wywiady, gazety, zapowiedzi, że wyprawa amerykańska Aleksandra Kwaśniewskiego przyniesie niebywałe efekty. Zostało dość żałosne wrażenie nieustannie powielanej rozmowy z George'em Bushem, w której polski prezydent powtarzał: "no visa, no visa", co brzmiało niczym informacja, że zapomniał karty kredytowej. A potem szumnie zapowiadany wylot Leszka Millera do Irlandii. I znowu wielkie nic, poza zapowiedzią kapitulacji w sprawie Konstytucji Europejskiej.

O słabościach polskiej dyplomacji pisałem w tym miejscu tyle razy, że powtarzanie się byłoby smutnym kopaniem leżącego. Może więc warto zastanowić się, skąd się biorą takie wpadki, jak opisane wyżej najświeższe przykłady.

O braku strategii politycznej wiadomo nie od dziś. Nie wiemy, jakie cele długofalowe zamierzamy osiągnąć, nie poddaliśmy pod publiczną debatę założeń polityki zagranicznej Polski i ciągle znajdujemy się w sytuacji proszalnego dziada, który zabiega o pomoc, zamiast być partnerem proponującym normalny w polityce układ "coś za coś". Szczególną chorobą polityki zagranicznej związaną z rządzącym obecnie układem politycznym jest kompleks niesuwerenności. "Fachowcy" wywodzący się z epoki PRL-u wyspecjalizowani byli w popieraniu "słusznej polityki ZSRR" i przy braku wskazówek z Moskwy poszukują nowego źródła poleceń. Zamiast rozmowy z sojusznikami Polski zastanawiają się głównie, jak ich nie urazić, a w razie czego przechytrzyć. Wreszcie, na wizerunek polityki zagranicznej Polski wpływa fatalny obyczaj uprawiania polityki dla efektu telewizyjnego. Mam nieodparte wrażenie, że zarówno premier, jak prezydent myślą przede wszystkim o tym, co powiedzą w najbliższych wiadomościach TVP, na siłę produkując medialne "sukcesy".

Propaganda zamiast polityki

Takim właśnie pseudosukcesem wyprodukowanym na użytek polskich telewidzów miała być wizyta Aleksandra Kwaśniewskiego w USA. Dowiedziawszy się, że Amerykanie myślą o ułatwieniach w procesie legalizacji pobytu imigrantów w Stanach Zjednoczonych, otoczenie prezydenta zaczęło dawać sygnały, że Aleksander Kwaśniewski twardo upomni się o wprowadzenie ruchu bezwizowego. Zapewne liczono po cichu, iż partnerzy amerykańscy zaoferują polskiemu gościowi kilka konkretów i po przyjeździe do Warszawy będzie można powiedzieć: "uderzyliśmy pięścią w stół i są efekty". Udałoby się przy tej okazji osłabić nieco różnice w publicznych wizerunkach premiera i prezydenta. Jeden uchodzi bowiem za "twardziela", a drugi za miękkiego polityka kompromisu. Tymczasem pomysły Białego Domu dotyczące ułatwień dla nielegalnych imigrantów natrafiły na opór w Kongresie, a sondaże nieustannie prowadzone w roku wyborczym wskazały, że otworzenie USA na imigrantów nie cieszy się poparciem obywateli. No i klops. Bezsensownie nadęta kampania propagandowa okazała się oklapłym balonem.

Jeżeli jest prawdą, że polski prezydent większą część swojej rozmowy z Bushem poświęcił wizom, to wykazał się brakiem profesjonalizmu, zapominając o sprawach dużo ważniejszych. Co więcej, zapomniał o podstawowym przykazaniu politycznym - żądaj, jeśli masz coś do zaoferowania. Nasza oferta obecności wojskowej w Iraku jest wprawdzie warta więcej od wiz (bo problem wizowy dotyczy w najlepszym razie kilkudziesięciu tysięcy obywateli), ale jest już lekko nieświeża, gdyż decyzje zostały podjęte. A jeśli ją podnosić, to w kontekście niemiłosiernie powolnie toczących się rozmów o amerykańskich inwestycjach w Polsce. Przede wszystkim zaś w kontekście modernizacji naszej armii. Tylko, że modernizacja wojska to przede wszystkim zmiana jego struktur, a nie zakup nowych zabawek dla generałów. Jak tu tymczasem mówić o zmianie struktur, kiedy tuż przed wizytą "wywala się" z wojska dowódcę GROM-u, oficera, który jest ceniony jak mało kto przez Amerykanów.

To, z czym Aleksander Kwaśniewski mógł pojechać do Ameryki, czyli nasza rola regionalna, dobre wiadomości o demokratyzacji Ukrainy lub o zmniejszeniu wpływów rosyjskich w Europie Środkowej, nie należy do kategorii "Piusów". Wobec tego leży odłogiem. Gorzej - jest odsunięte na trzeci plan. Najgorsza możliwa wiadomość, a więc odcięcie się przez naszych sąsiadów od stanowiska Polski w przededniu szczytu Unii Europejskiej została dość solidarnie potraktowana przez media jako "no news" i zamieszczona na dalszych stronach gazet wśród wiadomości agencyjnych. A właśnie wtedy utraciliśmy nasz najsilniejszy argument w rozmowach z Amerykanami, bo Waszyngton nas traktował serio i po partnersku w przekonaniu, że Polska zdoła udźwignąć rolę lidera Europy Środkowej; czyli, krótko mówiąc, będzie potrafiła tworzyć wspólne inicjatywy z Budapesztem, Kijowem, Bratysławą; że USA, uzgodniwszy coś w Warszawie, nie będą musiały ponawiać tych uzgodnień w innych stolicach regionu. Tymczasem nasi politycy przychodzą do Amerykanów z prośbami o pomoc i pomysły dotyczące polityki środkowoeuropejskiej.

Cena suwerenności

Podobnie wyglądała wyprawa Leszka Millera do Irlandii. Premier, a wcześniej jego minister spraw zagranicznych, jeżdżą oto po Europie i domagają się kompromisu w sprawie Konstytucji Europejskiej. Zamiast uznać, że szczęśliwie odłożono podczas szczytu w Brukseli sprawę konstytucji ad acta i czekać spokojnie na nasze wejście do Unii, by później jako pełnoprawny członek wspólnot wrócić do rozmowy, nasi politycy wołają o konieczności zawarcia kompromisu przed majem. Dlaczego? Leszek Miller mruga okiem do premiera Irlandii (który do entuzjastów konstytucji nie należy) i powiada, że hasło "Nicea albo śmierć" zostało mu wmuszone przez opozycję.

Marszałek Piłsudski mówił kiedyś, że jest złudzeniem, iż niepodległość można zyskać, ofiarując jeden grosik i jedną kroplę krwi. To samo dotyczy niestety pozycji regionalnego mocarstwa. Polska, chcąc być państwem znaczącym w Europie i świecie, musi liczyć się z koniecznością wydatków, a może i ofiar. Warto więc zapytać obywateli, czy są skłonni takie ofiary ponosić. Jestem przekonany, że Polacy powiedzą "Tak". Pod jednym warunkiem, że będą wierzyli ludziom, którzy to proponują. A Leszkowi Millerowi nie wierzą. No i mamy problem. Bo zamiast polityki otrzymujemy drugorzędny spektakl telewizyjny.

Obawiam się również, że baza intelektualna tej polityki jest żałośnie marna. Oto prezydent RP, jadąc do USA z żądaniem zniesienia wiz dla Polaków, nie znajduje czasu, by spotkać się z przedstawicielami Polonii. A tylko nacisk społeczności polskiej w USA może skłonić amerykański Kongres do podjęcia problemu. Przypadek? Może, ale świadczący źle o fachowości ludzi przygotowujących wizytę Kwaśniewskiego. Leszek Miller z kolei podkreśla, że z premierem Irlandii rozmawiał o Konstytucji Europejskiej. Świetnie - a co z kłopotami polskiego rolnictwa, z kompromitującymi dla Polski raportami Komisji Europejskiej o naszym stanie przygotowań do członkostwa? To Irlandia będzie przewodniczyła Unii w dniu naszego przyjęcia. Ale rozmawiamy o sprawie dla Polski niewygodnej, a sądzę, że i nieważnej.

Polityka zagraniczna nie jest sztuką tajemną. Nie jest jednak spektaklem telewizyjnym, wymaga po prostu profesjonalizmu i konsekwencji. Tylko tyle i aż tyle. Na dodatek ciągle dla Polski dyplomacja jest jednym z najważniejszych problemów narodowych, bo nasza pozycja i nasze bezpieczeństwo są oparte na dość kruchych przesłankach. Skoro tak, to rozliczajmy naszych przedstawicieli z tego, co potrafią w tej dziedzinie. Taki mały samouczek wyborczy. Ładnym uśmiechem nie przekonuje się zagranicznych partnerów.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 6/2004