W Starym Lubaszu jak w Rio de Janeiro

Rozmowa z Maciejem Szymczakiem, artystą rzeźbiarzem



Historyk, komendant straży miejskiej, miłośnik muzyki techno, który ponad wszystko ukochał drewno...



- Umiłowanie do sztuki wpoiła nam - rodzeństwu i mi - mama. Ponieważ rodziców nie było stać na zabawki, mama wycinała je z tektury, a potem malowała. Gdy zbliżał się sezon kasztanów, każdego ranka przynosiła je dla nas i...
Czyta się kilka minut
Rozmowa z Maciejem Szymczakiem, artystą rzeźbiarzem

Historyk, komendant straży miejskiej, miłośnik muzyki techno, który ponad wszystko ukochał drewno...

- Umiłowanie do sztuki wpoiła nam - rodzeństwu i mi - mama. Ponieważ rodziców nie było stać na zabawki, mama wycinała je z tektury, a potem malowała. Gdy zbliżał się sezon kasztanów, każdego ranka przynosiła je dla nas i wspólnie robiliśmy z nich ludziki oraz zwierzęta. Praktycznie ze wszystkiego, co zrodziła ziemia, potrafiła wyczarować dla nas zabawkowy świat. Ta wspólna fascynacja światem przyrody bardzo dobrze wpływała na rozwój naszej dziecięcej wyobraźni. Dzięki temu nie czuliśmy się gorsi i ubożsi od innych, ale wręcz odwrotnie - te twórcze zabawy dawały nam poczucie wyjątkowości.

W czwartej klasie szkoły podstawowej zostałem wytypowany do wzięcia udziału w konkursie plastycznym, jaki rozgrywał się w Racocie. Naszym zadaniem było przedstawienie rodzinnej miejscowości w 40-leciu PRL. Taka to była wówczas rzeczywistość. Rysunek, który wówczas wykonałem, zaprowadził mnie na najwyższe podium. To zwycięstwo mnie uskrzydliło.

A co z miłością do drewna?

- Rodzice koniecznie pragnęli, abym dalszą naukę podjął w poznańskim liceum plastycznym. Ich plany zostały pokrzyżowane właśnie przez moje silne umiłowanie drewna. Uwielbiam kształt słoi i sęków, kocham zapach drewna i żywicy. Najpiękniej w przyrodzie rzeźbi sama natura, zachwyca mnie. Choć trochę chciałem jej dorównać... i zostać stolarzem. Znalazłem się w zakładzie państwa Michalaków i Szymańskich, których do dziś darzę wielkim szacunkiem. Ponieważ szybko zauważyli, że mam smykałkę do pracy w drewnie, dali mi specjalne przywileje - miałem pozwolenie na używanie wszystkich narzędzi. Będąc w pierwszej klasie szkoły zawodowej, kupiłem swoje pierwsze dłuta, które w drewno wtopiłem dopiero cztery lata później.

Dlaczego potrzebował Pan na to aż czterech lat?

- Pewnie wyda się to śmieszne, ale choć bardzo chciałem rzeźbić, to nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Nie wiedziałem, że to jest takie proste. To wywoływało we mnie fatalne uczucie niepotrzebnie straconego czasu. A w fabryce mebli, w której pracowałem, było tyle wspaniałych odpadków drewna. I to z drewna szlachetnego. A ja tylko się w nie gapiłem i wzdychałem, gdy w tym czasie mogło powstać tyle rzeźb!

Ale wzdychał też Pan coraz częściej do myśli o podjęciu nauki w szkole średniej.

- No właśnie. Dlatego zaraz po ukończeniu szkoły zawodowej ruszyłem na podbój Leszczyńskiego Ogólnokształcącego Liceum nr 1. Była to prawie elitarna, doskonała szkoła. Początkowo nieśmiało marzyłem, aby zaliczyć w niej choćby tylko jedną klasę. Dzięki wspaniałemu gronu pedagogicznemu bez większych problemów zaliczyłem... cztery klasy, a nawet zdałem maturę, o czym wcześniej nawet nie śniłem. W tym też czasie zacząłem rzeźbić, bardzo nieśmiało i bardzo niewielkie średniowieczne żołnierzyki.

Przebicie się z tak małej miejscowości i zdobycie średniego wykształcenia było wówczas dość sporym osiągnięciem. Ja jednak chciałem jeszcze więcej. Złożyłem papiery na Politechnikę Wrocławską, na modny kierunek - zarządzanie i marketing. Jednak nie dostałem się i załamałem. Wkrótce stwierdziłem, że w takim razie jak najszybciej odsłużę wojsko, żeby na przyszłość mieć święty spokój. Niestety, znów przeżyłem niemiłe rozczarowanie, wojsko też mnie nie chciało. Po roku oczekiwania w końcu trafiłem do wojsk pancernych w Toruniu, gdzie rozpoczęła się moja przygoda z... historią.

...która zakończyła się szczęśliwym zdobyciem wykształcenia wyższego. Dość rzadko spotyka się rzeźbiarza ludowego z wyższym wykształceniem.

- Pewnie wychodzi ze mnie chłopska natura, wciąż mi mało.

A propos chłopskiej natury, w dalszym rozwijaniu Pańskiej kariery artystycznej pomógł ponoć sam lider Samoobrony?

- Ponieważ jego ludzie zablokowali drogi, wraz z kolegą ze straży miejskiej stałem na placu Krimpen koło dudziarza, i kierowaliśmy ruch tirów przez miasto. To były bardzo mroźne dni. Nad naszymi zmarzniętymi ciałami zlitował się Marian Maliński, rzeźbiarz z wiatraka, który ochronił nas przed odmrożeniami, goszcząc w swojej artystycznej pracowni. Gdy wszedłem w jego progi, oniemiałem. Myślałem, że jestem w niebie. Mistrz Maliński został moim artystycznym aniołem stróżem. Nauczył mnie wszystkich tajników pracy, w tym także, jak dobierać dłuta, czy woskować rzeźby.

Ale znowu odezwało się pragnienie czegoś nowego?

- No właśnie. Po trzech latach rzeźbienia zacząłem coraz częściej myśleć o pracy przy sztaludze. Na wystawach swoich rzeźb często spotykałem się z malarzami, którzy chętnie dzielili się ze mną swoimi tajemnicami dotyczącymi doboru odpowiednich farb, płócien, sztalug i pędzli. Malowałem pod wpływem muzyki techno, która stawała się impulsem dla moich twórczych dokonań. Do tej pory namalowałem dziesięć obrazów.

A ile rzeźb wyszło spod Pańskiego dłuta?

- Około stu sześćdziesięciu.

Kiedy zaczął Pan myśleć o wyrzeźbieniu Chrystusa Zbawiciela?

- Podczas jednej z kolęd powiedziałem księdzu Stanisławowi Tokarskiemu, który znał moje pasje rzeźbiarskie, że chciałbym coś zrobić dla mieszkańców Lubasza Starego. Od najmłodszych lat podobała mi się figura Chrystusa królującego na brazylijskim wzgórzu Corcovado w Rio de Janeiro. Postanowiłem, że nad naszym Lubaszem także będzie czuwał Zbawiciel, którego rozpostarte ramiona przyciągać będą mieszkańców okolic. Był tylko jeden poważny problem - skąd wziąć taką dużą bryłę drewna. Niespodziewanie otrzymałem telefon od księdza proboszcza, który poinformował mnie, że znalazł się materiał na rzeźbę. Właśnie została ścięta topola, która zagrażała budynkowi mieszkalnemu. Uradowany pojechałem ją zobaczyć i natychmiast zrzedła mi mina. Przeraził mnie ogrom tego drzewa. Przez głowę przelatywały mi gorączkowe myśli, jak, gdzie i czym te tony drewna zabiorę? Potem wyobraźnia podsunęła mi obraz moich dłut oraz ton masy oczekującego drewna! Te proporcje prawie wywołały u mnie zawał serca. Uspokoiła mnie myśl o wielu życzliwych ludziach, którzy na pewno mi pomogą. Tak też się stało. Topola została przetransportowana na teren sąsiedniego gospodarstwa, gdzie mogłem zabrać się do pracy. Najpierw usiadłem do komputera i zacząłem drukować wszystkie informacje dotyczące wizerunku Chrystusa Zbawiciela z Rio de Janeiro. Następnie wykonałem rysunki i pomiary, aby zachować odpowiednie proporcje przy mojej rzeźbie. Kolejnym krokiem było wyrzeźbienie dwóch osiemdziesięciocentymetrowych prototypowych figur. Przez okres prawie dwóch lat wielka drewniana kłoda czekała na swój czas. Osuszana była przez słońce i wiatr. Nad odpowiednią dawką wilgoci czuwał deszcz. W końcu nadszedł oczekiwany moment i w drewnie zatopiło się dłuto. Ponieważ rzeźbiłem w leżącej na ziemi kłodzie, najwięcej czasu zabierało mi ciągłe mierzenie i pilnowanie pionu oraz zachowanie odpowiednich proporcji.

Sądzę, że trudność tkwiła także w tym, że pracując na leżącej kłodzie, musiał Pan wyobrazić sobie figurę stojącą w pionie?

- Tak. Myślenie o tym bardzo często spędzało mi sen z powiek. Zastanawiałem się, czy figura będzie stabilna, jak dołączę do niej rozłożone ręce. Jeszcze teraz wspomnienie o tym wywołuje u mnie zimny dreszcz.

Mało kto wie, że monument Zbawiciela z Brazylii związany jest z Polską.

- Sam bardzo się zdziwiłem, gdy po raz pierwszy przeczytałem, że został on wykonany według projektu Pierra Landowskiego, którego korzenie sięgają Polski.

Ile czasu minęło zanim Pańska rzeźba stanęła przed kaplicą?

- Dwa lata zabrała mi praca przy samym korpusie, który rzeźbiłem pod gołym niebem tylko wówczas, gdy pozwalała mi na to pogoda. Gdy już uporałem się z korpusem rzeźby, z wielkimi obawami podjąłem się kształtowania głowy, rysów twarzy oraz dłoni Chrystusa. Sam przestałem wierzyć, że pracę ukończę w tym roku, a księdzu proboszczowi zależało, aby figura była gotowa w październiku. Nie wierzyłem, że to się uda. Teraz uważam, że stało się coś niezwykłego, jakiś mały cud - głowę rzeźbiłem siedem godzin, a ręce trzy dni... Potem nadszedł najtrudniejszy dla mnie moment - ustawienie rzeźby na ceglanym cokole. Bałem się spojrzeć i czekałem, kiedy ten potężny czterometrowy posąg z hukiem przewróci się na ziemię. Stało się jednak inaczej, rzeźba od razu stabilnie osiadła na cokole. Nie trzeba było nic poprawiać, ustawiać, ani szukać pionu! Dziś mogę stwierdzić, że stało się to dzięki modlitwie mieszkańców, którzy przez cały okres mojej pracy wspierali mnie swoją wielką życzliwością. Bez ich pomocy nie dokonałbym nic. Dziś do mojego Chrystusa na chwilę skupienia przybywa wielu mieszkańców Starego Lubasza, Racotu, ale także dalszych miejscowości, nawet z Kościana.

Rzeźba została poświęcona w dość szczególnym dniu dla Polaków?

- Tak. Była to kolejna rocznica pontyfikatu Jana Pawła II - 16 października. W tym dniu ksiądz biskup Zdzisław Fortuniak bierzmował też naszą młodzież, a w strugach lejącego deszczu poświęcił pomnik.

Aby ukończyć swoje dzieło, podobno zrezygnował Pan z bardzo kuszących propozycji.

- Miałem już ustalone wystawy w Izraelu, Francji, w Niemczech, a nawet na Ukrainie.

Nie żałuje Pan?

- Nie!

Rozmawiała

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 47/2004