Polska droga do nowego systemu była dość typowa, ale aby to...
Polska droga do nowego systemu była dość typowa, ale aby to zrozumieć, cofnijmy się do "tłustych" lat gierkowskiej prosperity, które pokutują w społecznej świadomości do dziś i wywierają wpływ na ocenę teraźniejszości. Według różnych sondaży, ponad połowa Polaków przekonana jest, że "za Gierka" powodziło im się znacznie lepiej niż "za Wałęsy", czyli lepiej było w komunizmie niż w wolnej Polsce. Przyczyną takich odczuć społecznych była konsumpcyjna i inwestycyjna koniunktura lat 70-tych. I sekretarz PZPR Edward Gierek wykorzystał korzystną sytuację na międzynarodowych rynkach finansowych i zaczął masowo zaciągać kredyty walutowe. Kupowano za nie towary konsumpcyjne (od licencji Fiata po pomarańcze) i finansowano sztandarowe inwestycje - drogi, fabryki, porty, osiedla mieszkaniowe. Powszechne było więc przekonanie, że Polska się rozwija, a ludziom żyje się dostatnio. Niestety, z końcem lat 70-tych stopy procentowe na rynkach międzynarodowych wzrosły 2-3-krotnie w porównaniu z początkiem lat 70-tych, gdyż banki centralne w USA i w Europie rozpoczęły walkę z inflacją, która doprowadziła do osłabienia wzrostu gospodarczego w krajach rozwiniętych. Polska wraz z innymi krajami rozwijającymi się z Ameryki Łacińskiej, czy z Afryki, znalazła się w pułapce zadłużenia - nie miała jak spłacić rosnących odsetek od zaciągniętych kredytów, ponieważ poczynione przez Gierka inwestycje centralne okazały się najczęściej nietrafione, a część kredytów po prostu przejedliśmy.
Niezdolność Polski czasów socjalizmu do spłaty kredytów wynikała z braku możliwości sprzedaży na Zachód jakichkolwiek innych towarów niż surowce, w tym zwłaszcza węgla. Wydobycie węgla kosztowało w złotówkach więcej niż zysk w dolarach z eksportu, jednak to tylko dzięki eksportowi węgla pozyskiwano "twardą" walutę na spłatę zadłużenia zagranicznego. Jednak, pomimo że kopano coraz głębiej i eksportowano coraz więcej węgla, żywności i innych nisko przetworzonych towarów, rosło zadłużenie zagraniczne Polski i w końcu 1981 roku, a jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego, Polska ogłosiła bankructwo na międzynarodowych rynkach finansowych, zawieszając spłaty kredytów zagranicznych. Ponura dekada lat 80-tych była wynikiem bankructwa systemu gospodarczego, a stąd i społecznej ideologii powszechnego dobrobytu budowanej przez PZPR. W innych krajach obozu socjalistycznego sytuacja była podobna, choć większość z nich nie miała tak wysokiego, jak Polska, zadłużenia zagranicznego. Cechą wspólną wszystkich krajów socjalistycznych był niski wzrost gospodarczy w latach 80-tych i niezadowolenie społeczne z sytuacji materialnej.
Dobrobyt w teorii i w praktyce
Dla przeciętnego obywatela kraju rozwijającego się (w tym Polski) najważniejszym jednak wskaźnikiem wzrostu gospodarczego i dobrobytu nie jest eksport czy inwestycje, ale stały wzrost konsumpcji. W drugiej połowie lat 90-tych notowany był roczny wzrost konsumpcji na poziomie 4-5 proc., w porównaniu z którym wskaźnik za 2003 r. wygląda skromnie. Podobnie wysokie wskaźniki konsumpcji jak w drugiej połowie lat 90-tych miały miejsce pod koniec czasów gierkowskich. Możliwości konsumpcji przez gospodarstwa domowe wynikają z dochodów uzyskiwanych z pracy i świadczeń społecznych (polityka socjalna rządu) oraz z poziomu oszczędności. Patrząc na te wskaźniki, można zauważyć, że w 2003 r. realne (po uwzględnieniu inflacji) dochody do dyspozycji przeciętnego gospodarstwa domowego wzrosły o 2,5 proc. w porównaniu z 0,8 proc. w 2002 roku. Jednak w 2003 r. dochody nadal rosły 2-3-krotnie wolniej niż w drugiej połowie lat 90-tych. Natomiast stopa oszczędności ludności maleje od 2000 r. i wynosi 8,5 proc., gdy w latach 90-tych rosła, osiągając maksymalny poziom 13,2 proc. w 1998 r. - w tym roku przeciętne gospodarstwo domowe oszczędzało ponad 13 procent. Porównanie drugiej połowy lat 90-tych i początku lat 2000 chyba dobrze obrazuje mniejszą dynamikę dobrobytu gospodarstw domowych.
Jednak czynnikiem mającym chyba największe znaczenie w odczuciu społecznym i porównywaniu czasów dobrobytu w przeszłości z biedą teraźniejszości nie jest poziom konsumpcji, a niepewność wynikająca z różnic w poziomie bezrobocia. W drugiej połowie lat 90-tych stopa bezrobocia wynosiła około 10 proc., gdy od 2000 r. utrzymuje się na poziomie około 20 proc., a bezrobocie wśród młodych osób (do 24 roku życia) jest dwukrotnie wyższe niż średnia krajowa (czyli około 40 proc.). Bez pracy pozostaje armia ponad 3 mln bezrobotnych. Jeszcze gorszy obraz sytuacji pokazuje wskaźnik aktywności zawodowej ludności (mierzący udział osób pracujących w grupie osób w wieku produkcyjnym), który wynosi w Polsce 54 proc. w porównaniu ze średnią w UE około 65 proc., czy 74 proc. w USA. Oznacza to, że w Polsce tylko nieco połowa osób w wieku produkcyjnym pracuje, a druga połowa jest bezrobotna (czyli szuka pracy), już nie szuka pracy, albo jest na rencie lub wcześniejszych emeryturach. Za osoby te płacą oczywiście osoby pracujące - ze swoich podatków i składek na ubezpieczenie zdrowotne. Osobom pracującym powodzi się oczywiście względnie lepiej (nie bezwzględnie, gdyż podatki w ciągu ostatnich lat znacząco wzrosły) niż osobom niepracującym. Mamy do czynienia nie z problemem dystrybucji bogactwa (którego wiele nie ma), ale z dzieleniem dużej ilości biedy i braku pracy, która dawałaby możliwość wyjścia z biedy. I tu przechodzimy do kolejnego komponentu PKB, czyli do inwestycji. W Polsce lat 90-tych notowane było 2-cyfrowe tempo wzrostu inwestycji, gdy w roku ubiegłym mieliśmy do czynienia z ujemnymi inwestycjami. Dzieje się tak dlatego, że przedsiębiorcy (i polscy, i zagraniczni) boją się podejmować nowe inwestycje w naszym kraju, gdy nie wiedzą, jakie będą podatki, jaka polityka rządu, a przede wszystkim nie godzą się na coraz wyższe koszty prowadzenia działalności gospodarczej (wliczając w to kary od urzędów skarbowych, koszty ciągle zmieniających się przepisów, czy łapówki dla urzędników różnych szczebli). Po co więc przedsiębiorcy mają się zapracowywać i tracić zdobyte pieniądze? Niestety, bez nowych inwestycji nie będą powstawać nowe miejsca pracy i wzrost gospodarczy będzie niższy.
Recepta rządowa na nierozwiązane problemy
Dynamiczny wzrost eksportu, konsumpcji i PKB w drugiej połowie lat 90-tych i początku lat 2000 zawdzięczamy firmom prywatnym, w tym kontrolowanym przez inwestorów zagranicznych. Inwestycje zagraniczne w Polsce przyczyniły się i przyczyniają do tego, że zamiast ziemniaków i węgla eksportujemy samochody i maszyny, a polscy kooperanci dużych firm zagranicznych sami zaczynają eksportować swoją produkcję na rynki światowe. Jednak nadal prawie połowa osób zatrudnionych w dużych firmach (powyżej 49 osób zatrudnionych) pracuje w przedsiębiorstwach państwowych, których udział eksportu w sprzedaży ogółem jest kilkakrotnie niższy niż w firmach prywatnych, podobnie jak wydajność pracy i w rezultacie ich rentowność. Rentowność państwowych firm w latach 2002-2003 była ujemna, czyli ogólnie nie płaciły one podatków do budżetu (poza kilkoma wyjątkami dużych przedsiębiorstw). Faktyczny obraz polskiej gospodarki jest więc mocno zróżnicowany - część firm prywatnych jest już na poziomie europejskim i mogłaby dalej się rozwijać, dając ludziom pracę i coraz wyższe zarobki, ale pozostała część przedsiębiorstw państwowych stanowi tylko koszt i obciążenia podatkowe dla reszty gospodarki. W tym wszystkim są przeciętni ludzie, których politycy straszą reformami, a zwłaszcza prywatyzacją, obiecując w zamian pieniądze na pomoc socjalną.
Skutkiem wydatków socjalnych ponad dochody i możliwości polskiej gospodarki jest wzrost deficytu budżetowego (w 2004 r. wyniesie około 7 proc. PKB). Kilka ostatnich rządów, dopuszczając do wzrostu deficytu budżetowego, finansowały w ten sposób konsumpcję ludności i podtrzymywały wzrost PKB. Problem w tym, że rządy pożyczały te pieniądze na rynku finansowym i od 2000 r. ponownie zaczął rosnąć poziom zadłużenia, osiągając w 2003 r. ponad 50 proc. PKB. Choć może do 100 proc. PKB - długu z czasów Gierka - jeszcze daleko, to podobnie jak w końcu lat 70-tych, tak i teraz zaczynają rosnąć stopy procentowe i nasz (kolejny) rząd będzie musiał coraz więcej pieniędzy z budżetu przeznaczać na spłatę zadłużenia, a nie na pomoc socjalną. Dochodzimy więc powoli do ściany, choć politycy nadal sądzą, że wysoki wzrost gospodarczy w I kwartale 2004 r. (6,9 proc. PKB) rozwiąże za nich wszystkie problemy. Otóż nic podobnego - problemy pozostają te same, a wskaźnik wzrostu ma o tyle znaczenie, o ile jest odczuwalny przez większość społeczeństwa i to w dłuższym okresie czasu niż kilka kwartałów. Doganianie średniej dochodów i bogactwa UE wymaga od Polski wzrostu na poziomie 5-10 proc. przez ponad 15-20 lat. I jest to możliwe, gdyż było wiele krajów, którym się to udało ciężką pracą i mądrą polityką ekonomiczną, ale w tych krajach nikt nie wierzył w cudowne recepty tak mocno jak w Polsce.
Społeczno-Ekonomicznych
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!








