Logo Przewdonik Katolicki

Pożegnanie z mocarstwem

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

Ludzie starego porządku są przyzwyczajeni do niesuwerenności i wręcz poszukują czy w Waszyngtonie, czy w Brukseli nowego hegemona. Spadający helikopter premiera Millera - przestarzały sowiecki produkt udający salonkę szefa dużego państwa - stał się niechcący podsumowaniem wydarzeń ubiegłego tygodnia. Wydarzeń, które wykazały, iż mocarstwowe zadęcie prezentowane przy każdej...

Ludzie starego porządku są przyzwyczajeni do niesuwerenności i wręcz poszukują czy w Waszyngtonie, czy w Brukseli nowego hegemona.


Spadający helikopter premiera Millera - przestarzały sowiecki produkt udający salonkę szefa dużego państwa - stał się niechcący podsumowaniem wydarzeń ubiegłego tygodnia. Wydarzeń, które wykazały, iż mocarstwowe zadęcie prezentowane przy każdej możliwej okazji przez tandem Kwaśniewski-Miller ma się tak do polskiej rzeczywistości, jak polska flota rządowa do prawdziwych samolotów i helikopterów.

Gazociąg po rosyjsku


Jakie wydarzenia? - ma prawo spytać czytelnik zdany tylko na telewizyjną papkę informacyjną. Co najmniej dwa. Raczej dyskretnie pominięte w komentarzach. Pierwszym było ogłoszenie skromnego komunikatu dwóch firm po rozmowach w Szwajcarii. Norweski koncern Statoil i polski PGNiG ogłosiły zakończenie rozmów o budowie bezpośredniego gazociągu z Norwegii do Polski. Gazociągu nie będzie. Podobno się nie opłaca. Partnerzy elegancko dodali, że nie zamyka to drogi do sprzedaży Polsce norweskiego gazu transportowanego innymi drogami. Najlepiej przez wymyślony przez pana Gudzowatego łącznik Bernau-Szczecin. Prasa odnotowała to wydarzenie gdzieś na marginesie kolumn ekonomicznych. Przecież mamy tyle fascynujących afer na pierwsze strony. Tymczasem decyzja podjęta przez prezesa PGNiG Marka Kossowskiego przekreśla wieloletnie starania Polski o bycie liderem regionu Europy Środkowowschodniej. Gazociąg prowadzący z Norwegii pod dnem Bałtyku do Niechorza miał bowiem być tylko pierwszym krokiem do zapewnienia niezależności energetycznej całemu obszarowi byłych państw bloku sowieckiego. Nie chcę zamęczać czytelników liczbami. Ale - aby taki gazociąg był opłacalny, powinien transportować około 10 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. Polskie potrzeby to 2-3 miliardy. Logicznym rozwiązaniem było więc zbudowanie gazociągu północ-południe i dostarczenie norweskiego gazu do Czech, Słowacji, Węgier, może również na Ukrainę i do Chorwacji. Zainteresowana udziałem w tym przedsięwzięciu była także Litwa. Rozmowy toczyły się w czasie kadencji rządu Jerzego Buzka. I właśnie wtedy słyszeliśmy dziki ryk lobby rosyjskiego (w Polsce i nie tylko): gaz norweski jest za drogi, Rosja zbuduje nowe gazociągi omijające Polskę itd. Sami Rosjanie nieustannie wysuwali kolejne projekty gazociągów łączących Białoruś ze Słowacją. Straszyli też zbudowaniem bezpośredniego połączenia Rosja-Niemcy pod dnem Bałtyku. Pojawiły się również żądania, byśmy umożliwili zbudowanie odnogi gazociągu jamalskiego do Kaliningradu. Po zmianie rządu i oficjalnym desinteresement premiera Millera wobec gazociągu norweskiego pomysły różnego rodzaju "łączników" przez terytorium Polski ucichły. Bo też nikt nie zamierzał ich budować. Chodziło jedynie o uniemożliwienie podpisania kontraktu Polska-Norwegia.
Powody takiego działania są absolutnie oczywiste. Rosjanie od wielu lat w swojej doktrynie politycznej wskazują handel surowcami energetycznymi jako jedno z podstawowych narzędzi polityki zagranicznej. Utrzymanie pozycji monopolisty na rynkach Europy Środkowej i dawnego ZSRR jest warte dużych pieniędzy i jeszcze większego wysiłku. Szczególnie, że pieniądze wyłożone na walkę z konkurencyjnymi projektami szybko się zwracają. Gazprom stosuje politykę niezwykle zróżnicowanych cen na gaz. Grzeczni kontrahenci kupują taniej (Białoruś czy Słowacja), niegrzeczni, jak Polska, płacą znacznie drożej. A monopol pozwala na swobodne kształtowanie cen.
Do tego wypada dodać dziwaczne kontrakty, takie jak podpisany niedawno przez Polskę z mafijną (a można sądzić, że mającą też powiązania ze służbami specjalnymi) firmą rosyjsko-węgiersko-rumuńską, przynoszące dodatkowy zysk nie zapisany w wielkich umowach międzynarodowych. Tego typu kontrakty w przeszłości stanowiły często przykrywkę dla zwyczajnej korupcji.
Polityczne następstwa są oczywiste. Utrzymanie przez Rosjan monopolu służącego jako środek nacisku dwojakiego rodzaju. Wpływania na gospodarki państw uzależnionych poprzez manipulowanie cenami surowca oraz, w razie kryzysu politycznego, możliwość użycia groźby całkowitego przerwania dostaw. Jak skuteczna jest to broń pokazuje przykład okrawanej po plasterku, niczym salami, ukraińskiej niepodległości, czy skuteczne założenie gazowej pętli na szyje Aleksandra Łukaszenki. A mamy w zanadrzu przykłady od Polski przez Litwe, aż po Węgry i Bułgarię, kiedy broń naftowa lub gazowa była przez Moskwę skutecznie używana. Polski projekt wielkiego gazociągu z Norwegii stanowił zagrożenie dla żywotnych interesów Rosji i został zablokowany. Argumentem używanym przez przeciwników tej budowy było tradycyjne: nas na to nie stać. Bo istotnie, państwo polskie musiałoby wziąć na siebie ciężar budowy rury z Niechorza do południowej granicy (około 2 miliardów dolarów) oraz pozyskania nabywców na przypływający do nas norweski gaz. Tak się jednak składa, że chcąc odgrywać rolę przywódczą, trzeba liczyć się z kosztami. Jako lider regionu zapewnilibyśmy sąsiadom nie piękne słówka, których nie żałuje prezydent Kwaśniewski, ale realną niezależność energetyczną. Mogliśmy, ale tego nie zrobimy. I obawiam się, że po latach będziemy decyzję rządu SLD oceniali w podręcznikach historii jako "polską zdradę Ukrainy czy Słowacji".

Ucieczka z Iraku


Sztandarowym przedsięwzięciem rządzącej obecnie ekipy był jednak udział w kampanii irackiej. Przyznanie Polsce strefy okupacyjnej (czy też stabilizacyjnej) w Iraku zostało przedstawione jako dowód, iż jesteśmy pierwszorzędnym partnerem Stanów Zjednoczonych i jednym z "państw rozgrywających". Pisałem wówczas, na łamach PK, że Irak jest dla Polski wielką szansą na zajęcie miejsca wśród krajów znaczących w światowej polityce. I nie ukrywam, że byłem zwolennikiem naszego zaangażowania. Zwracałem jednak uwagę, iż operacja ta nie jest propagandową hucpą, tak lubianą przez lewicowe rządy, ale testem polskiej wiarygodności sojuszniczej. W ubiegłym tygodniu okazało się, że egzaminu nie zdaliśmy. Sekretarz stanu USA Collin Powell zapowiedział na spotkaniu Rady NATO, że strefę stabilizacyjną od Polaków przejmie Sojusz Atlantycki. Wiadomo również, że nasza dyplomacja chciała pozbyć się tego gorącego kartofla, oddając go w ręce Hiszpanii. A przede wszystkim, w odróżnieniu od pozostałych partnerów Ameryki, nie potrafiliśmy w zamian za nasze zaangażowanie w Iraku uzyskać konkretnych korzyści finansowych. Żałosne biadolenie członków polskiego rządu, że nas nie stać na wystawienie brygady wojska i radość ministra Cimoszewicza, który ucieszył się z oddania strefy, "bo to pozwoli zmniejszyć nasze zaangażowanie w Iraku" dowodzą, że Polska nie potrafi także w tym wypadku udźwignąć roli półmocarstwa.
Istnieją naturalnie czynniki obiektywne, jak słabość budżetu Polski czy mała sprawność armii, odziedziczonej po czasach Układu Warszawskiego. Nie wyjaśniają one jednak wszystkiego. Przedwojenna Polska, jeszcze biedniejsza i zabliźniająca z trudem rany po wojnie bolszewickiej oraz zaborowe podziały, takie jak odmienne systemy prawne czy brak jednolitej sieci kolejowej, w 14 lat po odzyskaniu niepodległości była zdolna do budowy Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego, a nasza armia była jedną z najsilniejszych w Europie. Marnowanie szansy na zajęcie miejsca w klubie mocarstw średniej wielkości (obok Wielkiej Brytanii czy Argentyny) wynika w dużej mierze z przyczyn natury psychologicznej. Rządy komunistyczne pozbawiły nas poczucia narodowej dumy i własnej wartości. A przede wszystkim zdolności poświęcania się dla dobra wspólnego jakim jest państwo. Rządy postkomunistyczne doskonale wpasowują się w tę tradycję. Turcja w zamian za poparcie akcji w Iraku zażądała 80 miliardów dolarów, dostała ponad 20. Polacy natomiast cicho pisnęli: co łaska i nie dostali prawie nic. Zasadnicza linia podziału na polskiej scenie politycznej przebiega ciągle pomiędzy ludźmi starego i nowego porządku. Ludzie starego porządku są przyzwyczajeni do niesuwerenności i wręcz poszukują, czy w Waszyngtonie, czy w Brukseli nowego hegemona. Ludzie obozu solidarnościowego w większości mają poczucie suwerenności i wartości własnego państwa. Dlatego zabiegali o budowę gazociągu, i dlatego z niesmakiem przyjmują, że ofiara życia polskich żołnierzy ma być składana w imię niejasnych decyzji politycznych. Poziom kompromitacji w polityce zagranicznej - tej realnej, a nie deklaratywnej - jest gigantyczny. Twarda obrona Nicei nie może być jedynym czynnikiem oceny rządu Leszka Millera. Szansa historyczna, jaką Polska otrzymała właśnie wymyka nam się z rąk w wyniku tchórzostwa i niekompetencji ludzi, którym obywatele powierzyli losy Ojczyzny. Oby nie udało się im zepsuć wszystkiego.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki