Logo Przewdonik Katolicki

Ściągnięci z równika

PK
Fot.

- Na pierwsze wrażenia jeszcze przyjdzie czas. Na razie to jest zimno - mówi już prawie po polsku Firmin Azalekur z Togo. On tak samo jak jego krajan i dwóch kolegów z Indonezji poznają Polskę dopiero od kilku miesięcy. Wstąpili do Zgromadzenia Misjonarzy Słowa Bożego (SVD), a do kapłaństwa przez kilka najbliższych lat będą przygotowywać się w Polsce. Na razie heroicznie walczą nie...

- Na pierwsze wrażenia jeszcze przyjdzie czas. Na razie to jest zimno - mówi już prawie po polsku Firmin Azalekur z Togo. On tak samo jak jego krajan i dwóch kolegów z Indonezji poznają Polskę dopiero od kilku miesięcy. Wstąpili do Zgromadzenia Misjonarzy Słowa Bożego (SVD), a do kapłaństwa przez kilka najbliższych lat będą przygotowywać się w Polsce. Na razie heroicznie walczą nie tylko z ostrą tego roku zimą, ale i z wyjątkowo trudnym polskim językiem.

Heribertus Florianus Wea, tak jak jego kolega Lambert, którego do łóżka właśnie położyła polska zima, do werbistów w Chludowie pod Poznaniem przyjechał z Indonezji. Pochodzi z Wyspy Flores, gdzie od lat pracują polscy misjonarze.
- Jeszcze w latach 60. do Indonezji wyjechało 20 Polaków. Ciekawostką jest to, że ci młodzi klerycy pochodzą z rodzin, którymi zajmowali się właśnie nasi starsi koledzy - mówi o. Zbigniew Sudoł, który w Chludowie opiekuje się przybyszami z dalekich krajów.
Ojciec Heribertusa jest nauczycielem, matka zajmuje się domem. Heribertus ma trzy siostry, z których jedna poszła w ślady ojca, druga pracuje w banku, a trzecia dopiero chodzi do gimnazjum. Ma także brata, ale to on jako pierwszy w rodzinie zdecydował się przywdziać sutannę.
Do werbistów wstąpił ponad cztery lata temu. Teraz liczy sobie 23 lata i jest już po nowicjacie, odbytym jeszcze w Maumere na Flores. Od święceń kapłańskich dzielą go jeszcze cztery lata nauki w Polsce.
Jego zdaniem, Polacy i Indonezyjczycy aż tak bardzo się nie różnią.
- Jesteście tak samo gościnni jak my - zapewnia.

Tęsknią za domem i... kukurydzą


Jego dwaj koledzy - Firmin Azalekur i Thierry Dovi do Chludowa przyjechali z Togo, państwa leżącego w Afryce Zachodniej, nad Zatoką Gwinejską. Obaj mieszkają w stolicy kraju - Lome, gdzie działa misja Misjonarzy Słowa Bożego. Werbiści byli zresztą pierwszymi misjonarzami, którzy tam dotarli. Teraz katolickie parafie liczą już po kilka pokoleń wiernych. Obaj klerycy pochodzą właśnie z takich katolickich rodzin. Ojciec Firmina z zawodu jest nauczycielem, mama prowadzi własny biznes. Thierry jest synem zawodowego żołnierza i krawcowej. Obaj mają po kilkoro rodzeństwa, ale i tak mama Thierrego nie mogła odżałować, że syn wybrał życie duchowne. Thierry opowiada o tym z uśmiechem, dodając dyskretnie, że zabronić i tak mu nie mogła. W przypadku Firmina było podobnie, bo afrykańskie matki nadal z żalem przyjmują wiadomości, że synowie wybierają stan bezżenny.
Firmin wcześniej uczył się przez sześć lat w niższym seminarium.
- Tam poczułem powołanie do kapłaństwa - opowiada - Chcę być misjonarzem i to, czy będę nim w Afryce, Europie czy jeszcze gdzieś, nie ma dla mnie większego znaczenia. Przecież cały Kościół jest misyjny - dodaje.
Od tego czasu Firmina i Thierrego dzieli jeszcze sześć lat, bo w Afryce formacja przebiega innym trybem, więc w Chludowie odbywają dopiero swój nowicjat. Dalej będą kształcić się w seminarium werbistów w Pieniężnie. Ale dopiero wtedy, gdy nauczą się dobrze mówić po polsku.

Na misji w Polsce


Egzotycznych braci werbistów równie mocno, co polska zima, doświadcza... polszczyzna.
Jak większość obcokrajowców, początkowo odbierali nasz język jako niezrozumiały ciąg świstów i szumów.
Od października przez pięć dni w tygodniu uczą się języka na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
- To bardzo dobry kurs, chociaż wcale nie tani - zwierza się ojciec Zbigniew.
Mówi także, że głównie ograniczone fundusze nie pozwalają kształcić w Polsce zbyt wielu obcokrajowców.
Nasi goście musieli także przywyknąć do polskiej diety. Heribertus mówi, że powoli już się przyzwyczaił, jednak u dwóch Afrykanów tęsknotę za ojczyzną wzmaga tęsknota za rodzimą kuchnią.
- U nas naprawdę nie je się ani tyle ziemniaków, ani tyle chleba, a dużo więcej kukurydzy - śmieje się Thierry.
Nam, Polakom, trudno sobie wyobrazić kolację bez pieczywa, a w Togo to norma.
- Ze względu na naszych gości zmieniliśmy w Chludowie jadłospis tak, aby przynajmniej dwa razy w tygodniu na obiad był ryż - mówi o. Zbigniew. - Takie już jest życie misjonarza Polakom w różnych krajach zmiana kuchni również nie przychodzi zupełnie bezboleśnie - dodaje.
Ogólnie jednak aklimatyzacja przebiega bardzo pomyślnie. Klerycy z Togo i Indonezji są lubiani i czynnie wchodzą w życie chludowskiej parafii. Na przykład na Święta Bożego Narodzenia w kościele w Chludowie parafianie mogli posłuchać kolęd po indonezyjsku.
- A jak już zaczęli śpiewać kolędy po polsku, to naprawdę było świetnie - cieszy się ojciec Zbigniew. - Są bardzo lubiani dzięki swojej naturalności i otwartości. Kiedy codziennie jadą podmiejskim autobusem na zajęcia, to rzadko siedzą razem, bo każdy chce z nimi porozmawiać - puentuje ich opiekun.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki