Doradczyni prezydenta ds....
Doradczyni prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Condolezza Rice nie wykluczyła możliwości ataku na Koreę Północną. Z wielu stolic świata podniosły się głosy sprzeciwu - argumentowano, że na takie uderzenie jest już za późno, gdyż Phenian posiada broń nuklearną i konflikt militarny na Półwyspie Koreańskim może grozić nieobliczalnymi konsekwencjami. Co ciekawe, te same osoby protestowały wcześniej przeciw wojnie w Iraku twierdząc, że na taki atak jest z kolei za wcześnie, gdyż Bagdad nie posiada jeszcze broni atomowej, dlatego nie stanowi międzynarodowego zagrożenia.
Tymczasem w cieniu dyskusji o nuklearnym szantażu i ewentualnym konflikcie zbrojnym pozostaje dramatyczna sytuacja mieszkańców Korei Północnej, zmuszonych do życia w systemie, przy którym świat z głośnej antyutopii Orwella "Rok 1984" wydaje się baśniową Arkadią.
Kim jest Kim?
W 1995 roku w Katowicach ukazała się książka niejakiej Agnieszki Dominik "Kim Ir Sen. Legenda Korei", napisana rok po śmierci komunistycznego tyrana. Sądząc po treści jako miejsce wydania bardziej niż Katowice pasowałby Stalinogród. Zdaniem autorki bohater biografii to "wielki wódz narodu, legenda rewolucyjnych walk przeciw antyjapońskiej okupacji i długoletniemu uciskowi feudalnemu szerokich mas ludu koreańskiego, wielki patriota, bohater narodowy, zwolennik międzynarodowego komunistyczno-robotniczego ruchu wyzwoleńczego".
Ponieważ w książce brak jest nazwy wydawcy, a w treści aż roi się od elementarnych błędów polonistycznych (np. w cytowanym wyżej zdaniu Kim Ir Sen walczył "przeciw antyjapońskiej okupacji", co jest bezsensem, gdyż wódz koreańskich komunistów miał występować właśnie przeciw japońskiej okupacji, innymi słowy: prowadzić walkę antyjapońską) - sugeruje to, że za opublikowaniem owej pozycji stały służby dyplomatyczne Korei Północnej.
Jest to tym bardziej prawdopodobne, że jeszcze w czasach peerelowskich ambasada KRL-D rozpowszechniała w języku polskim hagiograficzne opowieści o Kim Ir Senie, np. z czasów partyzanckich. Jedno z tych opowiadań mówiło o tym, że oddział Kim Ir Sena ukrywał się długo w dżungli przed japońskimi okupantami, partyzantom zabrakło jedzenia i w oczy zajrzało im widmo głodu; znaleźli na dnie chlebaków ostatnich dwanaście ziarenek ryżu i zanieśli je Kim Ir Senowi; ten dokonał cudownego rozmnożenia pokarmu tak, że wszyscy najedli się do syta.
Niewiele zmieniło się po śmierci Kim Ir Sena i objęciu władzy przez jego syna Kim Dzong Ila. W materiałach promocyjnych, rozsyłanych obecnie przez ambasadę KRL-D można natknąć się na zdania typu: "Zaprawdę, żyć w tej samej epoce, w której żyje i działa Przywódca Kim Dzong Il, to mówiąc najprościej: największe szczęście nie tylko narodu koreańskiego, ale także dla wszystkich ludzi na całym świecie."
Ta skierowana na zewnątrz propaganda jest już jednak całkowicie pozbawiona zębów. Nie jest w stanie nikogo przekonać, wywołując najwyżej albo uśmiech politowania, albo też... zgrozę.
Kto policzy ofiary?
W Korei Północnej istnieje sieć obozów koncentracyjnych, przypominających sowieckie łagry lub hitlerowskie kacety, w których więzionych jest ok. 2,5 mln ludzi. Pracują oni 15 godzin na dobę, a przysługuje im tylko jedna przerwa na posiłek (dzienna racja żywnościowa to 100 gram ziarna i miska gorącej wody) oraz na załatwienie potrzeb fizjologicznych (oddawanie moczu poza wyznaczonym czasem jest zabronione i karane). Nic więc dziwnego, że w obozach panuje niezwykle wysoka śmiertelność.
Wysoka śmiertelność panuje także na wolności - jeżeli w ogóle słowo "wolność" ma jakiekolwiek zastosowanie do rzeczywistości KRL-D. Winston Churchill powiedział kiedyś, że o ile kapitalizm jest to nierównomierny podział dóbr, to komunizm to równomierny podział nędzy. W Korei Północnej udało się wprowadzić w życie taki właśnie ustrój "sprawiedliwości społecznej". Większość społeczeństwa żyje bowiem na granicy minimum biologicznego i grozi im wręcz śmierć głodowa.
Od siedmiu lat w kraju panuje klęska głodu. Dokładne dane nie są znane, gdyż reżim północnokoreański nie wpuszcza na swoje terytorium żadnych zagranicznych obserwatorów, tym niemniej międzynarodowe organizacje humanitarne szacują liczbę ofiar głodu nawet na 2 miliony.
Najwięcej o realiach życia w KRL-D można się dowiedzieć od uciekinierów z owego "komunistycznego raju", jak przedstawia swój kraj propaganda w Phenianie. Kilkadziesiąt tysięcy Koreańczyków, ryzykując życiem, uciekło już przez granicę do Chin - nie z powodów politycznych, ale po prostu ratując się przed śmiercią głodową.
Z ich opowieści wyłania się przerażający obraz. Widzieli ludzi umierających z głodu na ulicy, lasy z drzewami odartymi z jadalnej kory, rodziców jedzących własne dzieci. Przeciętny Koreańczyk mięso widzi tylko raz w roku - z okazji urodzin Kim Ir Sena każda rodzina otrzymuje malutki kawałek wołowiny.
W KRL-D, tak jak w świecie orwellowskim, są jednak "równi i równiejsi". Mięsa pod dostatkiem mają urzędnicy aparatu partyjnego i służb bezpieczeństwa oraz generalicja i oficerowie armii. Tylko oni mogą jeść cukier czy owoce, tylko oni mają telewizory, lodówki czy pralki.
Podporą reżimu jest 2-milionowe wojsko, na które wydaje się jedną trzecią północnokoreańskiego budżetu. W zamian za absolutne posłuszeństwo żołnierze mają zagwarantowane codzienne wyżywienie - pół kilograma mąki oraz niewielką ilość innych produktów, takich jak ryż czy ziemniaki. Ostatnio jednak nawet zaopatrzenie w armii zaczyna szwankować i zdarzają się przerwy w racjonowaniu żywności.
Wojsko i bezpieka trzymają kraj żelazną ręką. Kara kilku lat obozu koncentracyjnego grozi każdemu Koreańczykowi, który krzywym okiem spojrzy na obraz Kim Ir Sena lub Kim Dzong Ila. Raz w miesiącu specjalna inspekcja obchodzi wszystkie domy i sprawdza, czy na ścianach wiszą portrety Kimów, czy nie są zakurzone albo zbezczeszczone - gdy w jednym z domów inspektorzy zauważyli na portrecie małą kreskę, którą namalowało dziecko podczas nieobecności rodziców, wystarczyło to, by cała rodzina trafiła do obozu.
Ostatnio jednak żelazny uchwyt władzy nieco zelżał - a to na skutek klęski głodu. Głód bowiem przezwycięża strach. Państwo nie jest już w stanie kontrolować tysięcy ludzi przemieszczających się po kraju w poszukiwaniu jedzenia, pomocy lub pracy. Ze swoich zadań przestają wywiązywać się też strażnicy, którym również zaczyna dokuczać głód. Przy granicy z Chinami zatrzymało produkcję wiele zakładów pracy, gdyż ich wyposażenie zostało przez głodnych robotników rozkradzione, przemycone do Chin i wymienione na żywność.
Okazuje się, że Kim Dzong Il nie odziedziczył po swoim ojcu umiejętności cudownego rozmnażania pokarmu...
Inne rejony świata, dotknięte podobnymi problemami, mogą liczyć na międzynarodową pomoc humanitarną. Obywatele KRL-D są jej pozbawieni. Okazało się bowiem, że wszystkie transporty żywnościowe, zamiast do najbardziej potrzebujących, trafiały do członków komunistycznej nomenklatury. Podobnie było z pomocą medyczną - członkowie organizacji "Lekarze bez Granic" mogli leczyć w Korei Północnej tylko rodziny prominentów. Nic więc dziwnego, że niemal wszystkie instytucje humanitarne wycofały się z akcji na rzecz Phenianu.
Co zrobi Waszyngton?
Na Zachodzie trwa obecnie dyskusja, co było ważniejszą przyczyną interwencji zbrojnej w Iraku - zagrożenie nuklearne ze strony Saddama Husajna, czy też terrorystyczny charakter jego rządów. W związku z tym pojawia się pytanie, czy w świetle obowiązujących norm międzynarodowych jedno państwo (demokratyczne) ma prawo obalić reżim drugiego (niedemokratycznego).
Dyskusja ta toczyła się zresztą jeszcze przed rozpoczęciem inwazji w Iraku. W 1999 roku na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ sekretarz generalny tej organizacji Kofi Anan powiedział, że "nie może być suwerennym prawem państw prawo do zniewalania, prześladowania i torturowania swoich obywateli". Stwierdził też, że narody świata "posiadają prawa ponad granicami państwowymi".
Do przemówienia tego nawiązał w roku 2000 ówczesny przewodniczący komisji spraw zagranicznych amerykańskiego senatu Jesse Helms podczas swego wystąpienia na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ. Powiedział wówczas m.in.: "Suwerenność państw musi być respektowana. Ale państwo czerpie swoją legitymację ze zgody rządzonych na bycie rządzonymi. Wynika z tego, że państwo może utracić legitymizację, gdy rządzi bez zgody rządzonych: w momencie, kiedy zaczyna uciskać swoich obywateli." Dodał też, że "interwencja w przypadkach masowych prześladowań i masowego łamania praw człowieka nie jest dla Stanów Zjednoczonych czymś nowym".
Jako przykłady rządów, które utraciły swoją legitymację władzy, Helms podał reżimy Slobodana Miloszevicia, Fidela Castro i Saddama Husajna. Nie wymienił co prawda Kim Dzong Ila, ale bliscy współpracownicy amerykańskiego prezydenta mówią dziś w tym kontekście również o Phenianie.
Najbliższe wydarzenia, w tym także stosunek wobec Korei Północnej, pokażą, na ile amerykańskie deklaracje były wyrazem dalekosiężnych idei, a na ile rezultatem rozgrywek taktycznych. Czy Amerykanie będą jednakowo krytykować każdy nieludzki reżim, czy też - jak w okresie "zimnej wojny" - podzielą dyktatorów na "złych" i "dobrych" (jak np. Mobutu Sese Seko w Zairze czy generał Suharto w Indonezji).
Jeśli nawet polityka Waszyngtonu okaże się niekonsekwentna i pełna hipokryzji, to zawsze - mimo wszystko - lepsze to niż postawa Moskwy czy Pekinu, gdzie zbrodnie Phenianu są przemilczane, a Kim Dzong Il nadal jest przyjmowany z otwartymi ramionami jako "drogi przyjaciel".
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!











