Logo Przewdonik Katolicki

Filar osi zła

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

Dziwny kraj i straszny kraj. Korea Północna. Państwo, w którym nie wolno mieć telefonów komórkowych. Państwo, w którym dwa miliony obywateli zmarło z głodu, a jednocześnie jego przywódca zamawia świeże homary dostarczane specjalnymi samolotami. Państwo bez normalnych sklepów, bez samochodów i restauracji, pełne gigantycznych pomników Wielkiego Przywódcy. Totalitarna utopia. Tak...

Dziwny kraj i straszny kraj. Korea Północna. Państwo, w którym nie wolno mieć telefonów komórkowych. Państwo, w którym dwa miliony obywateli zmarło z głodu, a jednocześnie jego przywódca zamawia świeże homary dostarczane specjalnymi samolotami. Państwo bez normalnych sklepów, bez samochodów i restauracji, pełne gigantycznych pomników Wielkiego Przywódcy. Totalitarna utopia.

Tak zazwyczaj postrzegamy Koreę. Relacje reporterskie czytamy z mieszaniną współczucia i śmiechu. Jak oni mogą wytrzymać – pytamy, zapominając często, że bardzo podobnie pisała prasa zachodnia o Polsce w epoce komunistycznej. Phenian jest skansenem stalinizmu. Ale opisy oficjalnego podziału obywateli na kasty: lojalnych, niepewnych i wrogów czy tragiczne historie ludzi zjadających z głodu trawę i korzonki nie są niczym nowym. Bezduszność współczesnego świata sprawia, że takie historie publikowane są na kolumnach dotyczących ciekawostek.
Korea Północna wróciła na pierwsze strony gazet za sprawą swojego programu atomowego. Eksperci oceniają, że Kim Dzong Il ma już dwie lub trzy prymitywne bomby atomowe. Ma również rakiety do ich przenoszenia na odległość pozwalającą zagrozić Japonii oraz Korei Południowej. Co więcej, w ostatnich tygodniach koreańczycy z Północy zerwali współpracę ze społecznością międzynarodową, uruchamiając produkcję w elektrowni atomowej zdolnej do wytwarzania plutonu i wydalając obserwatorów ONZ. W prasie Phenianu pojawiły się kolejne rytualne oskarżenia wobec Stanów Zjednoczonych i „ich południowokoreańskich marionetek”. Licząca prawie półtora miliona żołnierzy armia (w kraju o 23 milionach ludności) ogłosiła, że jest gotowa do odparcia ataku wrogów z południa. Amerykanie dostarczający paliwo do koreańskich reaktorów i w zamian za to kontrolujący, czy Korea Północna nie produkuje plutonu, zostali oskarżeni o złamanie umów i niewywiązywanie się z zapowiedzianych dostaw.

W cieniu Saddama


Phenian umieszczony przez prezydenta Busha wśród stolic „osi zła” zdaje się rzucać wyzwanie Ameryce. I wszyscy zastanawiają się, dlaczego? Czy istnieje jakieś porozumienie z Saddamem Husajnem, czy chodzi o wzmocnienie własnej pozycji słabnących władz, czy wreszcie jest to jedno z licznych reżimowych szaleństw pozbawionych racjonalnych powodów?
Ponieważ przypadki są w polityce na tym szczeblu rzadkością, na serio wypada rozważać dwa pierwsze warianty. Niewątpliwie kryzys koreański poważnie utrudnia Stanom Zjednoczonym podjęcie decyzji o ataku zbrojnym na Irak. I to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, niezmiernie trudno jest uzasadnić wobec własnej opinii publicznej, dlaczego atakowane jest państwo, któremu nie udowodniono posiadania broni atomowej i współpracujące z inspektorami ONZ, podczas gdy inny uczestnik osi zła sam deklaruje posiadanie owej broni, wyrzuca inspektorów, a atakowany nie jest. Po drugie, decyzja o zaangażowaniu się w konflikt w Zatoce Perskiej jest trudniejsza w chwili, gdy w obszarze bezpośredniego zainteresowania Ameryki narasta napięcie powodowane przez nieobliczalny reżim Kima. Jeżeli ktoś chciałby pomóc Irakowi Saddama to trudno, by mu było wymyślić skuteczniejszy scenariusz.
Większość ekspertów znających koreańskie realia skłania się jednak ku wnioskowi, że nie mamy do czynienia ze zmową dyktatorów, ale z wykorzystywaniem ostatnich atutów będących w posiadaniu władz Korei Północnej. Sytuacja gospodarcza komunistycznego skansenu jest tragiczna. Dochód narodowy liczony na osobę jest już ponad dwa razy mniejszy od chińskiego. Bez zagranicznej pomocy Korea nie będzie w stanie się wyżywić. A to oznacza dalszy spadek zaufania do władzy. Co więcej Phenian zaczyna mieć kłopoty z utrzymaniem gigantycznej armii (pochłaniającej ponad 1/3 budżetu) oraz przywilejów nomenklatury. Nędznych bo nędznych, ale stanowiących jedno ze spoiw systemu. Pomoc międzynarodowa jest tymczasem dawkowana nadzwyczaj ostrożnie. Na tyle, by nie dopuścić do rozpaczliwej agresji wygłodzonej armii, ale jednocześnie, by nie wzmocnić władzy Kima.

Zjednoczenie – teoretycznie tak


Formalnie dążeniem władz obu państw koreańskich i wszystkich sąsiadów jest pokojowe zjednoczenie Korei. W rzeczywistości jednak Koreańczycy z Południa obawiają się, że będą musieli wziąć na utrzymanie swoich ziomków z Północy (koszty zjednoczenia ocenia się na 1,5 biliona dolarów), a na dodatek mieszkańcy gigantycznego obozu koncentracyjnego, jakim jest Korea Północna, nie potrafią odnaleźć się w realiach gospodarki rynkowej. Doświadczenie zjednoczenia Niemiec nie napawa optymizmem. A ilość kłopotów, z jakimi musieliby borykać się Koreańczycy, jest wielokrotnie większa. Również sąsiedzi, od Rosji po Chiny i Japonię, nie byliby wcale zachwyceni nagłym pojawieniem się zjednoczonego, 75-milionowego państwa posiadającego na dodatek broń atomową. Ta niechęć do zjednoczenia Korei tłumaczy w jakiejś mierze brak entuzjazmu do siłowego rozwiązania konfliktu. Teoretycznie przecież nie jest wcale rzeczą niemożliwą, by Amerykanie zamiast na Irak skierowali oddziały interwencyjne przeciwko Phenianowi. Tyle, że dramatyczne pytanie „co dalej?”, powstrzymujące ich przed interwencją w Iraku, w Korei brzmiałoby jeszcze ostrzej.
Na pierwszy rzut oka Kim rzucający wyzwanie Stanom Zjednoczonym wygląda, jakby posłuchał starej rady Jana Pietrzaka, który pytany o sposób na osiągnięcie dobrobytu odpowiadał: „wypowiedzieć wojnę Ameryce i poddać się następnego dnia”. Wydaje się jednak, że Ukochany Przywódca wciąż liczy na zwiększenie pomocy międzynarodowej i wytargowanie warunków, które pozwolą na ocalenie jego reżimu.
Gra jest jednak wysoce ryzykowna. Wydaje się bowiem, że świat zachodni, a zwłaszcza Ameryka, jest zdeterminowany do wypleniania gniazd terroryzmu i światowej destabilizacji. Tak więc ceną za pomoc żywnościową czy gospodarczą byłaby zmiana polityki Phenianu. Ale nawet kontrolowane otwarcie najbardziej zamkniętego kraju świata prowadzić musi do gwałtownej erozji systemu politycznego i powrotu pytania o zjednoczenie.
Zagrożenie płynące z półwyspu koreańskiego nie jest tak bezpośrednie, jak to, z którym mamy do czynienia w Iraku. To prawda. Zarazem jednak, jeżeli wyrusza się do walki w obronie fundamentalnych wartości cywilizacji zachodniej, nie można być ślepym na ich brutalne łamanie w Azji. Nauczka, jaką było pochopne wsparcie Saddama Husajna podczas wojny z Iranem, każe Amerykanom niezwykle ostrożnie podchodzić do ratowania nieludzkiego systemu Północnej Korei. Jeżeli społeczność międzynarodowa ma zgodzić się na użycie siły wobec Iraku, to musi mieć pewność, że nie chodzi o ropę, tylko o obronę zasad podstawowych. To jedyne usprawiedliwienie wojny. A jeśli tak, to Kim nie może spać spokojnie. Bo wówczas on będzie następny.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki