Od miesięcy czuję, że wewnątrz Kościoła, w którym dorastałem i któremu służę, coś się kończy. Od lat też toczę cichą walkę z systemem, który próbujemy desperacko utrzymać przy życiu – systemem pięknym w swych korzeniach, ale wyczerpanym w swoich strukturach. Dziedziczymy po minionych pokoleniach klasztory i kościoły, dzieła charytatywne, szkoły i szpitale – ogromne dziedzictwo duchowej i materialnej świetności. Ale dziś coraz częściej zadaję sobie pytanie: czy mamy jeszcze siły, by to wszystko nieść? Czy ta ciężka spuścizna nie stała się czasem przeszkodą, zamiast narzędziem?
Coraz częściej czuję, że ludzkie ciało i duch protestują wobec tej przeciążonej formy misji. Nasze struktury przypominają statek, który płynie dalej z rozpędu, choć jego załoga jest już wyczerpana. W takich chwilach ciało zaczyna mówić językiem snów.
Tej nocy sen przyszedł jak wezwanie. Podróżowałem do Zakopanego – absurdalnie, jakbym miał tam znaleźć odpoczynek – ale po drodze zatrzymałem się w Cochabambie, niedaleko mojej dawnej uczelni. Czekaliśmy na pizzę, a czas się rozciągał jak guma, wypełniony rozmowami o starych problemach, tych samych, które od lat nas dręczą. Nagle sceneria zaczęła się zmieniać. Miasto rozpuściło się jak akwarela i zamieniło w labirynt stromych uliczek – połączenie śródziemnomorskiego miasteczka i głębokich wąwozów La Paz. Szliśmy coraz wyżej, jakbyśmy wspinali się po własnych wspomnieniach. Gdy wróciliśmy, nasze plecaki zniknęły.
To była strata bolesna – symboliczna, jakby ktoś nagle odebrał mi wszystko, co wydawało się niezbędne. Pamiętam uczucie paniki, gorączkowe szukanie, poczucie bezsilności. I potem – przebudzenie o czwartej nad ranem. Cisza. Słychać tylko serce.
Wstałem. Wiedziałem, że ten sen nie był przypadkiem. Był przypowieścią o życiu. Moje „plecaki” – to wszystko, co niosłem z obowiązku: struktury, projekty, dzieła, odpowiedzialności. Nagle zrozumiałem, że ich utrata nie jest końcem, ale początkiem wolności. Bo tylko bez nich można płynąć naprawdę.
Tego samego dnia przeczytałem wiadomość z Rzymu: papież Leon XIV ogłosił hasło setnego Światowego Dnia Misyjnego – Uno in Cristo, uniti nella missione. „Jedno w Chrystusie, zjednoczeni w misji.”
Zadrżałem. To było jak echo mojego snu, jakby Duch Święty chciał połączyć moje nocne obrazy z nowym światłem dnia. Papież mówił o nowym paradygmacie misji – nie o działaniu dla, ale o byciu z. Nie o przekonywaniu, ale o spotkaniu. Nie o prozelityzmie, lecz o komunii.
Dla mnie to niemal przewrót kopernikański. Przez całe stulecia Kościół rozumiał misję w kategoriach ekspansji: trzeba było „iść i nawracać”, „czynić uczniami”, włączać do instytucji. Wierni w parafiach wspierali misje materialnie, a misjonarze – często z heroizmem – działali na pierwszej linii. I trzeba to powiedzieć jasno: wiele dobra zrodziło się z tego modelu. Powstały szkoły, szpitale, uniwersytety, ośrodki pomocy. Niezliczone życia zostały uratowane, tylu ludzi odzyskało godność. Ale dziś ten model się wyczerpał.
Dziś jesteśmy zmęczeni. Jest nas coraz mniej. System, który przez wieki dawał życie, teraz zaczyna nas przygniatać. I w tym momencie papież mówi coś, co brzmi jak słowo prorockie: „Misja nie polega na przekonywaniu do naszej racji, lecz na budowaniu jedności”.
To przesunięcie jest rewolucyjne. Ewangelizacja nie jest już ruchem „na zewnątrz”, ale „ku sobie nawzajem”. Nie chodzi o tworzenie nowych granic, lecz o ich przekraczanie. Nie o włączanie do instytucji, ale o wspólne odkrywanie Boga, który już jest obecny w sercach ludzi.
To zaproszenie, byśmy razem – chrześcijanie różnych wyznań, a nawet wierzący różnych religii – stali się świadkami Miłości, która jedna łączy świat. Misja jako dialog, nie monolog. Misja jako wspólne poszukiwanie dobra, prawdy i pokoju.
To, co przez wieki było rozumiane jako ekspansja, staje się teraz komunią. To, co było walką o „nawrócenie innych”, staje się drogą wspólnego nawrócenia ku Miłości.
Kiedy papież mówi o zjednoczeniu w misji, słyszę w tym echo Nostra aetate – tamtego soborowego wezwania, by odkryć „iskierkę prawdy, która jaśnieje w sercach ludzi szczerej woli”. Bo jeśli Bóg jest Miłością, to wszędzie, gdzie jest prawdziwa miłość, On już jest obecny.
W świecie pełnym wojen, nacjonalizmów i murów nienawiści misjonarz XXI wieku nie jest już człowiekiem z megafonem, ale budowniczym mostów. Nie zdobywcą, ale pielgrzymem. Nie nauczycielem, ale bratem. Jego świadectwem nie jest słowo, lecz sposób bycia – łagodność, pokora, gotowość słuchania.
Misja nie zaczyna się w dalekiej dżungli, ale w tym, że potrafimy wyjść z własnych murów. To jest prawdziwa missio ad intra – ewangelizacja samego Kościoła. Bo jak mamy głosić światu pojednanie, jeśli sami żyjemy w podziałach?
Dziś czuję, że także moje osobiste „Zakopane” nie jest miejscem na mapie. To stan ducha. To wolność od przymusu działania, od ciężaru instytucji, od iluzji, że muszę coś „udowodnić” Bogu. To zgoda na bycie tylko żaglowcem – velero llamado libertad – poruszanym wiatrem Ducha, który wieje, kędy chce.
Kościół przyszłości nie będzie imperium, ale wspólnotą podróżujących razem. Nie flotą wojenną, lecz konwojem małych żaglówek, które uczą się słuchać wiatru. Każda z nich inna, a wszystkie poruszane tym samym tchnieniem.
W tej perspektywie setna rocznica Światowego Dnia Misyjnego nie jest końcem, lecz początkiem. To kairos – czas łaski, w którym Duch Święty wzywa nas, byśmy zrzucili stare plecaki i ruszyli w drogę z pustymi rękami. Bo tylko tak można przyjąć dar.
Misja przyszłości nie będzie polegać na posiadaniu, ale na dzieleniu się. Nie na mnożeniu struktur, ale na pogłębianiu relacji. Nie na nawracaniu innych, ale na wspólnym dojrzewaniu w Chrystusie.
I może właśnie to jest najgłębszy sens mojego snu. Utrata plecaków była nie stratą, ale łaską. Bo tylko bez nich można wejść na pokład tego delikatnego żaglowca, który nosi imię wolność.
Kiedy słucham piosenki José Luisa Peralesa: Y se marchó, y a su barco le llamó libertad…, uśmiecham się przez łzy. Tak, to o tym. Nie o ucieczce, lecz o powrocie – do siebie, do Boga, do prostoty Ewangelii.
Bo misja, w swojej najczystszej formie, nie jest niczym innym jak żeglowaniem ku Temu, który jest Miłością.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














