Owe 6 milionów, z których większość przeszła afgańską granicę w ciągu ostatnich trzech lat, to szacunki międzynarodowych organizacji humanitarnych. Według oficjalnych danych Pakistanu w 2022 roku przebywało tam ponad 1,7 mln Afgańczyków, z czego 1,3 mln legitymowało się papierami uchodźcy politycznego, zaś 400 tys. miało status „osób zbliżonych sytuacją do statusu uchodźcy”. Jednak to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Na pakistańsko-afgańskim pograniczu, przez dziesięciolecia praktycznie niestrzeżonym, mieszkała dotąd masa przybyszów z Afganistanu, którzy nie dość, że o żadną legalizację pobytu się nie starali, to jeszcze nikt ich na dobrą sprawę nie policzył. Chociażby dlatego, że nie mieli dokumentów.
Od 2023 roku takich osób przepędzono za afgańską granicę 3 do 4 milionów. Dokładnej liczby nikt nie zna. Z kolei z Iranu, gdzie przebywało dotąd 4 mln afgańskich uchodźców, deportowano około miliona. Jeśli dodamy do tego wydalonych obywateli innych krajów, głównie Syrii oraz Libanu, uzbiera się astronomiczna liczba 6 milionów i to jeszcze z kawałkiem.
Linia Duranda staje się granicą
Afgańczyków z pakistańskiego pogranicza trudno było namierzyć, bo zewnętrznie niczym się nie różnią od ludności miejscowej. I jedni, i drudzy to Pasztuni – podstawowa narodowość Afganistanu, która zamieszkuje również tereny pakistańskie prawie do linii Indusu, głównej rzeki kraju. Pasztuni pograniczni to raczej zlepek niezależnych dotąd plemion i klanów, tradycyjnie trudniących się rozbójnictwem. Wieki mijały, a żadne normalne państwo nie mogło sobie z nimi poradzić.
W 1893 roku przedstawiciel kolonialnych Indii, sir Henry Durand, podpisał w Kabulu traktat graniczny, mocą którego wschodnia część obszaru etnicznie pasztuńskiego przypadła jego kolonii. Monarchia afgańska musiała zadowolić się terytorium okrojonym, lecz faktycznie strata to była niewielka, gdyż Kabul realnie wschodniego Pasztunistanu nie kontrolował. Granica wtedy wyznaczona, zwana „linią Duranda”, obowiązuje do dziś.
Tyle że przez 130 lat pozostawała ona granicą jedynie na papierze. W terenie nie pilnowały jej żadne wojska, ani pakistańskie, ani afgańskie. Plemiona i klany Pasztunów, mieszkające po obu stronach tej teoretycznej linii, swobodnie ją w obie strony przekraczały.
Nie trzeba dodawać, że taki stan rzeczy był zmorą sowieckich okupantów, którzy w 1980 roku najechali Afganistan. Tereny wokół „linii Duranda” stały się naturalną bazą antysowieckiej partyzantki. Broń i zaopatrzenie regularnie dostarczały bojownikom słynne pakistańskie „pomalowane ciężarówki”. To głównie dzięki tej współpracy podziemny Afganistan w końcu wyparł najeźdźców. Ale problem „niczyjego” Pasztunistanu pozostał.
Gdy latem 2021 roku wkroczyli do Kabulu talibowie, radykalni muzułmanie, niewidzialną linię przekroczył kolejny milion Afgańczyków, niechcących żyć pod prawem szariatu. Dopiero wtedy rząd w Islamabadzie powiedział „dość”. Linia zasieków, pracowicie budowana wzdłuż granicy od 2017 roku, błyskawicznie została obsadzona przez pakistańskie wojsko. Istniejąca dotąd tylko na mapie „linia Duranda” wreszcie stała się granicą.
Na drugą stronę Point Zero
Władze Pakistanu być może nie zareagowałyby tak stanowczo, gdyby nie rodzimi, pakistańscy talibowie. Narodzony w 2007 roku Ruch Talibów w Pakistanie (znany pod skrótem TTP) wziął sobie za cel wprowadzenie rządów fundamentalistów również w tym kraju, a przynajmniej na jego zachodniej połaci. Pakistan, choć jako kraj muzułmański zawiera w swoim ustroju pewne elementy islamskiego prawa, w sumie jest jednak państwem świeckim – i to go odróżnia od sąsiedniego Afganistanu. TTP dąży do tego celu typowo po talibańsku, to znaczy z użyciem przemocy, także za pomocą terrorystycznych zamachów. Do jego najbardziej krwawych wyczynów zaliczyć należy wybuch w szkole w Peszawarze (stolica tzw. Terytoriów Pogranicznych, czyli pakistańskiego Pasztunistanu), w wyniku którego w 2014 roku zginęło ponad 130 dzieci.
Sytuacja ta wywołała autentyczną wściekłość w pakistańskim sztabie. Generałów oburzył fakt, że te ataki – osłabione co prawda istnieniem realnej granicy – wychodzą przeważnie z terytorium Afganistanu, kraju który zawdzięczał Pakistanowi zwycięstwo w walce z Sowietami. 27–28 lutego tego roku pakistańskie lotnictwo ostrzelało rakietami kilkadziesiąt afgańskich miasteczek i miast, włącznie z Kabulem i Kandaharem. Ofiarą tych nalotów padło 300 osób, w dużej mierze cywilów. Walki toczyły się także wzdłuż granicy lądowej, a ustały w pierwszej dekadzie marca. Z drobnego powodu: obie wojujące strony nie wiedziały, do jakiego pasztuńskiego plemienia należy trup partyzanta leżący w strefie ognia, a przecież któraś z nich powinna go sobie zabrać.
Bezpośrednim efektem militarnego starcia była w Pakistanie wzmożona fala polowań na Afgańczyków. Jeszcze w lutym specjalne bojówki obchodziły dom za domem w miasteczkach pogranicza i usuwały stamtąd mieszkańców niemogących wylegitymować się obywatelstwem. W marcu kolejne setki tysięcy ludzi przegnano za rogatki słynnego Point Zero – pogranicznego punktu na przełęczy Chajber, oddzielającej Pakistan od Afganistanu. Dziesiątki tysięcy z nich (a konkretnie młodzi) nigdy dotąd nie postawiło stopy na terytorium „swojego” państwa – chociażby dzieci tych, którzy przed 45 laty uciekli do Pakistanu przed Sowietami. Szczególnym dramatem jest los młodych kobiet, które wyrosły w pakistańskim systemie powszechnego szkolnictwa. W rządzonym przez talibów Afganistanie nie będą mogły kontynuować nauki. Z kolei mężczyźni obawiają się, że kabulski reżim wtrąci ich za kraty jako politycznych przeciwników. Talibowie co prawda ogłosili amnestię, ale wśród repatriantów mało kto im wierzy.
Deportacje trwają w najlepsze i nic nie zapowiada, by miały się zakończyć. Przeciwnie, islamabadzkie wróble już ćwierkają, że rząd zamierza wyrzucić z kraju także Afgańczyków z papierami uchodźców.
Czy Afganistan wytrzyma?
W Iranie deportacje zaczęły się w czerwcu minionego roku, wraz z wybuchem wojny z Izraelem oraz USA. Tamtejsi Afgańczycy otoczeni zostali mrocznym nimbem „izraelskich szpiegów”. Wzmożona fala wypędzeń nastąpiła 28 lutego i 1 marca, dokładnie w momencie pakistańskiego ataku na Afganistan. Z samego Teheranu usunięto wówczas 100 tys. osób.
Sam talibański Afganistan, z dwóch stron obdarzony tak licznym strumieniem przybyszów, bynajmniej się z tego faktu nie cieszy. Według szacunków ONZ w kraju tym aż 22 mln osób (prawie połowa ogólnej populacji!) żyje w skrajnej biedzie i potrzebuje międzynarodowej pomocy. A w tej ludzkiej masie obserwatorzy wyróżniają też okrągły milion niedożywionych dzieci.
Rząd w Kabulu, jak na razie, robi dobrą minę do złej gry. Jego rzecznik nie wyklucza jednak możliwości rozszerzenia zakresu międzynarodowej pomocy. Oczywiście tylko na szczeblu humanitarnym, choć, jak dotąd, humanitarna pomoc dla Afganistanu do wyklętych przez świat władz nie dociera, lecz jest rozprowadzana przez organizacje własnymi kanałami dystrybucji. Niedługo może się jednak okazać, że i dumni talibowie staną w kolejce po oenzetowską miskę strawy. Jak długo wtedy przetrwa ich reżim?
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











