Skarby utracone podczas II wojny światowej

Nieodwracalne straty w postaci uznanych pomników, obrazów, rzeźb, starodruków czy zabytków architektury – tego, czym był w tej sferze dla Polski wrześniowy napad dwóch totalitarnych potęg, wyjaśniać chyba nie trzeba. Ale na tym polu przynajmniej wiemy, co straciliśmy. Mało kto zastanawia się nad pytaniem, jakie skarby mogliśmy mieć, gdyby wojna nie wybuchła.
Czyta się kilka minut
Zamek Królewski w Warszawie spłonął 17 września 1939 r. w wyniku niemieckiego ostrzału artyleryjskiego, później został ograbiony, a w 1944 doszczętnie zniszczony | fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Zamek Królewski w Warszawie spłonął 17 września 1939 r. w wyniku niemieckiego ostrzału artyleryjskiego, później został ograbiony, a w 1944 doszczętnie zniszczony | fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Chodzi tu o – lekko licząc, bo dokładnie tego już nikt nie policzy – dziesiątki napisanych już książek, przeznaczonych do druku, a nigdy nie wydanych. Także o dzieła już wydane i czekające w magazynach wydawnictwa na dystrybucję po księgarniach, których nakład spłonął, np. przy bombardowaniu przez Niemców Warszawy, lub został z premedytacją zniszczony przez okupantów już po zdobyciu. Takich przypadków mieliśmy co najmniej kilka, lecz rozsądniej byłoby powiedzieć o kilkunastu. I co ważne, większość z nich nigdy nie została wznowiona: po wojnie nie udało się odnaleźć rękopisów.

Chodzi też o dziesiątki – tak, chyba dziesiątki – prac doktorskich z różnych dziedzin nauki, które latem 1939 roku znajdowały się na różnym, lecz w sumie finałowym etapie realizacji: od zatwierdzenia przez komisję egzaminacyjną po skierowanie do druku, lub nawet, jak napisano powyżej, wydrukowanych a przepadłych w wojennej zawierusze. Autor tego tekstu, od dawna śledzący losy Polaków zajmujących się szeroko pojętą humanistyką, natykał się wielokrotnie na takie przypadki. O ile wiem, nikt nie zrobił listy strat tego rodzaju.

Wiemy też o dziełach ukończonych podczas okupacji, a bezpowrotnie zaginionych. Dotyczy to twórców wybitnych i uznanych, jedną z takich historii opisujemy poniżej. Lecz ile powieści, poematów lub pamiętników (te byłyby chyba najcenniejsze) przepadło, a my nie wiemy nawet, że ktoś je napisał? Na to pytanie nikt nam nie odpowie.

Mesjasz

Wiesz – powiedziała mi rano matka. – Przyszedł Mesjasz. Jest już w Samborze – pierwsze zdanie powieści Brunona Schulza znamy tylko dlatego, że po latach przypomniał je sobie Artur Sandauer, który dzieło zdążył przeczytać. Ten krytyk literacki był przekonany, że jest to najwybitniejsze, najdojrzalsze dzieło pisarza i wszechstronnie uzdolnionego artysty, którego życie przerwała kula hitlerowca.

Wiemy, że tytułowy Mesjasz przybył do Drohobycza, miasta z którym Schulz związany był całe życie. Schulz pracował jako nauczyciel w miejscowym gimnazjum i pozostałby osobą nikomu nieznaną, gdyby nie odkryła go dla literackich salonów Zofia Nałkowska. To dzięki niej wydane zostały Sklepy cynamonowe – zbiór opowiadań przerastających pod względem oryginalności olbrzymią większość tego, co na polskiej literackiej niwie wydawano. Kolejny zbiór, Sanatorium pod klepsydrą, ugruntował pozycję Schulza jako pisarza, choć nie zmienił jego sytuacji materialnej.

Niebawem wybuchła wojna, do Drohobycza zamiast Mesjasza weszli Sowieci, zaś w dwa lata po nich Niemcy. Żydowskie pochodzenie Schulza przesądziło o jego losie, został zamknięty w drohobyckim getcie, gdzie zamordowano go w listopadzie 1942 roku.

Rękopis powieści przekazany przez autora niedługo przed śmiercią został skonfiskowany przed gestapo, po nim zaś, w 1944 roku, przejęło go drohobyckie KGB. W kilka lat po wojnie kuzynowi Schulza zaproponowano sprzedaż dzieła, kuzyn zmarł jednak i nic z interesu nie wyszło. Mijały kolejne lata, aż wreszcie ktoś z dalekiej Ukrainy (Drohobycz znalazł się po sowieckiej stronie) zaproponował to samo ambasadorowi Szwecji w Warszawie. Ambasador niezwłocznie zgłosił się z tym do Jerzego Ficowskiego, znawcy twórczości Schulza, sam zaś zajął staraniami o wizę do Lwowa. Niestety, on także przedwcześnie zmarł. Prawdziwy pech. Mesjasz prawdopodobnie przepadł na zawsze, choć nadal istnieje cień szansy, że kiedyś wypłynie.

Ludzkość w obłędzie

Pisarz i malarz, filozof i ekscentryk – Stanisław Ignacy Witkiewicz jest postacią niemal legendarną. Pod towarzyskim względem będący w samym środku polskiej literatury i polskiej bohemy, a jednocześnie jakby na uboczu wszelkich oficjalnych środowisk i zadeklarowanych ideowo grup artystycznych. W życiu i twórczości był dekadentem, ale przynajmniej w tym drugim przypadku mamy do czynienia z dekadencją najwyższej literackiej próby.

Dramaty należą do najlepszych płodów jego pisarskiego dorobku. Wiemy, że jako uznany już dramaturg jest autorem dwóch zaginionych dzieł. Tak zwana ludzkość w obłędzie – pracę nad tym trzyaktowym dramatem rozpoczął wiosną 1938 roku. Zachowała się zeń jedna strona rękopisu oraz spis postaci. Wiemy też – bo „Witkacy”, jak sam się nazywał, opisał to w jednym ze swoich ostatnich listów – że tuż przed 1 września 1939 roku tworzył „bardzo dziwaczną” sztukę o tytule Miazmaty. Być może mówimy o tym samym dramacie, który autor kończył pod innym już tytułem. Nieważne, dość że nic z tego nie przetrwało.

Na wieść o ataku Hitlera Witkiewicz opuścił willę w Zakopanem, udając się tam, gdzie najeźdźca miał najdalej: na głębokie kresy Polesia. Tam, w dworku przyjaciół, próbował przeczekać nawałnicę.

17 września wkroczyła do Polski Armia Czerwona. Sowiecka granica biegła zaledwie kilkanaście kilometrów na wschód od Jezior, gdzie przebywał pisarz. Gdyby nie oddzielające ją bagna, intruzi byliby tam natychmiast. Ale Witkacy nie miał złudzeń, że fatum się dokonało. Bolszewików poznał od najgorszej strony w latach rewolucji, jako oficer białej armii. Wyniósł stamtąd metafizyczny lęk przed końcem świata, jaki znał. Teraz ten świat walił mu się na głowę razem ze ścianą wschodniej granicy.

Zażył śmiertelną dawkę leku nasennego i wyszedł w kierunku okalającego dwór lasu. Tam podciął sobie żyły na rękach i nogach, na koniec zaś, dla pewności, przeciął sobie tętnicę na szyi.

Wiele lat po wojnie wybuchła afera z jego ekshumacją, ponieważ, jak się okazało już po pogrzebie, sowieckie władze przekazały nam w miejsce szczątków pisarza jakieś obce ciało. Ludzkość w obłędzie – można by powiedzieć. Ale osoba autora ma przynajmniej w ojczyźnie grób, który można uznać za symboliczny. O jego ostatnim dziele wiadomo tylko z kilku zdawkowych wzmianek.

Wartość dodana

To tylko najbardziej wyraziste przykłady spośród wielu. A kultura jest przecież jedynie częścią wielkiego dorobku, jaki z latami tworzy naród oraz państwo, jego polityczna emanacja. Pomyślmy chociażby o setkach wynalazków, innowacji czy reform, które gotowe już latem 1939 roku, nie mogły zostać wdrożone. To nie jest żaden patriotyczny hurraoptyzmizm: każdy, kto interesował się historią Polski międzywojennej, wie, że jej ostatnie lata, a nawet ostatnie miesiące to okres wzmożonego owocowania. Bo dopiero wtedy na dobrą sprawę zaczęliśmy wypracowywać sobie „wartość dodaną”. Najpierw trzeba było 20 lat mozołu, by skleić z powrotem strukturę, rozebraną 120 lat wcześniej przez troje koronowanych złodziei. By zaczęła efektywnie działać, potrzebny był wysiłek całego pokolenia. I właśnie teraz, gdy pokolenie budowniczych przekazywało pałeczkę następcom, gdy złoty polski stał się chyba najmocniejszą walutą Europy, przyszła katastrofa. Przyszła z zewnątrz, inaczej niż w 1772 roku, kiedy to niedolę pierwszego rozbioru mogliśmy przypisać w pierwszej kolejności własnej słabości.

We wrześniu 1939 roku to nie my zawiniliśmy, lecz ulegliśmy czystej, obcej przemocy. I nie dane nam było cieszyć się w pełni zasłużonymi owocami naszej pracy. Bo przecież wartość państwa należy mierzyć podobnie jak wartość zawodnika w pełnym biegu: dopiero sto metrów od startu. I właśnie na tych stu metrach ktoś podstawił nam nogę.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.

Wypróbuj za darmo

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie
  • Możesz zrezygnować w dowolnym momencie
19.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 19.90 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 35/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Utracone skarby