Z umiarkowanym zainteresowaniem powitał świat narodziny nowego sojuszu wojskowego. 7 sierpnia w Mekce trzy kraje: Arabia Saudyjska, Turcja oraz Pakistan podpisały pakt obronny, którego głównym, jeśli nie jedynym atutem jest wzajemne zobowiązanie: wszyscy za jednego. Jeśli którekolwiek z tej trójki zostanie w przyszłości zaatakowane, wszystko jedno przez kogo, pozostali członkowie sojuszu będą musieli poczuć się w obowiązku czynnej obrony napadniętego. Pod tym względem wzajemna klauzula przypomina sławny już artykuł piąty NATO.
Militarna siła każdego z trzech państw osobno jest na tyle poważna, że – choć żadne na razie nie pretenduje do roli światowego mocarstwa – każde jest liczącym się na wojskowej mapie świata potencjalnym partnerem, lub też przeciwnikiem. Czy znaczy to jednak, że siłę obecnego paktu mierzyć należy poprzez proste zsumowanie walorów każdego z członków? Tak nie jest, specyfiki Turcji, Arabii Saudyjskiej oraz Pakistanu zbyt się od siebie różnią. Te różnice, obok punktów zbieżnych, czynią jednak zagadnienie jeszcze ciekawszym. Spróbujmy je zebrać razem i porównać.
Potencjał obronny
Pod tym względem najwięcej atutów – jeśliby wyliczać je na palcach – posiada Ankara. Turcja produkuje własne drony, amunicję precyzyjną, pojazdy opancerzone, artylerię, okręty, systemy radarowe i systemy walki elektronicznej, jak również rozwija produkcję samolotów bojowych. Turecki przemysł obronny ma na tyle dobrą markę, że zaspokaja nie tylko potrzeby własne, ale też czyni kraj znaczącym eksporterem. Wystarczy wymienić tu słynne „Bayraktary”, które wygrały pierwszy etap obronnej wojny Ukrainy z Rosją.
Na tym tle wybija się też liczebność oraz bojowe doświadczenie tureckiej armii. Ankara dysponuje najsilniejszym z trzech państw sojuszu kontyngentem wojskowym, szczególnie w sektorze wojsk lądowych, ale też marynarki. Wojska lądowe to zresztą tradycyjny turecki atut: nimi właśnie ongiś osmańskie imperium podbiło pół Europy, one też sprawiły, że po I wojnie światowej Turcja, będąc na granicy całkowitego rozpadu, ponownie skonsolidowała się, już jako jednolite narodowo państwo.
Żołnierz to dobry, bo doświadczony. Tureckie wojska od lat już operują militarnie zarówno na froncie wewnętrznym (walka z kurdyjskimi komunistami), jak i poza granicami kraju: w Libanie, Syrii oraz Iraku. A wiadomo przecież, że nie ma lepszego szkolenia niż szkolenie w autentycznych warunkach bojowych. Doświadczyła tego „dobrodziejstwa” armia Ukrainy.
Pakistan nie ma aż tak doświadczonej armii, wszelako pod względem liczebności bije na głowę nawet Turków: 660 tys. żołnierzy w służbie czynnej to wielkość, która budzi respekt każdego potencjalnego przeciwnika. Jednak asem w rękawie Pakistanu jest arsenał nuklearny: jak się szacuje, chodzi o 170 głowic. Jest czym odstraszać. Kraj ten nadto, jako jedyny z opisywanej trójki, cieszy się bardzo dobrymi relacjami z Chinami. Jako że technologicznie wszystkie trzy są nadal trochę zacofane i zależne od krajów Zachodu, szczególnie USA, ten plus nie może być pomijany w rozważaniach. Chiny bowiem, jeśli zechcą, mogą już dzisiaj z powodzeniem zastąpić Stany Zjednoczone w roli dobrego wujka, przekazującego pupilowi zaawansowaną technologię. Oczywiście nie za darmo.
Zresztą, niezależnie od stosunków z Chinami technologiczny dystans między Zachodem a Pakistanem, a także Turcją, z roku na rok się zmniejsza.
Pozostaje Arabia Saudyjska, najwierniejszy (dotąd) sojusznik Waszyngtonu. To kraj o dobrze postawionej, choć monokulturowej (ropa) gospodarce, co odbija się na hojnym, najhojniejszym spośród trzech, finansowaniu sektora obrony. Jest tylko jeden problem: saudyjski żołnierz ma minimalne bojowe doświadczenie (pominąwszy Jemen) i nie wiadomo, jak sprawdziłby się na wojnie.
Natomiast jeśli chodzi o tempo zmniejszania technologicznej zależności, Saudyjczycy nie pozostają w tyle względem pozostałych partnerów, a może nawet ich prześcigają. Rządowy program „Vision 2030” zakłada, że w ciągu najbliższych czterech lat aż połowa produkcji zbrojeniowej będzie zlokalizowana na terenie kraju.
Różnorodność potencjałowej specyfiki będzie oczywistą przeszkodą w integracji nowej „wielkiej trójki”. Gdyby jednak – przyjmijmy tę hipotezę, choć wydaje się ona mało prawdopodobna – na politycznym horyzoncie paktu pojawił się geniusz, potrafiący skoordynować gospodarki trzech państw pod kątem wzajemnego uzupełniania braków militarnych, sojusz wyrósłby na giganta, którego nie odważyłby się zaczepić nawet siłacz numer jeden na globalnej scenie.
Przeciw komu?
Tu także odpowiedź jest skomplikowana. Taka Turcja otoczona jest przecież wianuszkiem państw, w stosunkach z którymi czai się potencjalny konflikt – lub nawet już występuje. Zacznijmy od Grecji, bo to formalny partner Turcji w sojuszu NATO. Można jednak zaryzykować tezę, że gdyby nie Pakt Północnoatlantycki, Turcja i Grecja już niejeden raz znalazłyby się w stanie wojny. Traktat z Lozanny (1923 r.), ustalający granice obu państw, przyznał Grecji większość wysp Morza Egejskiego, włącznie ze sporym odcinkiem tureckiego szelfu kontynentalnego. To nietypowa sytuacja, w której traktatowe zapisy zderzają się z oczywistymi wymogami obrony. Trudno się dziwić Turkom, gdy widzą, jak greckie kanonierki pływają im pod samym nosem.
Do tego dochodzi długo trwający konflikt cypryjski. Pół wieku temu wyspa, w toku działań wojennych, podzielona została na dwie części: zamieszkałą przez Greków Republikę Cypru oraz zaludnioną przez Turków Republikę Cypru Północnego. Ta druga uznawana jest tylko przez Turcję, reszta świata nie dała na nią zgody. Nie trzeba dodawać, że najbardziej wrogie są sobie obie republiki. Choć formalnie nie są to części ani Grecji, ani Turcji, oba kraje emocjonalnie są bardzo zaangażowane w obronę „swoich” państewek.
I teraz wyobraźmy sobie sytuację, oczywiście hipotetyczną, w której Turcja i Grecja znajdują się w stanie zbrojnego konfliktu. Nieważne, kto zaczął, bo tę prawdę zawsze można jakoś wykręcić. Turcja, przekonawszy azjatyckich sojuszników, że została napadnięta, ściągnęłaby na grecki front Arabię Saudyjską i Pakistan. Z kolei Grecja, równie zasadnie, kołatałaby do dowództwa NATO o zbrojną pomoc na Morzu Egejskim. Niezły pasztet, prawda? W dodatku Turcja, chcąc pozostawać z zgodzie z zapisami zarówno Paktu Północnoatlantyckiego, jak i nowego paktu azjatyckiego, musiałaby w tym konflikcie zaatakować… samą siebie.
Ale zostawmy gdybanie, bo Cypr to w sumie konflikt lokalny. Prawdziwym rywalem Turcji na Bliskim Wschodzie jest Izrael. Oba państwa znajdują się na kursie zderzenia czołowego: Izrael, który pod rządami Netanjahu pragnie odbudować potęgę z czasów Salomona, i Turcja, która w północnej Syrii oraz północnym Iraku chciałaby widzieć podległe sobie prowincje, jak za czasów Osmanów.
Pakistan od dawna wplątany jest w konflikt o indyjski Kaszmir. Konflikt ten przybiera od czasu do czasu postać gorącą, choć na szczęście stygnie po wstępnych walkach o charakterze potyczek. Przypomnijmy jednak, że oba wojujące ze sobą państwa posiadają broń jądrową.
Jest też Afganistan, skąd radykalni talibowie robią regularne wypady na terytorium Pakistanu. A pakistańskie dowództwo ten fakt doprowadza do wściekłości: jakże to, myśmy im tak pomagali w wojnie z ruskimi, a teraz oni nam odpłacają kamieniem za chleb! Jest to złość nawet większa niż gniew naszych dowódców na „niewdzięcznych” Ukraińców.
Szczęśliwie z Iranem gorących sporów nie ma, chociaż i tutaj mogą się one pojawić, w postaci konfliktu w Beludżystanie. Beludżowie mieszkają zarówno na terytorium Iranu, jak i w Pakistanie, tu i tam działa beludżyjska partyzantka. Łatwo z tego zmontować jakiś poważniejszy konflikt.
Arabia Saudyjska skonfliktowana jest z Jemenem, a konkretnie z szyickim narodem Huti, zbrojnie popierającym sprawę Iranu.
Krótki wniosek: spadek zaufania
Spoiwem paktu może być historia i religia: w każdym z trzech krajów 80-90 proc. populacji wyznaje islam sunnicki. Ale czy wystarczy to, by sojusz przetrwał próbę czasu?
Jedno jest pewne: pakt, nazywany w tym tekście roboczo azjatyckim, jest wyrazem spadającego poziomu zaufania do Stanów Zjednoczonych. Wszystkie trzy kraje były dotąd wiernymi (z małymi odchyleniami) sojusznikami USA, a Turcja należy wręcz do NATO. Jak bieda, pomagajcie sobie sami! – to niepisane hasło, wysłane z Waszyngtonu, w lot zostało odczytane zarówno w Ankarze, jak i w Rijadzie czy Islamabadzie. Czyta je także Europa – i wyciąga z niego wnioski.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.











