Bałkański kocioł

85 lat temu leżące w północnej Grecji miasto Drama było areną krwawego dramatu. Zdesperowani Grecy powstali tam przeciw bułgarskim okupantom, ci zaś krwawo zryw ten stłumili. Ten nieznany i trochę dla nas egzotyczny epizod najnowszej historii wiąże w jedno kilka wątków znacznie szerszych, także zahaczających o polskie sprawy.
Czyta się kilka minut
Bułgarscy żołnierze stłumili greckie powstanie w Dramie tyleż skutecznie, co okrutnie | Fot. Wikipedia
Bułgarscy żołnierze stłumili greckie powstanie w Dramie tyleż skutecznie, co okrutnie | Fot. Wikipedia

Koleją losu, której nie będziemy bliżej wyjaśniać, Bułgaria przystąpiła do paktu Osi, zatem w momencie rozpętania II wojny światowej jej europejskimi sojusznikami były hitlerowskie Niemcy oraz faszystowskie Włochy. Na nieszczęście dla reszty kontynentu hasłem mobilizującym to grono był apel o jego „powrót na odebrane ziemie”, które los dziejowy oraz krew przodków przeznaczyły państwom upominającym się o „sprawiedliwość”. Dla Niemców wyrównaniem tej rzekomej dziejowej sprawiedliwości były ziemie na wschodzie Europy (przede wszystkim polskie), dla Włochów – kraje po drugiej stronie Adriatyku, w których ongiś kwitła kultura Italii. Tyle że było to półtora tysiąca lat wcześniej.

Widmo wspaniałej przeszłości

Do takiej narracji pretensje Bułgarii pasowały wręcz idealnie. To niewielkie rozmiarami państwo miało swój epizod wspaniałej przeszłości. Tysiąc lat wstecz – a konkretnie na sto lat przed chrztem Mieszka – bułgarskie imperium rozciągało się na obszarze prawie całych Bałkanów, zaś bułgarscy carowie rościli sobie pretensje do kulturowego dziedzictwa całego Bizancjum, wschodniej połowy antycznego cesarstwa rzymskiego. I niewiele brakowało, aby im to się realnie udało, jednak cesarze w słabnącym Konstantynopolu byli nadal na tyle silni, aby tę bułgarską ekspansję w pewnym momencie (1018 r.) zahamować.

Rywalizacja Bułgarii z Bizancjum miała, poza politycznym, ważny aspekt kulturowy oraz religijny. Ówczesna Bułgaria była państwem, co więcej – była imperium słowiańskim. Słowianie, przybyli na Bałkany we wczesnym średniowieczu, zamieszkiwali przeważającą większość jego obszaru, etnicznym Grekom, historycznym mieszkańcom tych terenów, zostawiając tylko wąskie paski egejskiego wybrzeża. Rozkwitało tu słowiańskie chrześcijaństwo, którego głową był patriarcha w Ochrydzie (dziś Macedonia). I co najciekawsze, Słowianie ci, zarówno w chacie, jak i w cerkwi, mówili językiem spisanym przez Cyryla i Metodego. Mową, która jeszcze przed chrztem Mieszkowym była liturgicznym językiem wyznawców obrządku słowiańskiego w południowej Polsce. I która do dziś, choć w zmodyfikowanej formie, jest nadal praktykowanym językiem wschodniosłowiańskiego prawosławia.

Przeskoczmy teraz o tysiąc lat do przodu. Większą częścią bułgarskiej historii rządziło pechowe fatum. Naród, dopiero z końcem XIX wieku wyzwolony z kilkuwiekowej niewoli tureckiej, odbudowywał swoją tożsamość owiany mglistymi legendami minionej potęgi. Ten to kompleks, mówiąc w skrócie, doprowadził Bułgarów do wątpliwego sojuszu z Hitlerem i Mussolinim.

Bez ceregieli

W kwietniu 1941 roku bułgarskie wojska wkroczyły do południowej Jugosławii oraz północnej Grecji. Tytułem okupacji Jugosławii była ludność macedońska – wierni wspólnej z Bułgarami liturgii Cyryla i Metodego. Aneksja terenów greckich uzasadniona była podobnymi pretensjami. Patrząc przez lupę historyka średniowiecza, można było powiedzieć że Sofia tylko odbiera etnicznie bułgarskie ziemie. Rzecz w tym, że przez wieki, także pod panowaniem tureckich Osmanów, słowiańska ludność tych ziem (dla Sofii „bułgarska”) stopniowo ulegała kulturowej asymilacji – przez grecką Cerkiew prawosławną, jaka nadal pozostała hegemonem na Bałkanach. Efekt był taki, że na początku XX wieku 90 proc. tych niedawnych jeszcze Słowian uważało się już za Greków. Ci ludzie modlili się po grecku w Cerkwi, nawet jeśli w domu porozumiewali się jeszcze w jednym z południowosłowiańskich dialektów.

Z tym stanem rzeczy nie chciała się pogodzić ożywiona duchem rewanżyzmu Bułgaria. Podobnie jak Grecy, którzy gdzieniegdzie nawet do dzisiaj wszystkich słowiańskojęzycznych mieszkańców swojego kraju bez ceregieli określają jako „miejscowych” Greków (dopii), Bułgarzy roku 1941 uznali, że sprawiedliwość historii wymaga, by wszyscy Grecy, którzy znaleźli się pod bułgarską władzą, posłusznie „stali się na nowo” Bułgarami. Nawet ci, których przodkowie nigdy nimi nie byli.

Greckie szkoły na całym obszarze okupacji po prostu skasowano. Zamiast nich na siłę otwierano szkoły bułgarskie, kłopot był tylko w tym, że nie bardzo było kim je obsadzać – miejscowa bułgarska kadra nauczycielska nie istniała, a i ze „starej” Bułgarii nauczyciele nie bardzo kwapili się tu przyjeżdżać. Krótko mówiąc, nastąpiły rządy terroru. To przeciwko nim 28–29 września 1941 roku w mieście Drama, wtedy etnicznie prawie całkowicie greckim, mieszkańcy, prowadzeni przez księży i nauczycieli, chwycili za broń. Wojskowe władze stłumiły insurekcję tyleż skutecznie, co okrutnie. Do dzisiaj możemy oglądać fotografie, na których dumni bułgarscy żołnierze pozują nad uciętymi głowami powstańców. To taki bałkański sposób rozwiązywania kwestii etnicznych.

Zwrot o 180 stopni

To nie jest historia czarno-biała. W północnej Grecji, owszem, żyli również (żyją do tej pory) niewątpliwi Słowianie – ci niezasymilowani, przed wojną niemiłosiernie uciskani narodowościowo przez nacjonalistyczny rząd Joanisa Metaksasa. A i profaszystowska Bułgaria nie była tworem jednoznacznie złym. Kiedy niemiecki „starszy brat”, zgodnie ze swoją doktryną ludobójczego antysemityzmu, zażądał od sojusznika wydania mu bułgarskich Żydów, stanowczo i solidarnie sprzeciwili się temu biskupi bułgarskiej Cerkwi prawosławnej. Ich twarda i odważna postawa sprawiła, że rząd odmówił wydania Żydów, by przepadli w komorach gazowych Auschwitz. To jedyny taki przypadek w dziejach okupowanej Europy. I wyjątkowo chwalebny.

Wróćmy jednak do Dramy, bo w tym momencie zaczyna się najciekawszy etap historii miasta. W obliczu kolejnych klęsk niemieckiej armii 9 września 1944 roku w Sofii nastąpił przewrót. Nowy rząd zerwał sojusz z Osią i zadeklarował poparcie dla nadchodzącej Armii Czerwonej. Ten cały zwrot o 180 stopni dokonał się w jednej chwili. Nowe władze po prostu rozkazały armii, by natychmiast obróciła karabiny przeciw dotychczasowym towarzyszom broni.

Gdy rozkaz ten dotarł do dowódcy garnizonu Dramy, generał Asen Sirakow postawiony został przed nie lada rebusem. Do przedmieść miasta już zbliżały się oddziały ELAS, antyhitlerowskiej greckiej partyzantki, wtedy zdominowanej już przez prosowieckich komunistów. Zwyczajnie wpuścić ich do miasta – jak uczynili dowódcy sąsiednich ośrodków – oznaczało narazić cywilną ludność bułgarską, a także greckich „kolaborantów”, na atrakcje w wiadomym już, bałkańskim stylu. Partyzanci z ELAS przecież dyszeli zemstą za utopione we krwi powstanie. Sirakow zatem, wbrew instrukcjom z Sofii, przez cały miesiąc nie wpuszczał do Dramy greckich oddziałów, dopóki z miasta nie wyniosły się tysiące bułgarskich cywilnych urzędników oraz ich rodzin. Dopiero wtedy wycofał się, razem ze swoimi żołnierzami, do Bułgarii. Reprezentant krwawej okupacji tym razem okazał się wybawcą.

Co z nim się stało? Po przybyciu do Sofii gen. Sirakow został mianowany dowódcą IV Armii bułgarskiej. Jako taki, już pod czerwonym sztandarem, dzielnie dopomógł w dobiciu armii Hitlera. Zmarł w 1960 roku jako narodowy bohater, obwieszony orderami Bułgarii i Związku Radzieckiego.

Księga słowiańskich dziejów Grecji na tym się bynajmniej nie zakończyła. W 1945 roku wybuchło w tym kraju prokomunistyczne powstanie, partyzanci ELAS opanowali praktycznie całą północną połać kraju – tam, gdzie nadal żyli i mówili w rodzimej mowie greccy Słowianie. Oni też, jako partyzanci, walczyli z bronią w ręku z regularnym wojskiem z Aten. Niektórzy w ramach ELAS, inni we własnych formacjach – choć już nie jako „Bułgarzy”, lecz Macedończycy. Z końcem lat 40. rząd pokonał partyzantów, wypierając ich resztki na terytorium Jugosławii. Stamtąd kilkanaście tysięcy bojowników oraz ich rodzin rozproszyło się po krajach „ludowej demokracji”. Przyjechali także do Polski, gdzie do dzisiaj żyją ich potomkowie. Gdy jedni z nich pamiętają o greckim pochodzeniu, inni pielęgnują tradycję ludu, który jako jedyny ze słowiańskiego pnia zachował do czasów najnowszych żywą mowę Cyryla i Metodego.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 39/2026