Alberta zostaje

Obywatele Kanady w większości opowiadają się za utrzymaniem jedności swojego państwa. Jednak odsetek myślących inaczej jest tam niemały i niewykluczone, że kiedyś może gwałtownie wzrosnąć.
Czyta się kilka minut
W zorganizowanym 19 października br. referendum górą byli zwolennicy pozostania Alberty w Kanadzie | fot. John Diep/Bloomberg/Getty Images
W zorganizowanym 19 października br. referendum górą byli zwolennicy pozostania Alberty w Kanadzie | fot. John Diep/Bloomberg/Getty Images

„Dokonali jednoznacznego wyboru” – tak premier Kanady Mark Carney skomentował z satysfakcją wyniki referendum, przeprowadzonego 19 października w prowincji Alberta. Mieszkańcy tej prowincji odpowiadali na dziesięć pytań, ale najważniejsze i budzące najwięcej emocji było tylko jedno: obywatelu, chcesz czy nie chcesz secesji z Kanady i niepodległej Alberty?

Tak odczytano ten wybór potocznie, bowiem pytanie formalne dotyczyło tego, czy w ogóle uruchomić prawną procedurę zmierzającą do niepodległościowego referendum. Tak czy inaczej przeciw, czyli za utrzymaniem kanadyjskiej jedności, opowiedziało się ponad trzy czwarte głosujących, przy wyjątkowo wysokiej frekwencji, sięgającej 85 procent. Jest to oczywiście wynik dobry dla zwycięzców, zastanówmy się jednak, czego w istocie dotyczyło pytanie. Bo dotyczyło spraw fundamentalnych. Gdyby np. jedna czwarta mieszkańców województwa wielkopolskiego opowiedziałaby się za wystąpieniem z państwa polskiego, chyba nie uznalibyśmy tego wyniku za „jednoznaczny wybór” poznaniaków na rzecz tegoż państwa. A tak właśnie stało się w Albercie: jedna czwarta głosujących poparła niepodległościowe referendum.

I nie jest to bynajmniej tylko efektem jakiejś efemerycznej „mody na Trumpa”, który, jak wiemy, mocno popiera pomysł aneksji całej Kanady, a przynajmniej prowincji Alberta jako 51. stanu USA. Tendencje separatystyczne żywe są na zachodzie kanadyjskiego państwa od kilkudziesięciu lat. Raz przycichają, innym razem głośno dają o sobie znać – głównie w zależności od ekonomicznej koniunktury. W tej chwili wskaźnik popularności idei secesji wśród Albertan waha się mniej więcej pośrodku, między najniższymi a najwyższymi wynikami w historii. A ponieważ jest dość dynamiczny, może – przy jakimś niepomyślnym dla stołecznej Ottawy biegu spraw – szybko wzrosnąć.

Położenie kluczowe... i drażliwe

Alberta to daleki zachód kanadyjskiej federacji. Edmonton, główne miasto, dzieli w linii prostej od stolicy niemal 3 tys. kilometrów. Zachód daleki, lecz nie najdalszy, gdyż z kolei od wybrzeża Oceanu Spokojnego oddziela Albertę prowincja Kolumbia Brytyjska. To położenie zaważyło na prowincjonalnym charakterze tej krainy. Wielka polityka z reguły te ziemie omijała, omijały ją też światowe nowinki. Żeby osiedlić się aż w Albercie, trzeba było naprawdę dużo samozaparcia. Stepowy charakter południa prowincji (tam właśnie leży Edmonton) zbliża albertański krajobraz do preriowych stanów USA. Jadąc przez te okolice czasem nie wiadomo, czy to jeszcze Kanada, czy już Stany Zjednoczone.

Ale jednocześnie albertański prowincjonalizm ma – a raczej miewa – kluczowe znaczenie strategiczne, jeśli chodzi o spoistość całej federacji. Gdyby jakimś cudem prowincja odłączyła się od Kanady, spowodowałoby to rozpad przynajmniej całej zachodniej połowy olbrzymiego państwa, na czele z secesją Kolumbii Brytyjskiej, pozbawionej łączności terytorialnej w kanadyjskim jądrem, które stanowią prowincje Ontario i Quebec. Analogia z województwem poznańskim jest więc nieprzypadkowa: terytorium Alberty rozdziela Kanadę na część wschodnią, zachodnią i północną, podobnie jak Wielkopolska rozdziela obszar polskiego państwa. Tyle że południowa granica prowincji jest jednocześnie granicą państwową... Jak na złość dla Ottawy, jest to granica z USA.

Cena ropy a cena niepodległości

Jeśli położenie Alberty uznamy za klucz do problemu, wytrychem w tym wypadku okaże się ekonomia, a konkretnie wydobycie ropy naftowej. Alberta jest, przynajmniej na kanadyjskim poziomie, jej największym wydobywcą i eksporterem.

Złoża ropy odkryto tam w latach 40. ubiegłego stulecia i odtąd prowincjonalna i nieco zapyziała Alberta znalazła się wreszcie na ustach czołowych decydentów wielkiej polityki. Początki, jak zwykle w takich wypadkach, były entuzjastyczne: wszyscy – Edmonton i Ottawa – cieszyli się z gospodarczego ożywienia, nowych miejsc pracy i perspektywy rosnącej zamożności. Daleka Alberta nagle wywindowała się na poziom najbogatszej prowincji Kanady. Kłopoty zaczęły się w 1973 roku, kiedy to wybuchła tzw. wojna Jom Kipur, czyli starcie państw arabskich z Izraelem. Spowodowało to długotrwały kryzys światowego wydobycia ropy, dopełniony w sześć lat później rewolucją w Iranie. Jednym słowem cena ropy w latach 70. mocno wzrosła, by jednak w dekadzie następnej równie gwałtownie spaść. Owe globalne wahania (autor nie udaje, że rozumie te procesy) doprowadziły z kolei w Albercie, dotąd „ropą kwitnącej”, do ekonomicznej recesji. Doszło do tego, że prowincja zmuszona była do dodatkowych zakupów ropy zagranicą.

Do tego doszedł NEP. Jak wiemy z historii, sto lat temu NEP w Związku Sowieckim był pierwszym (choć jak się okazało jedynym) oddechem normalności po latach rewolucyjnego terroru. Kanadyjski NEP (skrót od National Energy Program) na odwrót: był ingerencją federalnej centrali w sprawy Alberty. Program zainicjował w 1980 roku socjalliberalny premier Pierre Trudeau. Intencją rządu było równomierne rozłożenie dochodów z inwestycji energetycznych na całe terytorium Kanady. W przypadku Alberty mechanizmy były różnorakie, głównie jednak polegały na promowaniu wydobycia ropy na gruntach federalnych, z których podatki dochodowe odprowadzano prosto do Ottawy, z pominięciem Edmonton. Jednocześnie też, różnymi biurokratycznymi metodami, usiłowano przyhamować wydobycie zasilające budżet prowincji.

Mieszkańcy Alberty, skądinąd słusznie, uznali to za próbę karmienia całej Kanady kosztem jej najbogatszej prowincji. I to właśnie stało się pierwszorzędnym czynnikiem wzrostu społecznego niezadowolenia, a wraz z nim popularności pomysłów na secesję. O ile w 1977 roku odłączenie prowincji od federacji popierało niecałe 3 proc. obywateli, o tyle zaledwie w cztery lata później z taką wizją zgodziła się prawie połowa Albertan.

Zachodni Koncept kontra Pierwsze Narody

To wówczas właśnie powstała Partia Niepodległości Alberty, która, pod różnymi nazwami, przetrwała do dziś. Jej lider Gordon Kesler od lat jest deputowanym do albertańskiego parlamentu. Co więcej, Alberta przoduje dziś w separatystycznym ruchu, zwanym ogólnie Konceptem Zachodniej Kanady, a którego celem jest odłączenie od federacji Kolumbii Brytyjskiej, Alberty, Saskatchewanu i Manitoby. W każdej z wymienionych czterech prowincji taki pomysł ma swoich zwolenników, choć właśnie w Albercie jest ich najwięcej.

Ottawa znalazła jednak prawny kruczek, który w jej opinii uniemożliwi w tej mierze wszelkie realne posunięcia. W maju tego roku Sąd Najwyższy wydał werdykt par excellence historyczny. Otóż trzy spośród czterech potencjalnych kandydatek do rozwodu – Alberta, Saskatchewan oraz Manitoba – narodziły się na ziemiach przyłączonych do Kanady w wyniku traktatów z miejscowymi wodzami. Traktaty te, a było ich kilkanaście, zawierano z Indianami (zwanymi w Kanadzie Pierwszymi Narodami) od początku lat 70. XIX wieku aż po lata dwudzieste wieku XX. „Białe” prowincje powołano na tych terenach dopiero później. Innymi słowy, prawnym tytułem związku z Ottawą są jej bezpośrednie umowy z przedstawicielami First Nations i bez ich zgody nie może być mowy o jakichkolwiek deliberacjach na temat niepodległego Zachodu.

Co prawda na razie nie wiadomo, jak do tej kwestii odnoszą się prawni spadkobiercy tych umów, żyjący dziś w rezerwatach. W każdym razie premier Carney woli być ostrożny i schlebiając Indianom ma też ciepłe słowa dla Albertan. W przemówieniu wygłoszonym zaraz po upublicznieniu wyników referendum 19 października nakreślił wizję Kanady jako „globalnego supermocarstwa energetycznego z Albertą w centrum”. Czy ta obietnica przekona malkontentów, nie wiemy. Granica z USA biegnie znacznie bliżej Edmonton niż rogatki Ottawy.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 44/2026