Dziesięć lat temu papież Franciszek opublikował adhortację Amoris laetitia o miłości w rodzinie. Jaka jest recepcja tego dokumentu w Kościele? Czy jakkolwiek przełożył się on na praktykę duszpasterską Kościoła? Co (albo czy cokolwiek) zmienił? Te pytania wracają przy okazji watykańskiego spotkania poświęconego rodzinie, które trwa od 7 do 14 października w Watykanie. Mam wrażenie, że odpowiedź jest trochę niewygodna, zwłaszcza w Kościele nad Wisłą: może i nauczyliśmy się mówić językiem Franciszka (choć z trudem), ale wciąż nie bardzo nauczyliśmy się żyć w sposób, jaki on opisuje naszą rzeczywistość.
Wiemy (mam nadzieję), co znaczą: „towarzyszenie”, „rozeznawanie”, „integracja”, „stopniowość”. Te słowa na dobre zadomowiły się w kościelnym słowniku. Obecne od dawna, używane przez Jana Pawła II, ale ze szczególną intensywnością wprowadzane przez Franciszka. Tyle że znajomość tych pojęć nie daje gwaranacji, że jakkolwiek przełoży się to na duszpasterstwo. Można przecież mówić o towarzyszeniu, a jednocześnie zostawić człowieka samego z jego kryzysem. Można mówić o rozeznawaniu, a w praktyce oczekiwać prostej odpowiedzi: wolno albo nie wolno. Można zachwycać się ideałem małżeństwa, a nie zauważać, że konkretni małżonkowie czasem zwyczajnie nie dają już rady sprostać wyśrubowanym nieraz wymaganiom, jakie stawiamy dziś małżeństwu i rodzinie.
Roman Groszewski SJ mówi w rozmowie z Dawidem Gospodarkiem, że Amoris laetitia nie obniża ideału. Sprawia jednak, że norma przestaje być kamieniem, którym rzuca się w zranione życie. Łatwo jest mówić, jak powinno być. Znacznie trudniej usiąść obok człowieka i posłuchać, jak jest naprawdę.
A jest różnie. Są małżeństwa, które przeżywają kryzys. Są młodzi, którzy bardzo chcieliby kochać i być kochani, ale boją się bliskości, bo z własnego domu wynieśli obraz małżeństwa jako miejsce przemocy, pogardy albo nieobecności. Są małżonkowie, którzy chcą być dla siebie dobrzy, ale są tak zmęczeni pracą, dziećmi i codziennością, że nie mają już siły być dla siebie tym wszystkim, czego współczesny człowiek oczekuje od małżeństwa: kochankiem, przyjacielem, terapeutą, powiernikiem, partnerem duchowego rozwoju i jeszcze najlepszą wersją siebie. Może potrzebujemy dziś mniej idealizowania małżeństwa, a więcej mówienia o jego pięknie, które mieści się w zwyczajności.
Angelika Szelągowska-Mironiuk zwraca uwagę tęsknotę młodych ludzi za czułością. Szukają jej w świecie cyfrowym, w relacjach, które często są płytkie i nietrwałe. Chrześcijaństwo ma im do zaproponowania coś więcej: małżeństwo jako przestrzeń wiernej bliskości, w której człowiek może wzrastać, rozwijać się i stawać bardziej sobą. Ale żeby o tym mówić wiarygodnie, trzeba również zobaczyć lęki i rany młodego pokolenia. Bez protekcjonalności. Bez sloganów. I bez łatwych recept. Wydaje się, że młodych trzeba najpierw zapytać, czego się boją. A potem być z nimi wystarczająco długo, żeby odpowiedź na to pytanie naprawdę usłyszeć.
Dotyczy to także tych, którzy już są małżeństwem. Bogna Białecka pokazuje, jak bardzo współczesne oczekiwania wobec małżeństwa urosły. Chcemy, żeby współmałżonek pomógł nam się rozwijać, zrozumiał nasze najgłębsze potrzeby, był najlepszym przyjacielem, kochankiem, współrodzicem i przewodnikiem w drodze do pełni człowieczeństwa. A jednocześnie mamy dla siebie coraz mniej czasu. Być może to jest jakaś recepta na małżeńskie kryzysy – czas, tym wspólny czas na rozmowę. Ale też przyjaciele i wspólnota.
To wszystko prowadzi mnie do pytania o Kościół. Po dziesięciu latach od Amoris laetitia nie potrzebujemy chyba kolejnej wielkiej dyskusji o tym, czy Franciszek miał rację. Potrzebujemy sprawdzić, czy coś z jego intuicji rzeczywiście zeszło na poziom parafii, konfesjonału, przygotowania do małżeństwa, pierwszych lat wspólnego życia. Czy umiemy być z ludźmi, kiedy małżeństwo zaczyna im się rozpadać? Czy umiemy mówić o seksualności bez lęku i bez zawstydzania, pozytywnie i bez purytanizmu? Czy umiemy pomóc młodemu człowiekowi, który marzy o bliskości, ale boi się powtórzyć historię swoich rodziców? Czy po ślubie nadal interesujemy się małżonkami, czy uznajemy, że „obsłużyliśmy” ich już podczas przygotowania i ceremonii?
I wreszcie: czy potrafimy zobaczyć w rodzinach nie tylko tych, którym trzeba coś powiedzieć, ale ludzi, którzy sami mają coś ważnego do powiedzenia Kościołowi?
Watykańskie spotkanie dziesięć lat po Amoris laetitia nie musi przynosić rewolucji ani kontrrewolucji. Być może jego największym owocem będzie coś znacznie mniej spektakularnego: odkrycie, że Ewangelii o rodzinie nie da się głosić z dystansu. Trzeba ją głosić razem z rodzinami. Rodzina nie potrzebuje Kościoła, który będzie ją bez końca oceniał; potrzebuje Kościoła, który będzie z nią szedł.
I może właśnie tego przez te dziesięć lat wciąż uczymy się najbardziej. Zdaje się, że to właśnie styl synodalny i powrót do najbardziej pierwotnego rozumienia wiary chrześcijańskiej jako drogi.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











