Minęło dziesięć lat od publikacji Amoris laetitia. Co ten dokument realnie zmienił w Kościele?
– Wydaje mi się, że to dokument dla Kościoła – nie tylko w Polsce – trochę niewygodny. Jego recepcja jest bardzo powolna i ostrożna. Może nawet zgadzamy się z większością tego, co tam napisano, tylko jak to wprowadzić w życie? To pytanie jest chyba najtrudniejsze.
Franciszek nie zmienił katolickiej nauki o sakramentalności, trwałości i otwartości małżeństwa na życie, ale przesunął punkt ciężkości. Małżeństwo nie jest przede wszystkim zbiorem obowiązków ani zagrożoną instytucją społeczną, tylko drogą miłości, łaski i dojrzewania do świętości konkretnych ludzi – w nieidealnej codzienności. Adhortacja porusza trudne tematy w nowy sposób, a Kościół nie bardzo wie, jak to ugryźć. Wymagania zmiany są w praktyce na tyle trudne, że łatwiej pozostać w starych schematach.
Głównym skojarzeniem z Amoris laetitia jest kwestia Komunii dla osób rozwiedzionych, żyjących w nowych związkach. Ogromny dokument, a cała dyskusja toczy się wokół jednego zdania. Co tu konkretnie zmienił Franciszek? Na czym polega rozeznawanie i czy ma ono granice?
– Granice wyznaczają episkopaty i wytyczne biskupów diecezjalnych. Papież zaprasza jednak do towarzyszenia i indywidualnego rozeznawania każdego przypadku. Nie zmienia się norma, a jej zastosowanie. W konkretnej sytuacji ta sama norma może mieć różne konsekwencje, na przykład w ocenie winy. Papież nie twierdzi, że winy nie ma, ale że jej ciężar zależy od okoliczności.
To ogromne wyzwanie, bo z indywidualnym duszpasterstwem i z towarzyszeniem ludziom mamy w Kościele nieustanny problem. Jako dyrektor domu rekolekcyjnego 90 proc. czasu poświęcam towarzyszeniu – i to wciąż za mało. Brakuje księży przygotowanych do czegoś więcej niż posługa w konfesjonale. A to proces długofalowy, wymagający cierpliwości.
Napięcie między normą a rzeczywistością jest w Kościele stałe, tyle że my mocniej akcentujemy normę. Mówimy, jak ma być: uda ci się doskoczyć – jesteś w środku; nie uda się – sorry, jesteś na zewnątrz. Brakuje cierpliwego towarzyszenia komuś, kto z różnych powodów nie jest w stanie tej normy zachować. Trzeba spotkać człowieka tam, gdzie on jest, a nie tam, gdzie naszym zdaniem powinien być.
Czy skupienie debaty na rozdziale VIII i osobach w sytuacjach nieregularnych nie przysłoniło szerszej wizji małżeństwa, którą proponuje Franciszek?
– Zdecydowanie tak. Najgłośniejsza jest zawsze kontrowersja. To był chyba najszerzej komentowany dokument papieski ostatnich lat – i dobrze, bo nie przeszedł bez echa, jak wiele dokumentów Stolicy Apostolskiej. Ale akcenty rozłożyły się źle. Adhortacja mówi o komunikacji w małżeństwie, przebaczeniu, konfliktach, wychowaniu dzieci, relacjach między pokoleniami, ubóstwie, samotności, starości, niepełnosprawności, migracji, żałobie, seksualności, duchowości rodzinnej.
Łatwiej było debatować nad granicą sakramentalną, niż pytać, dlaczego tak wiele małżeństw zostaje bez pomocy Kościoła w pierwszych latach czy w kryzysie. Jak towarzyszyć w bezdzietności, zdradzie, depresji, przeciążeniu opieką nad dziećmi? Ciągle mówimy o ideale i doskonałości, a na rzeczywistość zamykamy oczy.
Co w tym dokumencie znajdą zwyczajne małżeństwa?
– Coś, co nazwałbym pozytywną teologią zwyczajnej miłości. Codzienna miłość jest w pewnym sensie święta, a sakrament małżeństwa stoi na straży tej świętości. To nie zawsze motyle w brzuchu. Papież mówi o czułości, życzliwym języku, przebaczeniu, codziennych gestach, cierpliwości. Niby oczywistości – co w tym niezwykłego? No właśnie nic. I to jest piękne, że w tej zwyczajności Bóg jest obecny i działa.
Małżeństwo jest też procesem. Towarzysząc małżonkom – bo przecież nie z własnego doświadczenia – widzę, jak z latami zmienia się ich relacja, jak zmieniają ją kolejne dzieci, a potem ich dorastanie. Ważne jest również, że małżeństwa nie są tylko odbiorcami usług religijnych, ale podmiotem ewangelizacji. I że po ślubie nie wolno ich zostawiać samym sobie – a dziś, o ile przygotowanie do małżeństwa jakoś wygląda, o tyle potem nie ma prawie nic.
Wreszcie: bardzo afirmatywne mówienie o seksualności. Nie tylko o tym, że jest nastawiona na potomstwo, ale że jest wyrazem bliskości i buduje jedność małżonków.
Towarzyszenie, rozeznawanie, włączanie, stopniowość – Franciszek bardzo te pojęcia wypromował. Co zrobić, żeby zaistniały w naszym duszpasterstwie, by wierni wiedzieli, że mogą tego oczekiwać, a duszpasterze się tego nie bali?
– Młode wino trzeba wlewać do nowych bukłaków. To kwestia formacji – nie tylko księży, ale wszystkich w Kościele. Widać tu napięcie pokoleniowe: im człowiek starszy, tym trudniej mu zmienić sposób myślenia. Widzę to w ruchu Spotkania Małżeńskie, któremu towarzyszę. Młodsi przychodzą z innym językiem i wrażliwością, często z większą wiedzą o relacjach i seksualności niż prowadzący kursy.
Potrzebna jest zmiana mentalności – przejście od tego, co idealne, do tego, co realne. Franciszek próbował jej dokonać bardziej rewolucyjnie, Leon XIV kontynuuje ją bardziej ewolucyjnie. To ogromnie trudne, bo człowiek, choć mówi, że chce się zmieniać, w gruncie rzeczy nie chce.
Trzeba też oddać głos małżeństwom. Czekam na dokument napisany przez małżonków albo przynajmniej na ich realny wpływ na dokumenty i programy duszpasterskie. My, księża i biskupi, coś o małżeństwie wiemy, ale specjalistami są sami małżonkowie. Ciekawym rozwiązaniem byłyby komisje złożone głównie z małżonków oraz ekspertów – seksuologów, psychologów, teologów – w których dochodziłoby do realnej wymiany myśli.
Amoris laetitia uwidoczniła napięcie między doktryną a duszpasterstwem: albo będziesz wierny doktrynie, albo miłosierny. Czy Kościół nauczył się odróżniać ideał od towarzyszenia komuś, dla kogo ten ideał bywa zbyt wielkim ciężarem?
– Poza tym, że ten głos wybrzmiał – niewiele. W Polsce mało robimy, by uczyć się rozeznawania. Episkopat w dokumentach z 2018 roku przyjął język przyjęcia, towarzyszenia, rozeznawania i integracji, uznał też, że potrzebujemy programów. Słowa zostały przyjęte, ale w praktyce jesteśmy jeszcze daleko w lesie. Po prostu nie wiemy, jak to robić.
Łatwiej trzymać się ideałów i norm – to porządkuje i uspokaja. Obecność kogoś w sytuacji nieregularnej wywołuje napięcie, bo pojawia się problem, który wymaga więcej czasu i energii niż codzienne duszpasterstwo. Trzeba z tymi ludźmi wysiedzieć konkretne godziny. Szukamy najprostszego rozwiązania, a towarzyszenie nim nie jest. To w jakimś sensie droga krzyża – przez zmianę i ofiarę, ze wszystkich stron.
Amoris laetitia nie obniża ideału. Mówi, że człowiek może nie być jeszcze zdolny do pełnej realizacji dobra, ale może uczciwie ku niemu wzrastać. Ideał nie staje się przez to mniej prawdziwy. Norma przestaje jednak być kamieniem, którym duszpasterze mogą rzucać w zranione życie. Zawsze łatwiej mówić, jak powinno być, niż spotkać się z tym, jak jest – bo to odziera nas z iluzji o tym, jak wspaniałą instytucją jest Kościół.
W temacie seksualności, gdy patrzę, jak promuje się kursy małżeńskie czy rekolekcje dla rodzin – a już w ogóle przy dyskusji o edukacji zdrowotnej w szkołach – nie widzę, by przez dziesięć lat coś się zmieniło. Wciąż więcej słyszymy o zakazach niż o dobru…
– Marzy mi się Kościół, w którym najważniejszą kwestią nie będzie to, kto z kim sypia. Z drugiej strony trudno ten temat pominąć, bo jesteśmy istotami płciowymi. Skąd w Kościele tyle lęku przed tą sferą?
To pytanie wymagałoby dłuższego namysłu. Myślę, że w samej teologii może lęku nie ma, ale w praktyce jest go mnóstwo – przed seksualnością, a nawet przed człowieczeństwem we wszystkich jego przejawach. Brakuje nam pozytywnej narracji o cielesności i jej roli w życiu wewnętrznym i w drodze do Boga. Idziemy trochę w tym pod prąd Panu Bogu, który się wciela. My raczej uciekamy od ciała w duchowość. Może to skutek naszego wewnętrznego poranienia.
Tę sferę mamy zwykle bardzo poranioną – widzę to zawsze, w konfesjonale i w towarzyszeniu. Dopóki jednak w duszpasterstwie będziemy wychodzić od pytania, jak sobie z seksualnością poradzić, będzie to zły punkt wyjścia. Z seksualnością nie mamy sobie „radzić”. Mamy ją przeżywać jako podstawowy wymiar, w którym budujemy relacje – nie tylko erotyczne.
Myślę też, że sporo narracji lękowej w Kościele jest „produkowanej” przez celibatariuszy, którzy z tą sferą muszą sobie właśnie jakoś poradzić. Jest ona problematyczna w celibacie, a że mają oni najsilniejszy głos, ta mentalność przenika cały Kościół.
A gdyby w Kościele potraktować Amoris laetitia serio? Jak wyglądałyby wtedy parafia, przygotowanie do małżeństwa, spowiedź?
– Pewnie byłoby w nim więcej ludzi. Najbardziej porusza mnie ogromna grupa osób, które mają wielki głód sakramentów, ale z powodów formalnych nie mogą ich przyjmować. Są głodni, ale nie są „godni”. I jest druga, też ogromna grupa: ci, którzy formalnie nie mają przeszkód, ale nie przystępują do sakramentów albo robią to bez znaczenia dla swojego życia, bez wcielania w życie łask, jakie sakramenty niosą. Są „godni”, ale nie ma w nich głodu Boga. Z perspektywy Ewangelii to absurd. Cierpię z tego powodu i czuję ból tych ludzi.
Duszpasterstwo, które próbowałoby ich włączyć, to Chrystus, który wychodzi i szuka sposobu, by przyprowadzić grzesznika do Boga. Byłby to Kościół mniej skupiony na normach, a bardziej na człowieku, budowaniu wspólnoty i relacji. Nie chodzi o idealizowanie ani małżeństw sakramentalnych, ani niesakramentalnych – idealizacja to zawsze iluzja. Ale takie duszpasterstwo byłoby bardziej miłosierne i bardziej ludzkie.
Przykładem jest dla mnie jezuicka parafia przy Rakowieckiej w Warszawie, w której pracowałem. Kiedy gdzieś pojawiały się trudne przypadki, na przykład nieregularności przy przygotowaniu do małżeństwa, odsyłano ludzi tam: „Idźcie na Rakowiecką, oni wiedzą, jak sobie z tym poradzić”. To kwestia praktyki i wysiłku, na który jednak nie zawsze chce się zdobyć.
Potrzebujemy duszpasterstwa mniej dewocyjnego, a bardziej relacyjnego. Duszpasterstwa procesu, a nie eventów – to trudniejsze, nawet nudniejsze, ale w dłuższej perspektywie dużo bardziej satysfakcjonujące. Taki Kościół byłby bardziej wcielony, obejmowałby całe spektrum ludzkiego życia, a nie tylko jego idealny wycinek. Byłby Kościołem grzeszników, nie idealnych świętych. Pobożni pewnie by się zgorszyli: „Dlaczego on jada z celnikami i grzesznikami?” – czyli ze wszystkimi, którzy nie spełniają normy. Nie wiem, ile jest u nas takich parafii, gdzie norma nie jest ważniejsza od człowieka, gdzie zaprasza się do stołu ludzi głodnych sakramentów i gdzie ten głód pomaga się ludziom odkryć. Może taki Kościół byłby mniej uporządkowany, ale czy nie byłby bliższy Ewangelii?
Roman Groszewski SJ
Jezuita, duszpasterz, rekolekcjonista, dyrektor Domu Formacji Duchowej w Kaliszu
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.













