Odpowiem od razu i wprost na postawione pytania. Nie, książka Roberta Ackermanna Chodziłem po słonecznej stronie ulicy nie jest książką prekursorką ani pod względem formy, ani treści. Nie jest też wybitnym dziełem literackim. Ale czy mimo to jest potrzebnym świadectwem? W kontekście niedawno zdewastowanego pomnika ofiar getta w Sosnowcu, organizowanej w Warszawie „żydoznawczej konferencji” (drugi rok z rzędu), w której tytuły prelekcji brzmią „Kim są Żydzi z biologiczno-populacyjnego punktu widzenia?” i „Żydowska korupcja w I RP”, czy w kontekście wysokiego poparcia w sondażach dla partii jawnego antysemity i ignoranta prawdy historycznej Grzegorza Brauna, wydaje się, że odpowiedź może być tylko jedna. Te przywołane i inne zjawiska świadczą o tym, że wielu z nas, tu w Polsce, wciąż ma problem z uznaniem jej historii taką, jaką była. A o niej właśnie opowiada w swojej książce Ackermann, syn ocalałych z Holokaustu polskich Żydów.
Opowieść piękna w języku
Opisy przedwojennego galicyjskiego świata, którego częścią był ojciec autora, są jednymi z piękniejszymi w książce. „Żydzi galicyjscy tworzyli osobny świat: bogaty duchowo, choć ubogi materialnie. W małych sztetlach istniał własny porządek – oparty na micwie, halasze i cichym przekonaniu, że każde życie, nawet najbiedniejsze, ma w oczach Boga znaczenie. Nad wszystkim czuwał rabin, a życie codzienne wyznaczały nie państwowe kalendarze, lecz żydowskie święta i rytuały. Piątkowe popołudnie oznaczało zapach czulentu, błysk świec szabatu i błogosławieństwo ojca, który kładł dłonie na głowach dzieci, zanim wyszedł do synagogi”. Można zarzucić Ackermannowi idealizowanie, generalizowanie postaw ludzi, ale nie można odmówić pięknego języka, jakim opowiada o tamtym świecie i jego mieszkańcach. „Galicja nie była krainą szczęścia, lecz krainą wspólnoty. I choć bieda zaglądała w oczy, ludzie pomagali sobie, dzielili się chlebem, a wieczorami przy świetle lamp naftowych, śpiewali niguny, melodie bez słów, które niosły więcej treści niż kazania”.
Wspomina, że choć jego rodzice nie doświadczyli bezpośrednio przejawów antysemityzmu, to jednak stał się on częścią polskiego klimatu. „Polska po śmierci Piłsudskiego zaczęła się zamykać w sobie, coraz głośniej mówiła językiem nienawiści i podejrzeń. Na targach, w szkołach, w redakcjach gazet słowa «Żyd» i «wróg» zaczynały brzmieć niepokojąco blisko siebie”.
Matka autora, po ukończeniu studiów polonistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie (do czego autor niejednokrotnie będzie wracał w kontekście wyniesionego z domu zamiłowania do książek), wyjechała do Wiednia, żeby studiować germanistykę i filozofię. Opisy wiedeńskich uliczek, kawiarni, do których uwielbiała zaglądać, nietuzinkowych postaci, które tam poznała, to kolejne piękne fragmenty tej książki, dzięki którym jej lektura zamienia się w naprawdę przyjemną podróż w czasie. Nie brakuje jednak twardych ocen tamtej rzeczywistości. „Wiedeń był miastem myśli i iluzji – iluzji, że rozum i kultura mogą uchronić człowieka przed barbarzyństwem. […] Na ulicach Wiednia rozbrzmiewały różne języki, ale coraz częściej wśród nich słychać było krzyk: «Raus mit den Juden!» – jakby miasto zaczynało się jąkać, duszone kotłującą się wewnątrz własną nienawiścią”.
Szczepionka na szarość
A jednak to właśnie doświadczenie eleganckiego świata kultury w Wiedniu w jakimś stopniu pozwoliło matce przetrwać zmiany, jakie przyniósł komunistyczny ustrój w powojennej Polsce, uodpornić się na brzydotę, która stawała się wszechobecna w PRL-owskim krajobrazie, szczególnie miast przemysłowych. W jednym z nich – Bytomiu – zamieszkała z mężem i synem. Ackermann pięknie ujął to „uodpornienie” w słowach: „[…] kostiumy były jej zbroją. Kiedy zakładała jeden ze swoich nienagannie skrojonych żakietów i te swoje niezwykle eleganckie buty – zawsze na obcasie, zawsze lśniące, jakby nigdy nie dotknęły bytomskiego błota – stawała się kimś z innego świata. […] Patrząc na nią, wierzyłem, że piękno jest formą oporu – że dopóki mama robi rano makijaż i dba o fałdy swojego kostiumu, nasz świat, ten «po słonecznej stronie ulicy», jest nie do zniszczenia”.
Ackermann przejmująco opisał również więź matki-Żydówki z polską literaturą. „Literatura polska była dla niej nie tylko przedmiotem studiów. Była duchowym domem. W niej znajdowała ciągłość, której brakowało w historii. W wierszach wracał ład, nawet jeśli opowiadały o chaosie”.
Na jakby drugim biegunie do tych opisów matki jawi się postać ojca: bardzo pragmatycznego, stąpającego mocno po ziemi, zaradnego od zawsze, czyli od czasów wczesnej młodości, gdy zdobywał na galicyjskich jarmarkach cenne doświadczenie w handlu. Postać ojca jest może jeszcze barwniej opisana niż matki. Na pewno autor poświęca jej dużo więcej miejsca na stronach swojej książki. Zaradność ojca bez wątpienia była filarem poczucia bezpieczeństwa zarówno małego Roberta, jak i jego matki, co sam autor często podkreśla. Niestety czasy, w jakich przyszło im żyć, nie były przyjazne takim jak Natan Mittelman, czyli prywatnym przedsiębiorcom. A jednak Natan, mówiąc kolokwialnie, umiał się w tym świecie „ustawić”. Co podkreśla jego syn w swojej książce – nie krzywdząc innych, a wręcz przeciwnie, wychodząc naprzeciw ich potrzebom. A potrzeby dotyczyły m.in. wymiany obcej waluty, głównie dolarów. Trzeba podkreślić, jak wielkie ryzyko podejmował ojciec autora. W latach 50. za handel dewizami groziła nawet kara śmierci. Ackermann poświęcił wiele miejsca w swojej książce, żeby wyjaśnić zawiłości PRL-owskiej rzeczywistości i zasad w niej funkcjonowania.
Ważne świadectwo
Dla polskiego czytelnika ta wiedza jest dość powszechna, dlatego chwilami zastanawiałam się, do kogo autor kieruje te wyjaśnienia. Dużo bardziej bym zrozumiała, gdyby były kierowane np. do izraelskiego czytelnika, szczególnie młodego. I tu dochodzimy do pewnych mankamentów książki. Jednym z nich są właśnie zbyt obszerne wyłuszczania kwestii oczywistych dla przeciętnego polskiego odbiorcy, jak np. funkcjonowanie UB, a później SB, albo wszechobecna korupcja, na najniższym poziomie przejawiająca się w sprzedaży „spod lady”, załatwianiu czegoś za łapówkę. Innym poważniejszym mankamentem są powtórzenia. Książka bardzo by zyskała, gdyby redaktorka dokonała w niej odpowiednich cięć fragmentów. Również korekta nie ustrzegła się kilku rażących błędów w interpunkcji. Trzeba jednak oddać wydawnictwu Ebisu, które dopiero pojawiło się na rynku, że „przyoblekło” książkę w piękną szatę graficzną. Twarda okładka z przykuwającą oko grafiką, obwoluta, duży krój czcionki i do tego rzadko spotykana zakładka z materiału sprawiają, że lektura jest nie tylko doświadczeniem intelektualnym, ale i swoistym przeżyciem estetycznym.
Reasumując, książka Roberta Ackermanna broni się przede wszystkim jako świadectwo, zawierające sugestywne opisy światów, które odeszły. Na ile w nich przemilczenia pewnych faktów – ważnych dla życia głównych bohaterów – wie najlepiej sam autor. Ale nikt nie powiedział, że świadectwo musi być „księgą otwartą” do końca, żeby było wiarygodne. Opowieść Ackermanna jest retrospekcją losów ocalałych z Holokaustu i ich syna, którą warto usłyszeć.
Chodziłem po słonecznej stronie ulicy
Robert Ackermann
Wydawnictwo Ebisu 2026
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









