Co to jest niebo?
– Pytanie wydaje się proste, ale odpowiedź nie jest łatwa. Z perspektywy biblijnej widzimy rozwój koncepcji tego, co dziś nazywamy niebem. Przyjmijmy na początku bardzo uproszczoną definicję, że niebo to jakaś rzeczywistość obcowania z Bogiem twarzą w twarz, która w pełni zrealizuje się na końcu czasów. Jednak najstarsze teksty biblijne właściwie nie odnoszą do takiej rzeczywistości. Życie spełnia się tutaj na ziemi, a jego przedłużenie następuje poprzez jego przekazywanie, zawiera się w potomstwie. Szczęście można osiągnąć już teraz, jest ono znakiem błogosławieństwa Boga. To ujęcie wiąże się z retrybutywną wizją Bożej sprawiedliwości – jeśli żyję dobrze, to otrzymuję od Boga błogosławieństwo i dobrobyt, a jeśli źle – wówczas mi się nie powodzi, spotykają mnie nieszczęścia i tak dalej. To koncepcja, która – wraz z rozwojem biblijnej nadziei na życie po śmierci – w kolejnych księgach jest coraz bardziej dyskutowana, a w końcu kwestionowana, choćby przez Księgę Hioba.
Dalej w Piśmie Świętym mamy taką rzeczywistość, którą nazywamy Szeolem, swoiste królestwo cieni. Według niej ludzie trwają nadal po śmierci jako jakiś cień tej rzeczywistości, której doświadczali na ziemi.
Kraina zmarłych. Tam, gdzie Jezus zstąpił?
– Zasadniczo, tak właśnie wierzymy. Ale ta rzeczywistość Szeolu jest o tyle ciekawa, że nie jest przedstawiana jako miejsce szczęśliwości czy ostatecznego spełnienia, ale jakby moment przerwania kontaktu z Bogiem, którego można było doświadczać na ziemi w postaci Jego błogosławieństwa. Koncepcja Szeolu z czasem ewoluuje w stronę jakiejś formy szczęśliwości, co zostaje malowniczo określone jako „łono Abrahama”, w przeciwieństwie do miejsca odpłaty za złe życie, czyli Gehenny. A więc zaczyna funkcjonować jakieś rozróżnienie rzeczywistości po śmierci, w zależności od tego, czy czyjeś życie było dobre, czy nie.
Mniej więcej w ostatnich dwóch wiekach przed Chrystusem – na przykład w Drugiej Księdze Machabejskiej czy Księdze Daniela – pojawia się jeszcze nowsza koncepcja – zmartwychwstanie, nawet jeśli autorzy tych ksiąg nie posługują się wprost tym terminem. Chodzi o taką rzeczywistość, w której będziemy się cieszyć życiem podobnym do tego, które znamy, ale które będzie po prostu czymś znacznie doskonalszym i nieporównywalnie szczęśliwszym. I to jest myśl, którą przejęło chrześcijaństwo. W czasach Jezusa nie była ona przez wszystkich przyjmowana, kwestionowali ją choćby saduceusze, jednak z pewnością istniała taka koncepcja, że na końcu czasów sprawiedliwi zmartwychwstaną do życia i to będzie początek tej wiecznej szczęśliwości. Niektórzy te czasy ostateczne przedstawiają jako niekończące się Święto Namiotów, czyli przestrzeń wiecznego świętowania i radości. Tak więc Biblia dostarcza nam dość różnych opisów w tym temacie.
Tylko cały czas mówimy o czymś, co będzie, i że to, co będzie, będzie lepsze niż to, co znamy teraz. Można odnieść wrażenie, jakby to życie obecne było jakimś życiem połowicznym, jakimś sprawdzianem, czy zasłużymy – to chyba ulubione słowo polskiego katolicyzmu – na życie wieczne, na niebo.
– Zarysujmy sobie pewien kontekst teologiczny. W okresie średniowiecznej scholastyki powstawały traktaty zwane de novissimis, czyli o rzeczach ostatecznych. I tam rzeczywiście starano się wyjaśnić, co będzie po śmierci. Wówczas klaruje się to, co znamy dzisiaj z nauki Kościoła, że są dwie perspektywy: niebo (zwykle poprzedzone czyśćcem) albo piekło. Traktaty te obejmowały oczywiście szereg zagadnień, ale do powszechnej katolickiej świadomości głównie przebijał się ten najprostszy przekaz.
We współczesnej eschatologii – czyli teologicznej nauce o rzeczach ostatecznych – kładzie się większy akcent na ostatecznym losie całej ludzkości, a nawet szerzej: całej rzeczywistości w jej ostatecznym spełnieniu, bardziej niż na szczegółowym rozpatrywaniu losu konkretnego człowieka po jego śmierci.
Z pewnością ważnym punktem odniesienia jest tu dla nas zmartwychwstanie Chrystusa, które jest początkiem ostatecznego zmartwychwstania wszystkich ludzi. Zobaczmy więc, co się dzieje, kiedy uczniowie odkrywają, że grób Jezusa jest pusty. Po początkowej dezorientacji zaczynają spotykać Chrystusa, który jest niby tym, którego znali przed śmiercią, ale z drugiej strony jest On zupełnie inny. Ma fizyczne ciało, z bliznami po męce, je z nimi posiłki i tak dalej. Ale z drugiej strony, jest to ciało zgoła odmienne. Zmartwychwstały Chrystus przechodzi przez ściany, pojawia się w różnych miejscach, w końcu zostaje wzięty do nieba. Apostołowie odczytują Jego zmartwychwstanie jako nadejście czasów ostatecznych, w których wszyscy zmarli mają powstać do nowego życia. Mamy tego ślady w Ewangelii św. Mateusza, który odnotował, że po śmierci Jezusa „groby się otworzyły i wiele ciał Świętych, którzy umarli, powstało. I wyszedłszy z grobów po Jego zmartwychwstaniu, weszli oni do Miasta Świętego i ukazali się wielu” (Mt 27, 52–53).
W pierwszym pokoleniu uczniów Jezusa istniało bardzo mocne przekonanie, że nadeszły czasy ostateczne, zatem Chrystus wkrótce powróci. Widzimy to choćby w najstarszych tekstach Nowego Testamentu, czyli w Listach św. Pawła. W późniejszych księgach, kiedy stawało się jasne, że koniec świata może wcale nie nastąpić tak prędko, jest już próba innego odczytania tej rzeczywistości. W Ewangeliach rzeczywistość królestwa Bożego, owszem, rozpoczęła się w momencie zmartwychwstania Chrystusa i nastały czasy ostateczne, ale z drugiej strony nie nastąpiło jeszcze ostateczne spełnienie. Ta rzeczywistość sukcesywnie wzrasta w świecie, niczym ziarenko gorczycy posiane w ziemi lub zakwas umieszczony w mące. Nasze życie nie jest jednak biernym czekaniem na koniec czasów. Wszędzie tam, gdzie jako chrześcijanie staramy się żyć wzajemną miłością, przebaczeniem, miłosierdziem i troską o najsłabszych, aktywnie uczestniczymy w dążeniu Boga do tej kosmicznej przemiany całego świata, czyli do stanu, kiedy On sam „będzie wszystkim we wszystkim” (1 Kor 15, 28).
Żyć, aby uczestniczyć w Bożym planie przebóstwienia świata, brzmi inaczej, niż żyć tak, aby zasłużyć na niebo.
– Bóg, który już nas zbawił, zaprasza nas do współpracy w Jego misji w świecie. Tu jest bardzo ciekawy wątek ignacjański. Jest taka książeczka jednego z najważniejszych teologów XX wieku – Gisberta Greshake. Początkowo to był artykuł, potem został rozbudowany i przetłumaczony na bardziej popularny język. Greshake pisze o eschatologii, jaka wyłania się z książeczki Ćwiczeń duchowych św. Ignacego Loyoli.
Tutaj pozwól na małą dygresję. Biskup Wacław Świeżawski, wybitny liturgista, założyciel sióstr jadwiżanek wawelskich, stawiał taką tezę, że pojawienie się Ćwiczeń duchowych Ignacego jest odpowiedzią Ducha Świętego na zanik katechumenatu w Kościele. Bo o ile katechumenat w starożytnym Kościele, jako wieloletnie przygotowanie do świadomego przyjęcia chrztu, prowadził do rzeczywistej metanoi, czyli przemiany myślenia na autentycznie chrześcijańskie, o tyle kiedy ten katechumenat dorosłych de facto zaniknął, bo zaczęło się przede wszystkim chrzcić dzieci, narzędziem prowadzącym do podobnej przemiany stały się właśnie ćwiczenia ignacjańskie. Dzięki nim człowiek doświadcza przemieniającej miłości Boga i świadomie włącza się w misję Chrystusa w świecie.
I teraz wracam do Gisberta Greshake. Sam Ignacy bardzo mało mówi o tym, co będzie po śmierci, ale daje całościowe narzędzie, które ma służyć temu, żebyśmy realizowali wolę Pana Boga w naszym życiu. Greshake dowodzi, że rzeczywistość królestwa niebieskiego jest rzeczywistością, która – nie umniejszając roli ostatecznego jej spełnienia na końcu czasów – rozgrywa się już tu i teraz. A my mamy wszelkie potrzebne informacje i środki, żeby tą rzeczywistością żyć i podprowadzać pod kontakt z nią innych ludzi.
W drugim tomie swojej trylogii Jezus z Nazaretu Benedykt XVI pisze: „Zwrot ‘życie wieczne’ nie oznacza (...) życia, które następuje dopiero po śmierci, podczas gdy życie obecne, jako przemijające, według niego nie byłoby życiem wiecznym. ‘Życie wieczne’ jest samym życiem, życiem prawdziwym, które jest możliwe także w czasie (...). Dlatego istotną rzeczą jest już teraz rozpocząć to ‘życie’, prawdziwe życie, którego nic i nikt już nie zdoła zniszczyć.
– Właśnie tak. I przez pryzmat tych słów warto patrzeć na nakaz Chrystusa, byśmy szli i czynili innych uczniami. Nie przez prozelityzm, jak to podkreślał papież Franciszek, nie przez to, że się kogoś „zaorze” w dyskusji i zmiażdży mocą swoich apologetycznych argumentów. Rzeczywistość królestwa Bożego jest po prostu czymś tak niesamowitym, wnoszącym tak niezwykłą jakość w nasze przeżywanie świata i życia, że to jest coś, za czym ja sam nieustannie tęsknię i staram się podążać, więc naturalnie dzielę się tym z innymi.
Pierwsze pokolenia uczniów Chrystusa miały ten impet. Doświadczenie Chrystusa Zmartwychwstałego było tak niesamowite, że ludzie szli za tym „jak w dym”. Skuteczność apostołów polegała na tym, że w ich głoszeniu wyczuwalne było przekonanie, że istnieje coś, co pośród niepewnej, trudnej, przytłaczającej rzeczywistości, jest po prostu czymś świeżym, życiodajnym, czymś, z czego można zaczerpnąć.
Przy wszystkich przemianach kulturowych, zmianach na mapie politycznej świata, nasza sytuacja wydaje się bardzo podobna. Mamy jakąś egzystencjalną niepewność, kto wie, czy nie większą od tej, z którą się mierzyli chrześcijanie pierwszych wieków. I dokładnie tak samo potrzebujemy doświadczenia, które daje życiodajną nadzieję. Taką, która nie jest jakąś obiecanką na przyszłość, ale życiowym konkretem. A o tym jest de facto cała opowieść o Jezusie Chrystusie: że miłość jest tak wielką siłą, iż nie tylko nie uciekła przed cierpieniem, ale okazała się silniejsza nawet niż śmierć. Dla mnie to jest samo serce dobrej nowiny o zbawieniu.
Teraz mówisz Ratzingerem (śmiech). To właściwie próbuje nam przekazać w encyklice o nadziei Spe salvi, gdzie mówi też o rzeczach ostatecznych – śmierci i perspektywie życia wiecznego.
– Zmartwychwstanie jest fundamentalnym odniesieniem w naszej wierze, które budzi nadzieję i nadaje sens naszemu życiu. Nie na takiej zasadzie, że tłumaczy całe zło i cierpienie, które nas spotykają, jakby były one planem Pana Boga – w to szczerze mówiąc wątpię, ale to temat na inną rozmowę. Wierzę natomiast w to, że nawet w tych doświadczeniach – jakiegoś absurdu, beznadziei i cierpienia – kontakt z Bogiem, przeżywanie tej rzeczywistości w świadomości bycia zjednoczonym z Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym Chrystusem, czyli w doświadczeniu radykalnej miłości, ma taką moc, żeby nas przez te ciemności i przez ten chaos przeprowadzić.
Mam wrażenie, że zacząłeś używać jako synonimu pojęć „niebo” i „królestwo Boże”. Czy to jest to samo? Jezus mówi uczniom, wskazując na swoją obecność, że jest już pośród nich królestwo Boże. Czyli można powiedzieć, że kiedy urzeczywistniamy panowanie Chrystusa, czyli miłość wzajemną, to znaczy, że właśnie wtedy niebo staje się naszym udziałem już teraz? Analogicznie mówimy o piekle na ziemi, gdy ktoś czyni wielkie zło.
– Dla teologicznej precyzji pewnie należałoby odróżnić te dwie sprawy, ale myślę, że te metafory nieba i piekła na ziemi, którymi się posłużyłeś, mają w sobie sporo prawdy. Choć może bezpieczniej powiedzieć, że na ziemi możemy mieć pewien przedsmak nieba czy piekła. Kiedy natomiast mówimy o królestwie Bożym, mamy skojarzenie z terytorium, jakimś obszarem wpływu i oddziaływania. Siłą rzeczy, jak mamy takie wyobrażenie królestwa, to pojawiają się tendencje, że musimy zbudować solidne mury na obrzeżach tego królestwa.
Jak mówimy o niebie, to też wyobrażamy sobie je jako miejsca, a jest to stan czy sposób bycia.
– Tak. Natomiast w Biblii raczej mówimy nie tyle o królestwie, ile o królowaniu – albo lepiej – o panowaniu Boga. Z perspektywy Biblii jest to przede wszystkim łagodne panowanie. Już w Księdze Rodzaju widzimy panowanie oparte na harmonii – wszystkie stworzenia żyją pokojowo. I do tego pokojowego współistnienia Bóg zaprasza człowieka. Słynne „czyńcie sobie ziemię poddaną”, które przyniosło tyle nieszczęść w relacjach między człowiekiem a stworzeniem, oznacza raczej: „opiekujcie się tą ziemią”. Bóg jest przedstawiony jako pasjonat tego, co zrobił, jest zachwycony tym, czego dokonał, i zaprasza człowieka, żeby z taką samą czułością, zachwytem podchodził do stworzenia i w ten sposób urzeczywistniał to panowanie Boga. Widzimy to także w sposobie, w jakim o panowaniu Boga mówi Chrystus. Jezus zachwyca się światem stworzonym, gdy mówi o liliach polnych, o ptakach na niebie. Opowiada o panowaniu Boga przede wszystkim w kontekście czasów ostatecznych. Znakomity niemiecki biblista Gerhard Lohfink interpretuje całą misję Chrystusa w świecie jako urzeczywistnienie zapowiadanego nowego Izraela. Nie na zasadzie, że stary świat wyrzucamy do kosza i tworzymy nową, lepszą wersję 2.0, tylko że proroctwo Izajasza, że wszystkie narody przyjdą do Boga, zaczyna się urzeczywistniać już tu i teraz. Mamy dwunastu apostołów, którzy odzwierciedlają dwanaście pokoleń Izraela, tworzących podstawową komórkę, w której zacznie się realizować ostateczne panowanie Boga, polegające przede wszystkim na miłości wzajemnej i przebaczeniu. Nauczanie Jezusa jest nie tyle nowe, ile daje nową perspektywę, jaką jest całkowite odrzucenie przemocy. Podsumowując, żyjąc przykazaniem miłości, urzeczywistniamy już na ziemi ideał królestwa niebieskiego, a zatem, można powiedzieć, w jakiejś mierze doświadczamy nieba.
To spróbujmy wyjaśnić, czym jest niebo. Możemy je sobie wyobrażać przestrzennie? W końcu to Bóg powołał do życia materię. Czy miałaby ona zniknąć w rzeczywistości nieba?
– Z jednej strony, tak jak mówisz, niebo wyobrażamy sobie przestrzennie. To jest wyobrażenie sięgające starożytności. Święty Tomasz mówił z kolei o wizji uszczęśliwiającej – visio beatifica, czyli oglądaniu Boga twarzą w twarz, w końcu bez tych wszystkich zasłon i jakichś cieni, które sprawiają, że nie możemy Go oglądać takim, jakim jest. W XX wieku zaczęto jeszcze rozkładać akcenty i postrzegać niebo jako Chrystusa, który jest ostateczną rzeczywistością, do której zmierza cała rzeczywistość. Hans Urs von Balthasar powiedział: „Bóg jest ‘Rzeczą Ostateczną’ stworzenia. On jest niebem dla tego, kto Go osiąga; piekłem dla tego, kto Go traci; sądem dla tego, kto jest przez Niego sądzony; czyśćcem dla tego, kto jest przez Niego oczyszczany. On jest Tym, dla którego umiera wszystko to, co jest śmiertelne i co zmartwychwstaje dla Niego i w Nim. Ale jest tym jako skierowany ku światu, czyli w swoim Synu Jezusie Chrystusie, który jest objawieniem Boga i przez to kwintesencją rzeczy ostatecznych”. To jest niesamowita siła tej wizji nieba, bo mówiąc o niebie, siłą rzeczy dotykamy niełatwego tematu tego, co się dzieje po śmierci z nami. Ale też, co dzieje się z tymi, których kochamy. Czy oni są przy nas, czy są gdzieś indziej, czy w ogóle ich nie ma.
Myślę, że taka ogólna koncepcja, że po śmierci trafiam do nieba, czyli gdzieś, gdzie będę wiecznie szczęśliwy, jest przekonująca. Być może mniej przekonująca, albo wręcz nudna, zwłaszcza dla młodych, wydaje się wizja, że będziemy w jakimś niebieskim chórze śpiewać Bogu chwałę. Wydaje się, że w myśleniu o niebie jesteśmy zdecydowanie bardziej konkretni – chcielibyśmy wiedzieć, jak tam wygląda, a przede wszystkim, czy będziemy się tam znać, czy będziemy w relacjach z tymi, których kochamy – ludźmi i zwierzętami.
– Kiedy prowadzę warsztaty śpiewu liturgicznego, zawsze powtarzam uczestnikom, żeby się przykładali, bo jeśli by się okazało, że wieczność to faktycznie będzie wieczne śpiewanie Hosanna Panu Bogu, to lepiej być przygotowanym (śmiech). A poważnie, to co jest pewne? Pewne jest to, co znamy z Objawienia. A co znamy z Objawienia? To, że Bóg się nam przedstawia jako miłość. To możemy traktować jako pewnik. Jeśli traktujemy miłość jako tę siłę największą, jaka istnieje, to czujemy, że tak pospolity proces fizjologiczny, jakim jest śmierć, nie jest w stanie jej zniszczyć ani zniweczyć. To jest pierwsza poszlaka. Druga jest następująca: jeśli przyjmujemy koncepcję, że Chrystus przenika wszystko, a cała rzeczywistość ciągnie do niego jak do jakiegoś kosmicznego magnesu, to przeżywanie swojego życia w Chrystusie jest przeżywaniem tego życia w komunii z tymi, którzy to życie z Chrystusem przeżywają, niezależnie od tego, czy są po tej, czy po tamtej stronie życia.
Wspominałem już o słowach św. Pawła, że Bóg będzie wszystkim we wszystkim. Przyzwyczajeni jesteśmy raczej do tłumaczenia: „wszystkim we wszystkich”. Greka pozwala nam na oba tłumaczenia. I wydaje się, że to jest niegłupi trop, ponieważ we współczesnej chrystologii podkreśla się czasem, że pierwszym przyjściem Logosu nie było wcielenie Chrystusa, tylko stworzenie świata. Bo „wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone” (Kol 1, 16).
„W ostatecznych dniach”, owszem, mamy kulminacyjny moment dziejów we Wcieleniu Drugiej Osoby Boskiej. Gdy Stwórca zjednoczył się tym sposobem z całym stworzeniem, Jego obecność w świecie została w jakiś sposób odnowiona, odświeżona, otrzymała jakby inną jakość.
Niesamowitym momentem jest wniebowstąpienie Pana Jezusa, bo oto zjednoczony ze światem stworzonym Chrystus niejako wciąga wraz ze swoją ludzką naturą całą stworzoną rzeczywistość w samo serce Trójcy Świętej.
Obrazy nie są nigdy doskonałe, ale wyobraźmy sobie dziecko, które ciągnie obrus, a wraz z nim wszystko, co jest na stole. Wniebowstąpienie jest takim trochę ciągnięciem obrusa – cała nasza rzeczywistość jest już w drodze ku ostatecznemu zjednoczeniu z Trójjedynym Bogiem. Wracając do twojego pytania, jesteśmy pociągani do tego wnętrza Trójcy wraz z całym stworzeniem, a zatem i z naszymi ukochanymi zwierzątkami i całym kosmosem. Wszyscy nieuchronnie dążymy do „pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi” (Ef 1,10).
Trudno myśleć, że świat rzeczywistości niebiańskiej mógłby być niematerialny lub pozbawiony materii, skoro Bóg jednak wszystko uczynił materialnym. W jednej z prefacji mówimy, że człowieczeństwo stało się narzędziem zbawienia, więc to, co materialne, zostało włączone w plan zbawienia. Apokalipsa mówi o nowym niebie i nowej ziemi, więc de facto mówi o świecie materialnym. Oczywiście ta materia i ten świat dotykalny jest inny, jak w przypadku ciała Chrystusa po zmartwychwstaniu, które jest materialne, bo On przecież je i pozwala się dotknąć, a jednocześnie ma jakieś inne właściwości, skoro przechodzi przez zamknięte drzwi.
– Fizyczne, cielesne zmartwychwstanie Jezusa wydaje się to potwierdzać. Choć trzeba powiedzieć, że dla pierwszego pokolenia uczniów było to bardzo niezręczne. Interpretacje podważające realność zmartwychwstania właśnie z tego względu nie do końca mają sens. Przecież można byłoby tę samą prawdę przedstawić w sposób znacznie łatwiejszy do przyswojenia i uwierzenia. Chociażby jako rzeczywistość duchową – że to Duch Chrystusa nawiedził apostołów po Jego śmierci, że po prostu coś wielkiego i przełomowego wydarzyło się w ich sercach. A ewangeliści z uporem przedstawiają zmartwychwstałego Chrystusa jako kogoś cielesnego, materialnego. Przez to, że to jest tak kłopotliwe i niezręczne i w pewnym sensie wstydliwe do opowiedzenia, z perspektywy biblistyki wydaje się, że coś tam musiało być na rzeczy. W to właśnie wierzymy jako chrześcijanie.
Tej niezręczności płynącej z wiary w cielesne zmartwychwstanie doświadczył choćby Paweł na Areopagu. Właśnie moment, w którym doszedł do prawdy o zmartwychwstaniu, był momentem jego porażki ewangelizacyjnej wśród Greków.
– Właśnie. O ile dla Żydów wiara w zmartwychwstanie Chrystusa była kłopotliwa, bo zgodnie z ówczesną teologią powinna ona wiązać się z końcem świata, o tyle dla Greków cielesne zmartwychwstanie było w ogóle absurdem. W końcu ciało uważali oni w większości za więzienie duszy, z którego należało się wyzwolić.
Z naszej perspektywy zmartwychwstanie wydaje się czymś praktycznie niemożliwym, bo nie znamy drugiego takiego przypadku, żeby ktoś powrócił do życia i to w ciele zbudowanym z jakiegoś innego rodzaju materii.
Z drugiej strony, jak zauważył kiedyś jeden z polskich teologów, jest to, owszem, zupełnie nieprawdopodobne. Prawdopodobieństwo zaistnienia czegoś takiego jest bliskie zeru. Ale na dobrą sprawę nie jest niemożliwe. Bądź co bądź, reorganizacja materii po śmierci człowieka do jakiejś nowej formy, którą znamy z opisów zmartwychwstałego Chrystusa, nadal nie jest mniej prawdopodobna niż zaistnienie Wielkiego Wybuchu, z którego wyewoluował cały wszechświat.
Musimy sobie uświadomić, że cuda Jezusa, choć niezwykłe i mające swoją wagę, nie były czymś niezwykłym w tym znaczeniu, że takie rzeczy się zdarzały w tamtych czasach, zdarzają się również dzisiaj. Także Jego nauczanie, choć wpisywałoby Go w poczet wielkich mędrców i filozofów w historii świata, to nie byłoby czymś nadzwyczajnym. To zmartwychwstanie jest tym, co sprawia, że Jezus Chrystus jest kimś więcej niż cudotwórcą czy nauczycielem. To właśnie zmartwychwstanie było impulsem, który dokonał tak wielkiej zmiany w apostołach, którzy dotychczas nie bardzo rozumieli przesłanie Jezusa, a po Jego śmierci siedzieli ukryci w Wieczerniku. To z tej perspektywy zrozumiałe dla nich staje się Jego nauczanie o panowaniu Boga, o przebaczeniu, o miłości wzajemnej. Wieść o zmartwychwstaniu, ale przede wszystkim doświadczenie Zmartwychwstałego, a więc Żyjącego Chrystusa, rozpoczęło proces ich przemiany. Zaczęli opowiadać Dobrą Nowinę w taki sposób, że przesłanie Jezusa było dla ludzi po prostu pociągające. Ten impet głoszenia był tak niesamowity, że ludzie po prostu sami chcieli doświadczyć życia, które przebijało z ich głoszenia.
Celowo rozmawiamy o wieczności w perspektywie nieba, bo to jest perspektywa, do której zaprasza nas Bóg. Zaprasza, nie zmusza. Jest alternatywa – piekło. Zakładam, że nikt o zdrowych zmysłach nie ma pragnienia, by spędzić w piekle wieczność, ale zupełnie zrozumiałe jest pytanie: czy będę umiał być szczęśliwy w niebie, wiedząc, że ktoś z moich bliskich jest w piekle?
– Jest taka opcja na stole. Zwróć jednak uwagę, że Kościół absolutnie o nikim nie mówi, że na pewno znalazł się w piekle. I to nas uprawnia do – na wskroś chrześcijańskiej – nadziei, że ostatecznie żaden człowiek tam nie trafi. Jakkolwiek to jest skandaliczne i na poziomie emocjonalnym, egzystencjalnym często nie do przyjęcia. Zwłaszcza kiedy pomyślimy o różnych zbrodniarzach i o tym, że ich zbrodnie mogły zostać przebaczone, a więc i oni mogliby trafić do nieba. To narusza nasze poczucie sprawiedliwości. A więc wydaje nam się to niesprawiedliwe i skandaliczne, ponieważ nie mieści się w naszym systemie sprawiedliwości. Przecież jeśli ktoś kogoś skrzywdził, powinien zostać w jakiś sposób ukarany. W naszej ziemskiej perspektywie to ważne, bo jest to część procesu zdrowienia osoby, która została skrzywdzona, ale też pomoc w resocjalizacji sprawcy. A jednak Ewangelia zaznacza, że nie ma takich grzechów, których Bóg nie mógłby odpuścić. Wydaje się, że możemy, a wręcz powinniśmy mieć nadzieję na zbawienie dla wszystkich. Bo skoro Jezus zaprasza nas, żebyśmy przebaczali i byli miłosierni jak nasz Ojciec Niebieski, to nie dlatego, że narzuca nam ciężary nie do uniesienia, których sam nie zamierza ruszyć palcem, jak to zarzucał faryzeuszom, tylko dlatego, że On to wszystko zrobił. I On wszystkim przebaczył.
Tu znów warto przywołać Balthasara. On mówił, że mogę mieć nadzieję, że Bóg przebaczy mi moje grzechy i pozwoli ostatecznie wejść do nieba. Ta nadzieja podtrzymuje moje życie. Dlaczego zatem ktokolwiek inny miałby być pozbawiony tej nadziei? Dlatego, że grzeszy inaczej niż ja?
Pasują tu słowa Jezusa: „Myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jeruzalem?” (Łk 13, 4). A jednak mamy taką tendencję do wrzucania różnych grup społecznych do kociołka w piekle. Złośliwi mówią, że zamiast nadziei powszechnego zbawienia wielu katolików głosi nadzieję powszechnego potępienia. Kiedy myślę o Kościele, który straszył piekłem i rzucał na ludzi anatemy, tak rozumiejąc obronę człowieka przed zejściem na złą drogę, to współczesna narracja wydaje się wręcz rewolucyjną zmianą.
– Mamy oczywiście wielkich teologów, jak Augustyn, który mówił o masa damnata, i mamy obrazy z prywatnych objawień, na przykład św. Faustyny, która widzi ludzi w piekle czy dzieci z Fatimy, które są przerażone wiekuistymi mękami. Mamy mocno zakorzenione w kulturze obrazy z Boskiej Komedii Dantego, który opisuje kolejne kręgi piekła i co tam się strasznego dzieje.
Czy to nie jest trochę po to, żeby nami wstrząsnąć, a nie obraz faktycznej rzeczywistości?
– To jest dobry temat, żeby rozróżnić dwie rzeczy, związane z objawieniami prywatnymi. Rzeczy, które opisują wizjonerzy, to rzeczy, które zobaczyli, a nie obiektywna rzeczywistość. Słowa, które usłyszała siostra Faustyna czy usłyszały dzieci z Fatimy, to są rzeczy, które oni usłyszeli, interpretując autentyczne Boże poruszenia za pomocą znanego sobie języka i obrazów, a nie dosłownie rzeczy, które Pan Bóg powiedział.
Ale czy potwierdzone objawienia nie oznaczają uznania za prawdziwe tego, co wizjonerzy usłyszeli czy zobaczyli?
– Potwierdza to, że ich przekaz jest prawdziwy i zgodny z nauczaniem Kościoła, ale nie, że to jest opis „jeden do jednego” obiektywnej rzeczywistości. Czyli: przesłanie jest prawdziwe, natomiast niekoniecznie oznacza to dokładny opis „stanu faktycznego”. To, że św. Faustyna zobaczyła ludzi w piekle, nie znaczy, że tam są jacyś realni ludzie (choć teoretycznie jest taka możliwość), ale prawdą jest, że człowiek może powiedzieć Panu Bogu „nie”.
Warto też pamiętać, że Kościół, uznając nawet prawdziwość danego objawienia prywatnego, nie mówi, że to jest coś, w co mamy obowiązek wierzyć. Więc można zupełnie nie wierzyć w te objawienia bez szkody dla własnej katolickości. Ale nawet jeśli wierzymy w dane objawienia uznane przez Kościół, to musimy dobrze rozumieć, że to jest pewien obraz, za pomocą którego dany święty zinterpretował autentyczny przekaz Pana Boga. I to jest, wydaje mi się, istotne rozróżnienie.
To jest o tyle ważne w tym kontekście, bo często argumentem za tym, że piekło na pewno nie może być puste, jest to, że święta Faustyna widziała tam osoby. Tymczasem raz jeszcze: po pierwsze, choć to ważne i uznane przez Kościół objawienia, to jednak prywatne, zatem katolik nie ma obowiązku wiary w te objawienia. A po drugie, była wizja, za pomocą której Faustyna zinterpretowała przekaz Boga o Jego miłosierdziu, które jest bezwarunkowe i nieskończone, ale które zostawia zawsze wolność i teoretycznie jest taka możliwość, żeby je odrzucić.
Wracając do tej zmiany, o której mówisz, to jest pewnie temat na kilka godzin rozmowy. Z czego wynikała taka teologia? Teologia zawsze jakimś odzwierciedleniem nastrojów społecznych, tego, czym żyją ludzie, jak interpretują świat itd. Nawet Pismo Święte to nie jest jeden do jeden podyktowana rzeczywistość przez Pana Boga…
Biblia to nie Koran, który Archanioł Gabriel dał i musimy go przestrzegać literalnie, niczego nie zmieniając.
– Właśnie. To dzieło bosko-ludzkie, natchnione przez Boga, ale zinterpretowane przez człowieka żyjącego w konkretnym czasie. Objawienie to jest pewnego rodzaju synergia Bożego objawienia ze zdolnością człowieka do tego, żeby je usłyszeć i przełożyć na język, na rzeczywistość zrozumiałą dla człowieka danej epoki. Więc skoro nawet Pismo Święte tak działa, tym bardziej teologia jest nie tyle nauką o Bogu, ile nauką o tym, jak rozumiemy Boże Objawienie. Zatem spojrzenie na rzeczywistość zmienia się wraz z nami, z naszą wrażliwością i wiedzą.
To nie jest relatywizm?
– Nie, bo my nie zmieniamy objawienia, ale próbujemy je lepiej zrozumieć. Nauka, będąca pochodną pięknego Bożego daru, jakim jest rozum, ciągle się rozwija. A w jej ramach rozwija się również biblistyka, która pozwala nam lepiej rozumieć teksty święte, ich konteksty, formy literackie, kulturę, w jakiej powstawały. Możemy więc lepiej usłyszeć i zrozumieć, co tekst mówi sam w sobie. Nie po to, żeby wywalić do kosza całą dotychczasową interpretację, ale żeby tradycja była tradycją, czyli czymś żywym, czymś, co się ciągle rozwija. Tradycja to nie jest coś, co zamknęło się na przykład w XIX wieku, uznając go za szczyt możliwości poznawczych człowieka. To jest rzeczywistość, która ciągle – od Objawienia – nieustannie się rozwija. Chodzi tu o ciągłe oczyszczanie się naszego rozumienia, by dotrzeć do pierwotnego przekazu, tego, co Bóg chciał nam powiedzieć o sobie. Jezus powiedział, że otrzymamy Ducha Prawdy, który nas doprowadzi do całej prawdy. Więc zmierzamy do tej ostatecznej rzeczywistości, którą jest Jezus Chrystus, Najwyższa Prawda, starając się Go poznawać coraz bardziej za pomocą całego Objawienia zawartego w Piśmie Świętym i Tradycji. Ale też cała rzeczywistość jest objawieniem Boga, bo – tak jak wspomnieliśmy wcześniej – skoro jest to jakieś odzwierciedlenie Logosu, drugiej Osoby Boskiej, to im lepiej rozumiemy tę rzeczywistość, która istnieje, zarówno ten świat, tym bardziej jesteśmy w stanie przyjmować to, co Bóg do nas mówi.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.













