Przez lata przyzwyczailiśmy się myśleć o Francji jako o kraju, w którym chrześcijaństwo ustępuje miejsca świeckości, kościoły pustoszeją, a religia staje się sprawą coraz bardziej prywatną. Trudno zresztą zaprzeczyć faktom. A jednak właśnie tam, w społeczeństwie, które wiarę przestało traktować jako coś oczywistego, coraz więcej młodych ludzi prosi o chrzest. Czy jesteśmy świadkami początku procesu, którego znaczenie dopiero przyjdzie nam zrozumieć?
Podczas niedawnej pielgrzymki do Francji Leon XIV zobaczył tłumy młodych ludzi, ich entuzjazm i radość ze wspólnego przeżywania wiary. Po powrocie do Rzymu mówił o odrodzeniu. Przywołał obraz odbudowanej Katedry Notre-Dame, która po niszczycielskim pożarze znów zachwyca pięknem. Dostrzegł w niej symbol Kościoła, który również może się odnawiać. Nie dzięki ludzkim strategiom i dobrze zaplanowanym kampaniom, lecz za sprawą łaski Boga, działającego w sercach ludzi.
Ta papieska intuicja jest ważna. Pozwala bowiem spojrzeć na francuskie doświadczenie bez dwóch pokus: triumfalizmu i katastrofizmu. Nie ma powodów, by ogłaszać nagły powrót katolickiej Francji. Sekularyzacja nie zniknęła, a rosnąca liczba chrztów dorosłych nie rekompensuje wszystkich strat poniesionych przez Kościół w ostatnich dziesięcioleciach. Nie sposób jednak zlekceważyć tego, że młodzi ludzie, którym często nie przekazano żadnego religijnego dziedzictwa, sami zaczynają go szukać. Nie przychodzą do Kościoła dlatego, że tak wypada, że prowadzi ich rodzinny zwyczaj albo społeczna presja. Przychodzą, bo czegoś im brakuje. Albo dlatego, że odkryli coś, bez czego nie chcą już żyć.
W rozmowie zamieszczonej w tym numerze Laurent Landete, dyrektor paryskiego Collège des Bernardins, przywołuje historię młodego człowieka, który żałował, że rodzice nie ochrzcili go w dzieciństwie. Nie był jeszcze wierzący, a jednak czuł, że nie otrzymał ważnego dziedzictwa. To paradoks naszych czasów: można dorastać w przekonaniu, że religia należy do przeszłości, a potem odkryć, że właśnie w tej przeszłości kryje się coś, czego potrzebuje się do zrozumienia własnego życia.
Nie oznacza to, że wiara jest jedynie kulturowym spadkiem, który należy odzyskać. Dziedzictwo może wskazać drogę, ale nie zastąpi osobistego spotkania z Chrystusem. Nie wystarczy też zachwycić się liczbą chrztów czy entuzjazmem młodych podczas papieskiej pielgrzymki. Jeśli nowe pokolenie puka do drzwi Kościoła, musi znaleźć za nimi żywe wspólnoty, ludzi gotowych towarzyszyć w drodze, cierpliwie odpowiadać na pytania i dzielić się wiarą. Nie muzeum dawnych obyczajów, lecz przestrzeń, w której Ewangelia naprawdę nadaje życiu kształt.
Być może dlatego francuskie doświadczenie powinno zainteresować również nas. W Polsce wciąż łatwiej niż na Zachodzie spotkać ślady chrześcijańskiej tradycji w rodzinnych zwyczajach, kalendarzu i przestrzeni publicznej. To wielka wartość. Ale nie daje gwarancji, że wiara przetrwa. Można przecież odziedziczyć religijne formy i utracić ich treść. Można też, nie otrzymawszy niczego, zacząć szukać i odnaleźć skarb.
Pielgrzymce Leona XIV do Francji towarzyszyło hasło: „Aby świat miał życie”. To przypomnienie, że Kościół nie istnieje po to, by dowodzić własnej siły ani odzyskiwać utraconą pozycję. Ma nieść światu życie, którego źródłem jest Chrystus. Jeśli we Francji rzeczywiście zaczyna się coś nowego, nie będzie to przede wszystkim powrót do przeszłości. Będzie to odkrywanie na nowo tego, co w chrześcijaństwie najważniejsze.
Może więc zamiast pytać, czy Francja wraca do wiary, powinniśmy zapytać, czego jej doświadczenie uczy Kościół w Europie. I czy sami potrafimy jeszcze przeżywać Ewangelię z taką radością, jaką zobaczyliśmy na twarzach młodych Francuzów.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











