Oba państwa stworzyli Burowie, zwani dziś Afrykanerami. Nazwa „Bur” pochodzi od niderlandzkiego słowa boer, oznaczającego gospodarza. W istocie Burowie byli społecznością rolniczą, a konkretnie, w warunkach południowoafrykańskiej sawanny, pasterską. Ich przodkowie przybyli tu w XVII wieku z Holandii oraz Flandrii, przynosząc ze sobą język, ostatecznie ukształtowany na południowym kontynencie jako afrikaans, oraz twardą wiarę chrześcijańską, opartą na kalwińskiej doktrynie predestynacji, przeznaczenia do zbawienia. Za swoją „ziemię obiecaną” uznali rozległe obszary wokół Przylądka Dobrej Nadziei. Były one rzadko zaludnione. Ich pierwotni mieszkańcy, ludy San (dawniej Buszmeni) oraz Choichoi (dawniej Hotentoci) nie musieli Europejczykom ustępować, gdyż ziemi wystarczało dla każdego. Ochrzczeni, przyjęli wiarę Kalwina i mówią dzisiaj w afrikaans.
Niebawem do Burów dołączyli francuscy reformowani, czyli hugenoci, wygnani z ojczyzny w 1685 roku przez nietolerancyjny edykt Ludwika XIV. Szybko zasymilowali się z niderlandzkimi osadnikami, tworząc całkiem nową i specyficzną wspólnotę narodową.
Pomiędzy Bantu a Anglikami
Z czasem los tego narodu określony został przez dwie zewnętrzne ekspansje, idące równolegle z północy i południa – choć o całkowicie różnym charakterze. Z północy następowały na terytoria Południowej Afryki murzyńskie ludy Bantu, głównie Sotho, Xhosa i najbardziej wojowniczy z nich – Zulusi. I oni, podobnie jak Burowie, byli pasterzami, dla których zielone łąki nad rzekami Olifant, Vaal i Oranje stanowiły wymarzone miejsce do życia. Tutaj właśnie pionierskie zagony Burów zderzały się z osadnikami Bantu – i ten konflikt określił na kolejne stulecia afrykanerską historię.
W każdym razie niesłuszne, bo oparte na stereotypach, jest postrzeganie białych w RPA jako obcych, zaś Sotho, Xhosa i Zulusów jako ludności rodowitej. Jedni i drudzy przybyli tu, ogólnie mówiąc, w tym samym czasie, choć na północy RPA ludy Bantu w owym wyścigu minimalnie białych wyprzedziły. Rzeczywistymi autochtonami są tylko San i Choichoi, którym paradoksalnie, choć są czarnoskórzy, bliżej do białych Afrykanerów niż do sąsiadów Bantu.
Ekspansja z południa, od strony Kapsztadu, to napór Anglików, którzy w 1806 roku anektowali Kraj Przylądkowy (nazwa od Przylądka Dobrej Nadziei) jako swoją kolonię. Patriarchalni Burowie, którzy stanowili tam nadal większość białych mieszkańców, z trudem znosili kupieckie maniery przybyszów. Od lat 30. XIX wieku zaczęli więc masowo opuszczać granice Kolonii Przylądka, by osiedlić się na stepach nad wspomnianymi rzekami Oranje i Vaal. Tutaj, w pionierskich walkach z ludami Bantu, wykroili sobie dwie republiki, których niepodległość uznała w końcu Wielka Brytania: Transwalu w 1852 roku i Oranii w dwa lata później.
Niedługo jednak przyszło im cieszyć się własną, kolejny już raz „obiecaną” ziemią. Imperialne ambicje Londynu zaczęły sięgać i tutaj. A kiedy w 1886 roku angielski eksplorator odkrył w Transwalu masywną żyłę złota (w tym miejscu zbudowano Johannesburg), dla wszystkich stało się jasne, że Anglicy nie odpuszczą i znalezione bogactwa będą chcieli przeznaczyć sobie. Imperium już w latach 1880–1881 próbowało zbrojnie anektować obie republiki, lecz dzielna obrona Burów ocaliła ich niepodległość.
Masa wygrywa z entuzjazmem słuszności
Następnym razem obywatele Transwalu i Oranii byli więc dobrej myśli. W pierwszych miesiącach wojny to oni uzyskali przewagę w polu, operując na terytoriach Kolonii Przylądka. Pomogła im w tym doskonała znajomość terenu (brytyjskie oddziały przybywały głównie z odległych Wysp), a także obycie z konną jazdą. To wtedy ukształtował się typowo partyzancki wizerunek burskiego strzelca, w kapeluszu z podniesioną połówką ronda, który w razie potrzeby zsiadał z konia, krył za najbliższym wzniesieniem i stamtąd skutecznie raził doskonale widoczne w polu, bo odziane w czerwone mundury, brytyjskie kolumny.
Niestety stało się tak, jak zwykle się dzieje: masa wygrywa z entuzjazmem słuszności. Brytyjczycy opamiętali się, przeszeregowali oddziały i przeszli do kontrofensywy. Wiosną i latem 1900 roku zajęli wszystkie miasta i miasteczka obu republik.
Czy oznaczało to koniec wojny? Nie, wtedy właśnie zaczęła się jej faza najciekawsza i najbardziej okrutna. Anglicy kontrolowali wprawdzie miasta i linie kolejowe, lecz nad zapleczem nadal swobodnie panowały konne oddziały burskich generałów. By ich stamtąd wykurzyć, trzeba było wymyślić sposób wojowania, jakiego w minionych epokach nigdzie nie stosowano. Taktyka „spalonej ziemi” znana była co prawda już od starożytności, jednak w Transwalu i Oranii Wielka Brytania po raz pierwszy zastosowała ją systematycznie, z matematyczną konsekwencją. Wszystkie zdobyte farmy Burów puszczano z dymem, zaś ich schwytanych mieszkańców (kobiety i dzieci, mężczyźni byli przecież w polu) umieszczano w zbudowanych naprędce obozach koncentracyjnych.
Ten złowrogi wynalazek, potocznie kojarzony z XX wiekiem, nie był wymysłem Anglików – jako pierwsi zastosowali go cztery lata wcześniej Hiszpanie, równie bezwzględnie jak Brytyjczycy tłumiący antykolonialne powstanie na Kubie. Angielskie obozy rozsławiła jednak prasa Europy i Ameryki Północnej i stąd dowiedzieliśmy się o panujących w nich warunkach, na skutek których umarło tam, z niedożywienia i zakaźnych chorób, 30 tys. osób. To oczywiście „niewiele” w porównaniu z Gułagiem i hitlerowskimi obozami śmierci, lecz pod względem moralnym skaza taka sama.
„Koos” i prorok
Wypaliwszy do cna okolicę, okupanci ogradzali ją drutem kolczastym, a wzdłuż tej linii zasieków budowali strażnice, czyli blokhauzy (blockhouses). Cały obszar Transwalu i Oranii został w ten sposób pokratkowany kordonami, które miały zapewnić kontrolę nad wnętrzem kraju. Ale i to się nie udało, żołnierze obu republik, mimo że ich żony i dzieci siedziały w obozach, walczyli nadal. Nocami przedzierali się przez druciane zasieki, w miejscach gdzie brytyjska kontrola była mniej ścisła. Nie sposób było przecież zakryć drutami całego olbrzymiego kraju.
W pamięci Afrykanerów, współobywateli dzisiejszej Republiki Południowej Afryki, do dziś żyje najdzielniejszy z generałów, Jacobus de la Rey, w skrócie „Koos”. Przez cale dwa lata wodził za nos nieruchawe angielskie garnizony, bijąc najeźdźców w potyczkach i skutecznie kryjąc z zakamarkach Zachodniego Transwalu. W jego oddziale przebywał też autentyczny prorok, Nicolas van Rensburg, zwany „Widzącym” (Siener), którego wizje niejeden raz wybawiły partyzantów z opresji. Znany jest chociażby przypadek jednego z generałów, którego oddział osaczyli Anglicy w zakolu rzeki. „Widzący”, który był wtedy o kilkanaście mil od potyczki, wskazał wówczas – nieznane sobie przecież – miejsce brodu, jakim oblężeni mogą się wycofać. De la Rey pospiesznie wysłał gońca do sąsiada; w ostatniej chwili, gdyż oblężeni właśnie postanowili się poddać. Bród znalazł się dokładnie w miejscu opisanym przez proroka, Burowie wymknęli się z pułapki.
Ten opór nie mógł jednak trwać wiecznie, sam de la Rey wkrótce znalazł się w składzie delegacji parlamentariuszy. 31 maja 1902 roku podpisano akt kapitulacji, Transwal i Orania stały się odtąd brytyjskimi koloniami. Ale to już osobna historia.
Walka Burów z brytyjską przewagą była swego czasu niezmiernie popularna nad Wisłą. Nasi przodkowie masowo kibicowali stronie napadniętej. Być może jeźdźcy z podwiniętym rondem przypominali im naszych chłopców z 1863 roku, zaś „Widzący” z Transwalu kojarzył im się z Wernyhorą.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











