Arabski języczek u izraelskiej wagi

Gdy zajedziecie do Magary, pytajcie o miasteczkowego imama. Ale pytać chyba nie trzeba: to teraz najważniejsza osoba w Izraelu.
Czyta się kilka minut
Mansur Abbas, lider największej arabskiej partii Ra'am. Jego ugrupowanie niespodziewanie wyłonione z politycznego niebytu, jest teraz języczkiem u wagi politycznej przyszłości Izraela | fot. David Goldman/Associated Press/East News
Mansur Abbas, lider największej arabskiej partii Ra'am. Jego ugrupowanie niespodziewanie wyłonione z politycznego niebytu, jest teraz języczkiem u wagi politycznej przyszłości Izraela | fot. David Goldman/Associated Press/East News

Magara to miejsce o bogatej historii, choć prawa miejskie ma dopiero od pięciu lat. Nie zaglądają tutaj turyści, których strumienie przelewają się po bokach, zmierzając w stronę Hajfy albo Tyberiady. Tutaj, pomiędzy, nie ma nic ciekawego, poza wąskimi uliczkami i zatłoczonym bazarem, jakich wiele na Bliskim Wschodzie. Ale to tylko powierzchowne spojrzenie. Magara bowiem to matecznik „arabskiego zakątka” w Izraelu. Zakątek to całkiem spory, jeśli zważyć że obejmuje cały środek Galilei, czyli północnej połówki państwa.

Wyłonili się z cienia

Izraelscy Arabowie – nie mylmy ich z palestyńskimi, zamieszkującymi terytoria okupowane od 1967 roku – pochowani w swoich wioskach i miasteczkach, leżących w bok od głównych szos, są w tym kraju prawie niewidoczni. Jednak jak wykazują najnowsze szacunki (ostatni spis powszechny odbył się cztery lata temu), po arabsku mówi już co czwarty obywatel Izraela. To efekt długotrwałego odwrócenia procesów migracyjnych: odkąd Żydzi przestali masowo przyjeżdżać, zaś Arabowie przestali być wyrzucani, odezwało się stare prawo natury. Brzmi ono: kobiety arabskie rodzą częściej niż żydowskie.

Owe 25 procent wyłoniło się nagle z cienia, jak biały wieloryb spod fal oceanu, zaskakując izraelską opinię publiczną. Kolejnym zaskoczeniem okazały się wyniki wyborów parlamentarnych, przeprowadzonych 27 października. Wiemy już, że w ich wyniku partie arabskie wprowadzą do 120-osobowego Knesetu 19 posłów – dwukrotnie więcej, niż miały do tej pory. Dziesięciu arabskich deputowanych traktowano bowiem dotąd trochę jak pelargonię na parapecie, która teoretycznie służy do ozdoby pokoju, lecz nikt na nią nie zwraca uwagi. Izrael, choć nie dorobił się konstytucji, określa się bowiem oficjalnie jako państwo żydowskie – dla Żydów zatem Arabowie, jeśli już jacyś tu pozostali, mogą być najwyżej tolerowani. Oczywiście z poszanowaniem prawa. Aż tu nagle... jedna szósta izby ustawodawczej!

Trudny wybór Netanjahu

Ale nie to jest jeszcze najgorsze, bo wybory postawiły w klinczu cały Izrael. Blok partii rządzących, z Likudem Benjamina Netanjahu na czele, zajmie teraz w Knesecie zaledwie 53 fotele. Zaledwie, bo dotychczasowe 64 miejsca zapewniały Likudowi i jego nacjonalistycznym przybudówkom niepodzielną władzę nad państwem. Władzę tę sprawowano z całą bezwzględnością, dopuszczając się wobec Palestyńczyków ludobójstwa w Gazie i zbrodni przeciw ludzkości na Zachodnim Brzegu oraz kpiąc w żywe oczy z głosów sumienia, odzywających się na całym świecie. Dla Netanjahu twardy wojenny kurs był zresztą jedynym sposobem na utrzymanie stanowiska premiera, gdyż powszechnie wiadomo, że z momentem jego odejścia wrócą wobec niego stare zarzuty korupcyjne, z perspektywą więzienia włącznie. Teraz, nie mając w parlamencie wymaganej połowy stronników, będzie musiał wybierać: albo odejdzie ze stanowiska z dość nieciekawą perspektywą osobistą, albo też połączy się w desperackiej koalicji z kimś, kogo bardzo, ale to bardzo nie lubi.

Kandydatów do tego małżeństwa z rozsądku może wypatrywać z dwóch stron. Po jednej z nich są Gadi Eisenkot i Jair Lapid, liderzy bloku opozycyjnego, który obejmie teraz 48 foteli poselskich. Dużo, ale też nie tyle, żeby rządzić samodzielnie. Do tego rozwiązania pod hasłem „rządu jedności narodowej” namawia obydwu antagonistów prezydent Icchak Hercog. Będzie to trudne, zważywszy, że jedni na drugich, do ostatniej chwili, gorliwie wieszali psy: opozycja – opisując rząd jako bandę kryminalistów, rząd – gromiąc opozycję jako zdrajców.

Kandydatem z drugiej strony byłby więc Mansur Abbas, lider największej arabskiej partii Ra'am. To właśnie wspomniany na początku imam meczetu w Magarze, z zawodu dentysta, zaś od kilku lat deputowany do Knesetu. Ten wariant jest jednak chyba tylko wyborem czysto akademickim, bowiem nacjonaliści z Likudu woleliby pójść ręka w rękę z samym diabłem niż z Arabem. Nieważne czy palestyńskim, czy też izraelskim. Arab to Arab.

Tak czy inaczej, stronnictwo Abbasa, niespodziewanie wyłonione z politycznego niebytu, jest teraz języczkiem u wagi politycznej przyszłości Izraela.

Dobry Arab, zły Palestyńczyk

Sam Abbas, konserwatysta i umiarkowany muzułmanin, deklaruje się jako „palestyński Arab” – lojalny wobec izraelskiego państwa, choć bez przesadnej miłości. Tą postawą reprezentuje dużą, chyba przeważającą część swoich zamieszkałych z Izraelu rodaków, którzy pogodzili się już z faktem, że są tego państwa częścią, nawet tą mniej kochaną. Stare rany (Nakba, czyli deportacja za Jordan w 1948 roku 700 tys. palestyńskich Arabów) zdążyły się już zabliźnić, zaś możliwość korzystania z praw obywatelskich – nawet jako obywateli drugiej kategorii – oraz osobistego bogacenia się, to jednak atut nie do pogardzenia. Abbas, choć za młodu miał epizod radykała, jednoznacznie potępia akty terroryzmu dokonywane przez Hamas. I oczywiście równie jednoznacznie potępia zbrodnie Izraela. Nie uważa się jednak za „Palestyńczyka”, które to pojęcie jest mocno nielubiane w żydowskim Izraelu. Palestyńczycy to ci, którzy z zasłoniętymi chustami twarzami rzucają w nas kamieniami.

To wszystko będzie teraz pchało Abbasa w koalicyjne objęcia opozycji. Ale większe parcie jest chyba z drugiej strony. Liderowi Ra'am udział w rządzeniu państwem, które go do tej pory nie dostrzegało, nie jest do szczęścia potrzebny, jego stronnictwo i tak cieszyć się będzie zdecydowanym sukcesem. Natomiast dla bloku Eisenkota i Lapida sojusz z Arabami jest jedynym logicznym rozwiązaniem, które doprowadzi do ustąpienia znienawidzonego Netanjahu.

Chyba że nad rozsądkiem przeważy stary żydowski strach przed obcymi. Wtedy pozostanie tylko perspektywa „rządu narodowej jedności”, z rotacyjnym stanowiskiem premiera dla szefa Likudu oraz lidera opozycji. Ale czy taki wspólny rząd dotychczasowych jawnych wrogów rzeczywiście tę jedność zapewni? Bardzo wątpliwe.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 45/2026