Krótko po północy 15 września mieszkańców terenów między Wilnem a Kownem – dwoma największymi miastami Litwy – wyrwały ze snu sygnały esemesów. „Znajdź bezpieczne miejsce” – ledwo przetarli oczy, by przeczytać treść pierwszego alertu, przyszedł drugi: „Czekaj tam na wyjaśnienie sytuacji”. Nie wiadomo jak wielu posłuchało wezwania rządowego komunikatora, lecz można przypuszczać że dziesiątki tysięcy. Litwini są generalnie bardziej zdyscyplinowani od Polaków.
W czasie gdy pospiesznie szukali bezpiecznego schronienia, nad ich głowami przelatywał dron. Wleciał od strony Białorusi, minął okolice Wilna, kierując się ku Kownu. Litwa jest znacznie mniejsza od Polski, a białoruska granica biegnie niemalże za rogatkami Wielkiego Wilna, więc wszystko to trwało krótko. Dokładnie tyle, ile trzeba było na odpalenie i start dwóch myśliwców NATO. Pilotowali je Litwin oraz Włoch. Dron zestrzelono przed Kownem, a jego szczątki, jak głosi komunikat, „rozrzucone szeroko” po okolicy, zostały skrupulatnie zebrane. Na szczęście nikt nie ucierpiał.
Przemyt czy dywersja?
Poprzednia podobna akcja miała miejsce dziewięć dni wcześniej, choć wtedy alarmu dla ludności cywilnej nie zarządzono. Natomiast w maju tego roku alerty przeciwlotnicze wezwały do schronów mieszkańców Wilna. Był to precedens. Obecny alarm chyba nikogo już na Litwie nie zdziwił. Wszyscy wiedzą, że będą następne.
Wzmożone naruszanie litewskiej granicy, głównie od strony Białorusi, rosyjskiego sojusznika, notuje się od 2022 roku, to jest od momentu pełnowymiarowej inwazji na Ukrainę. Chodzi tu o drony bojowe i balony z militarnym wyposażeniem, bowiem balonowa inwazja na terytorium Litwy ma starszą genezę. Lecz w tamtym przypadku, podobnie jak u nas pod Terespolem czy Siedlcami, chodziło o przemyt. Ten oczywiście nadal trwa, natomiast jako problem dla litewskiego systemu obrony zszedł zdecydowanie na drugi plan. Inna sprawa, że radarom trudno jest odróżnić, czy wlatujący obiekt niesie ze sobą paczkę papierosów, czy też śmiercionośny ładunek. Tu decyzje podejmować trzeba szybko, czasem za cenę ryzyka błędu.
Nieuniknioność owego ryzyka wkalkulowana jest w plany tych, którzy wysyłają te balony, a nie są przemytnikami. W nocy z 27 na 28 stycznia litewska obrona przeciwlotnicza wykryła naraz aż 42 podobnych obiektów, które razem z wiatrem przepłynęły nad białoruską granicą. Czy to zmasowany, „hybrydowy” atak, czy tylko większa akcja kontrabandy? Raczej to pierwsze, przemytnikom nie opłaca się tak zmasowana i spektakularna akcja. Niepewność niepewnością, ale i tak Litwini zmuszeni byli do zamknięcia przestrzeni powietrznej nad Wilnem. Odwołano 21 lotów cywilnych, 2,4 tys. pasażerów godzinami czekało w hali lotniska na wiadomość o odblokowaniu nieba. Litewskie MSZ ostatecznie wskazało, że była to akcja koordynowana z Mińska. W tym przypadku udana.
Uderzenie w plecy
Białoruska granica, jako bliska stolicy, budzi największe obawy, jednak kto wie czy nie groźniejsze są ataki ze strony przeciwnej. Stara taktyka Moskwy uderzania nie od wschodu, lecz od zachodu, znana powinna być każdemu, kto chociażby pamięta mickiewiczowską Redutę Ordona i Warszawę 1831 roku, zdobywaną od strony Woli. Pod tym względem Rosjanie pozostali wierni tradycji.
W listopadzie 2024 roku zatrzymano dwóch dywersantów, którzy próbowali zdetonować ładunek wybuchowy w Szawlach – mieście na północy Litwy. Ich celem była firma zajmująca się dostawami dla wojska. Wybuch się nie udał, sprawców zatrzymano przy próbie ucieczki z kraju. Obaj są obywatelami Hiszpanii.
W nocy z 8 na 9 maja tego roku – zgodnie z putinowską obietnicą „uczczenia rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem” – w wileńskim sklepie meblowym IKEA inny dywersant umieścił bombę z kontrolowanym zapłonem. Sprawna akcja ochrony oraz służb rozbrajających zapobiegła masakrze klientów. Sklepowa kamera wychwyciła sylwetkę sprawcy, co po kilku dniach umożliwiło jego zatrzymanie w ostatniej chwili, tuż przed przekroczeniem granicy... z Łotwą. Jak wykazało śledztwo, działał on na zlecenie rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU.
Co ciekawe, dwaj wspomniani „Hiszpanie” również próbowali zbiec na Łotwę. Bałtycki sąsiad Litwinów, równie zagrożony od wschodu jak Litwa, jest nadto ojczyzną poważnej liczebnie mniejszości Rosjan. W ich masie łatwiej rozpłynąć się rozmaitej maści przestępcom.
Jamming i spoofing
Litwa, flankowana od wchodu przez Białoruś, od zachodu zaś przez rosyjski obwód kaliningradzki (Królewiec), jest szczególnie narażona na różnorakie metody walki elektronicznej. W tym względzie niemalże każdy kolejny miesiąc przynosi nowe, złowrogie wynalazki. Warto zwrócić uwagę na dwa najistotniejsze.
Jamming to potoczna angielska nazwa zakłócania sygnałów nawigacji satelitarnej. Celują w tym rosyjskie ośrodki, skoncentrowane wokół Królewca. To stamtąd „płyną w eter” kontrsygnały, które dezorientują zarówno wieże kontrolne litewskich lotnisk, jak i kapitańskie mostki litewskich statków płynących po Bałtyku. Ta złośliwa aktywność jest szczególnie uciążliwa dla Kłajpedy, głównego portu Litwy.
Obok jammingu kaliningradzcy spece celują też w praktyce spoofingu, to jest emitowaniu fałszywych sygnałów GPS. Litewski kontrwywiad donosi, że spoofingowa infrastruktura w Królewcu została znacznie rozbudowana – właśnie w ostatnich miesiącach.
Obie techniki są tym groźniejsze, że nie wymagają wysyłania za granicę ani ludzi, ani sprzętu. A w razie wywołanego jammingiem czy też spoofingiem wypadku (to, niestety, tylko kwestia czasu) Rosjanom tym łatwiej będzie umyć ręce i odpierać „szkalujące oskarżenia” Zachodu.
Nieustające zagrożenie
W styczniu 1991 roku, jako reporter „Gazety Wyborczej”, relacjonowałem wydarzenia z Wilna, gdzie po krwawym ataku rosyjskim na bezbronnych cywilów deputowani Rady Najwyższej zabarykadowali się w siedzibie parlamentu, oczekując tam desantu Specnazu. Korytarze budynku zastawiono workami z piaskiem oraz pojemnikami z benzyną, co wydawało się niezbyt rozsądnym pomysłem. W dodatku – jak zauważył mój łebski fotograf, Sławek Sierzputowski – płaski dach wprost zapraszał do lądowania wrogiego helikoptera. Sławek powiedział o tym szefowi ochrony prezydenta Vytautasa Landsbergisa, który również „okopał się” w parlamentarnym budynku. Niebawem na dachu pojawiły się zapory uniemożliwiające lądowanie śmigłowca.
Kilka miesięcy wcześniej, w Kownie rozmawiałem z pierwszym po 1945 roku „jeńcem wojennym” Litwinów – rosyjskim (wtedy jeszcze sowieckim) oficerem, który trafił na Litwę, by złapać tam litewskiego dezertera. Widziałem wtedy na własne oczy, jak Litwini, którzy dopiero uczyli się, „jak robić” własne państwo, doświadczają również dumy z odpowiedzialności za konsekwencje swoich czynów.
Od tamtego czasu wiele się zmieniło, Litwini nauczyli się – i uczą się nadal – profesjonalnego systemu obrony, a nawet, jak się wydaje, w pewnych jego segmentach nas wyprzedzili. Ostatnio premier Mindaugas Sinkeviczius w wywiadzie dla BBC uchylił rąbka tajemnicy państwowej, mówiąc o kilku gotowych scenariuszach ewakuacji cywilów na wypadek rosyjskiego, czy też rosyjsko-białoruskiego ataku. Najskromniejszym z nich jest „płynne” wyprowadzenie z zagrożonych miast osób starszych i niepełnosprawnych. O szczegółach innych wariantów Sinkeviczius nic nie wspomina – poza tym, że są. I dobrze. Litwa i Litwini znajdują się w sytuacji nieustannego zagrożenia. I to się w najbliższym czasie raczej nie zmieni.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











