Czy święty Franciszek umierał szczęśliwy?
– Bardzo ładne pytanie. To zależy, co w momencie śmierci Franciszka miało być dla niego powodem do radości czy szczęścia. Jeśli chodzi o zakon, czyli w jakiś sposób dzieło jego życia, myślę, że mógł być trochę rozczarowany tym, w jakim kierunku wszystko poszło. Franciszek przecież tego zakonu początkowo nie chciał zakładać. On szukał pomysłu na siebie. Jeśli natomiast chodzi o spotkanie z Panem, to na pewno był szczęśliwy. Śmierć była dla niego kluczowym momentem, wyczekiwanym spotkaniem z Kimś, kogo kochał. Był szczęśliwy, że odchodzi, że spotyka się z Panem, że ostatecznie realizuje Jego plan i pełni Jego wolę, której pozostał wierny.
A jednocześnie miał świadomość, że zakon zaczął żyć własnym życiem. W dniu jego śmierci braci było już pięć tysięcy!
– Tak. Franciszek odkrywał swoją osobistą drogę, idąc za Chrystusem. I właśnie dlatego był pociągający dla innych. Bracia zaczęli do niego dołączać i w pewnym momencie okazało się, że trzeba z tym coś zrobić. To była wręcz eksplozja. Trudno nam sobie dzisiaj wyobrazić, jak wyglądało kierowanie tak wielką wspólnotą przy średniowiecznych sposobach komunikacji. Pod koniec życia Franciszek przeżywał więc wielką rozterkę. Widział, że nie wszyscy idą za ideałami, które były dla niego ważne. To nie tak miało wyglądać. Czuł się trochę odstawiony na bok, a do tego był wyniszczony chorobą. Miał poważne problemy ze wzrokiem, światło dzienne sprawiało mu ból. Umierał więc także w pewnym sensie odcięty od tego, co było wokół niego.
Gdzie w takim razie znajdował pociechę?
– Całe jego życie polegało na tym, że szedł z Jezusem obok, można powiedzieć: ramię w ramię. W momencie śmierci szedł do Tego, któremu poświęcił swoje życie. Co ciekawe, w opisie śmierci Franciszka pojawia się też motyw braci, którzy mówią: „Nie opuszczaj nas, nie zostawiaj nas tutaj”. To, że zakon zaczął żyć swoim życiem, nie znaczy przecież, że nie było braci, którzy żyli ideałami franciszkańskimi. Im zwyczajnie było przykro. Nagle odchodził ten, który był dla nich kierunkiem i punktem odniesienia. Pojawiały się pytania: co będzie dalej? czy damy radę? Franciszek umierał w gronie najbliższych ludzi. Oni go opłakiwali, byli zrozpaczeni. Ale reakcja najbliższych na śmierć i doświadczenie człowieka, który umiera, to dwie różne rzeczy. Ten, kto odchodzi, bywa bardziej przygotowany na swoją śmierć niż ci, którzy stoją wokół. Myślę, że tak było z Franciszkiem.
Jego śmierć była bardzo świadoma.
– Franciszek wydaje konkretne polecenia. Chce, żeby położono go na ziemi. Brat daje mu habit i kaptur. Franciszek błogosławi braci, do każdego ma jakieś słowa, kładzie rękę na głowie, czyni znak krzyża. Ten moment jest bardzo przemyślany. On jest świadomy i jeszcze jakoś kreuje rzeczywistość, która jest wokół niego. Tak wyobrażałbym sobie śmierć człowieka spełnionego. Nie wiem, jak ja będę umierał. Nie mam pojęcia, jak to będzie wyglądało. Ale Franciszek, mając wokół siebie ludzi, których kochał, mógł jeszcze powiedzieć: z tobą łączy mnie to, z tobą tamto. Mógł się modlić, śpiewać psalmy, wychwalać Boga za dobro, którego doświadczył.
Czyli śmierć była dla niego kulminacją pewnego sposobu życia?
– On miał poczucie odpowiedzialności za swoje życie, ale z drugiej strony nie traktował go jako własności, którą może dowolnie dysponować. Oddał je w ręce Boga. Wszędzie mówił: Pan dał, Pan powiedział, Pan zrobił, Pan mi kazał. Wiedział, że ma robić to, czego wymaga od niego Pan. Jeżeli moje życie jest poświęcone Panu i mam świadomość, że On jest jego punktem odniesienia, to moment śmierci staje się apogeum tego życia. Całe życie miałem z Nim relację, czasami lepszą, czasami gorszą, ale jednak bliską — a nagle mogę spotkać Go osobiście.
Franciszek nazywa śmierć siostrą. Może to być określenie trudne do przyjęcia.
– Ale jest bardzo ważne. Franciszek zrozumiał, że śmierć nie musi być czymś, co odpychamy, czymś, co kojarzy się wyłącznie z końcem i unicestwieniem. On nadaje śmierci status członka rodziny, bardzo bliskiej osoby. Można powiedzieć, że śmierć bierze człowieka za rękę: „Chodź, ja cię przeprowadzę”. Dlatego w tradycji franciszkańskiej śmierć Franciszka nazywamy transitusem – przejściem. To nie jest tylko słowo. Raz w roku, w każdym kościele franciszkańskim, odprawiamy nabożeństwo Transitus. W przeddzień uroczystości św. Franciszka odczytuje się opisy jego przejścia. Jest w tym ogromna tkliwość. Czytamy o październikowym wieczorze, o braciach, o śpiewie. Franciszek chciał jeszcze spotkać się z Jakubiną Settesoli, bardzo bliską mu osobą. Miał ochotę na ciasteczka migdałowe, wspomina się nawet pietruszkę. To są drobiazgi, ale właśnie one pokazują, jaki był ludzki. Prosił, żeby odczytano mu Ewangelię. Bracia śpiewali psalmy. W pewnym momencie tego nabożeństwa gasną światła, pojawia się chwila osobistej modlitwy, i – przynajmniej w naszej prowincji – wybrzmiewa delikatny dzwoneczek. Proszę mi wierzyć: zakon Franciszka, zakon męski, same chłopy, a to nas naprawdę porusza.
Bo w tym obrazie śmierć przestaje być czymś obcym.
– Jest w nim tkliwość i delikatność. I chyba o to też chodziło Franciszkowi, kiedy mówił o Siostrze Śmierci, jednej z najbliższych mu osób. Śmierć zresztą nie pojawia się dopiero na końcu naszego życia. Towarzyszy nam cały czas. Wiemy, że kiedyś umrzemy. Ona nie musi się wtrącać w nasze życie, ale motyw przemijania jest w nim stale obecny. Tylko że my nie chcemy go przyjąć.
Myślę, że 3 października św. Franciszek umarł drugi raz.
– W Pieśni Słonecznej pojawia się myśl, że istnieje jeszcze druga śmierć, utrata życia wiecznego. Można powiedzieć: nie bójcie się tej pierwszej, która jest przejściem do Jezusa, ale uważajcie na tę drugą — tę, która może oznaczać utratę życia w sensie duchowym, odrzucenie Boga.
Pewnie masz na myśli jednak jego nawrócenie, odrzucenie dawnego życia. Może to jest bardzo bliskie naszemu doświadczeniu. My też umieramy co jakiś czas. Coś w nas umiera, pytanie tylko: czy coś rodzi się na tym miejscu? Czasami mówimy: „coś we mnie zgasło”. Ale przecież zdarzają się także takie „umierania”, które są wyborem czegoś ważniejszego. Oszczędzamy, rezygnujemy z czegoś dla kogoś, poświęcamy czas, który moglibyśmy przeznaczyć na coś innego. Człowiek obumiera dla pewnych rzeczy na rzecz tego, na czym bardziej mu zależy.
I tutaj pojawia się chyba znaczenie jubileuszu śmierci św. Franciszka.
– Dla mnie ten jubileusz ma kilka wymiarów. To jubileusz człowieka, który pokazuje, że życie może być spełnione. Franciszek od początku do końca potrafił „dowieźć temat”. Odpowiedział na głos Boga i pozostał wierny drodze, którą wybrał. Ale ten jubileusz mówi też o czymś bardzo ważnym i nieuniknionym: o wydarzeniu, które spotka każdego z nas. My nie wiemy, co zjemy na kolację, nie wiemy, jakie skarpety założymy, ale wiemy, że kiedyś umrzemy. Pytanie brzmi: dlaczego tak bardzo uciekamy od tego tematu? Dlaczego nie próbujemy podejść do niego dojrzale? Cała kultura właściwie zachęca nas dzisiaj, żeby od śmierci uciekać. Franciszek pokazuje coś innego: skoro przejście jest nieuniknione, spróbujmy zobaczyć, czym ono naprawdę jest. Można przejść niepogodzonym ze wszystkim, można przechodzić w rozpaczy, ale można też przejść z takim oddechem: wreszcie idę w rzeczywistość, w której jest tylko miłość. Czasami, kiedy rozmawiam z ludźmi o śmierci ich babci czy dziadka, mówię: zwróć uwagę, że babcia może iść do dziadka, którego poznała, z którym chodziła na randki, który był miłością jej życia. Ty nie chcesz jej puścić, bo ją kochasz, a ona może tęsknić za kimś, kogo kochała.
To zmienia także sposób myślenia o towarzyszeniu umierającym.
– Myślę, że bardzo. Śmierć jest wydarzeniem osobistym, ale może być również wydarzeniem przeżywanym wspólnie. Dobry model śmierci to dla mnie sytuacja, w której człowiek ma wokół siebie ludzi, którzy go kochają, i jest przy nim Jezus. Mówi się, że św. Józef jest patronem dobrej śmierci, bo w chwili jego odejścia byli przy nim Jezus i Maryja. Chciałbym, żeby nasze życie w momencie śmierci wyglądało podobnie: żeby były najbliższe osoby i żeby był Jezus.
Niedawno można było zobaczyć to, co pozostało z ciała św. Franciszka. Co mówią nam jego szczątki?
– Przede wszystkim to, że człowiek naprawdę był. Dla mnie to ważny motyw. Nie chodzi tylko o to, żeby posiadać relikwie Franciszka. One przypominają, że ta historia wydarzyła się naprawdę, że to był człowiek. Święci stają się dla nas fascynujący wtedy, kiedy odkrywamy, że ich dylematy i życie były w czymś podobne do naszego. Nie byli ludźmi z odległej bajki: „on żył dawno, to była jego historia, a ja mam swoje życie”. Franciszek miał swoje rozterki. Był człowiekiem, który szukał.
Dlatego jubileusz śmierci Franciszka jest także jubileuszem życia.
– Właśnie tak. Dla nas, franciszkanów, ten jubileusz jest bardzo blisko śmierci. Dla całego Kościoła jednak jest także o życiu, o poszukiwaniu i o możliwości wyboru drogi. Franciszek był młodym chłopakiem, miał swoje marzenia, a w wielu miejscach mu nie poszło. Przeżył chorobę, niewolę i moment, w którym zaczął pytać, na czym właściwie ma polegać jego życie. Zauważył, że parcie w kierunku pieniędzy nie jest jeszcze życiem. Jego ojciec prowadził dochodowy biznes i miał nadzieję, że syn go przejmie. Franciszek odkrył jednak, że nie o to chodzi. To jest dylemat bardzo wielu współczesnych ludzi: co ja mogę zrobić ze swoim życiem, żeby później nie żałować? Droga Franciszka zaczyna się właśnie od tego pytania.
Najpierw rozpoznać drogę, a potem być jej wiernym?
– Kiedyś bardzo ciekawie powiedział ks. Grzegorz Strzelczyk, że wychodzimy z założenia, iż wola Boża jest rozpoznawalna, że możemy ją odczytać. Pytanie tylko: na jakim jesteśmy poziomie, na ile jesteśmy w stanie ją odczytać i czy chcemy z nią pójść. O Franciszku często mówi się przez pryzmat jego relacji z przyrodą. Mówi się o jego świętości. Trochę mniej o jego teologii i o tym, jak bardzo wyprzedzał swoją epokę. A przecież to także człowiek, który był zagubiony w swoich pragnieniach. Kiedy odkrył drogę, którą ma iść, wierność tej drodze sprawiła, że stał się fascynujący. I dlatego spotykamy się z nim po tylu wiekach.
O. Leonard Bielecki OFM
Franciszkanin Prowincji św. Franciszka z Asyżu. Święcenia kapłańskie przyjął w 2006 roku. Jest współautorem książki Bez sloganu. O Bogu, Kościele i wielu innych sprawach krótko, jasno, spontanicznie i od serca. Wspólnie z o. Franciszkiem Chodkowskim OFM prowadzi projekt „Bez sloganu”, a także uczestniczy w działalności medialnej i ewangelizacyjnej. Od 2022 roku pełni funkcję ministra prowincjalnego Prowincji św. Franciszka z Asyżu
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











