Gospodarka w reżyserce

Żeńskie końcówki wyrazów określające funkcję, zawód lub stan oraz określenia neutralne płciowo raz po raz rozgrzewają debatę publiczną. To pokazuje, że brak nam językowej etykiety.
Czyta się kilka minut
Barbara Nowacka w czasie spotkania w Centrum Nauki Kopernik, 3 września 2026 r. | Fot. Andrzej Kulpita/East News
Barbara Nowacka w czasie spotkania w Centrum Nauki Kopernik, 3 września 2026 r. | Fot. Andrzej Kulpita/East News

Fachowe określenie „feminatyw” potrafi wywołać spore oburzenie u konserwatywnych użytkowników języka. Chodzi chyba o to, że słowo to brzmieniowo kojarzy się z feminizmem, a są tacy, dla których emancypacja kobiet jest równoznaczna z poddawaniem się wrażym ideologiom. Miałyby one – wedle tych koncepcji – przenikać do języka, przez co dyskretnie zawładnęłyby naszymi umysłami, a nawet duszami. Żeńskie końcówki i wyrażenia neutralne płciowo są jednak z nami o wiele dłużej niż te ideologiczne spory. Ich funkcja jest też zgoła inna.

Pani profesora?

Jak wiemy, polska gramatyka nie należy do najprostszych, a fleksja, czyli dział gramatyki, zajmujący się odmianą wyrazów przez przypadki, osoby, liczby, czasy i inne kategorie gramatyczne, jest bezwzględny jeśli chodzi o nadawanie znaczenia słowom. Dzięki niej możemy dokładnie określić, kto wykonuje daną czynność, czego ona dotyczy lub między jakimi osobami zachodzi relacja. Odpowiednia końcówka może również całkowicie zmienić znaczenie zdania, np. „Mama widzi córkę” i „Mama widzi córka” – w drugim przypadku forma jest niepoprawna i może utrudnić zrozumienie wypowiedzi. Fleksja pozwala więc zachować jasność i precyzję komunikacji. Jest szczególnie istotna w języku polskim, ponieważ wiele informacji przekazujemy właśnie za pomocą końcówek wyrazów.

W tym kontekście przeciwnicy feminatywów podnoszą argument, że w przypadku niektórych wyrazów utworzenie jej żeńskiej formy odnosi do znaczenia już zajętego. Najczęściej przy tej okazji pojawia się przykład reżyserki, które to słowo oznacza miejsce w teatrze czy studio nagraniowym, z którego osoby techniczne nadzorują przebieg spektaklu, nagrania itp., ale również osobę płci żeńskiej zajmującą się reżyserowaniem filmu czy spektaklu. Argument to jednak nietrafiony, bo mamy sporo wyrazów mających kilka znaczeń. Typowa homonimia – bo tak nazywamy to zjawisko – występuje w wyrazach takich jak zamek czy klucz. Dziękować Bogu języka nie używamy w znaczeniowej próżni, a znajomość kontekstu jest niezbędna w prawidłowym procesie komunikacji.

Niektórych drażnią też nowe formy językowe czy raczej takie, z którymi jesteśmy nieosłuchani. Jest tak z feminatywami, które „zgrubiają” żeńską formę, np. profesora, magistra, doktora, reżysera. Wprowadza się je dlatego, że używany zwyczajowo do określenia rodzaju żeńskiego przyrostek „-ka” równocześnie może być odbierany jako deprecjonujący. Oprócz nazw żeńskich tworzy on m.in. zdrobnienia, a więc można się spotkać z głosami, że „pracowniczka” to „mały pracownik”. Wyczucie jest tutaj bardzo ważne, szczególnie jeśli chcemy precyzyjnie coś zakomunikować. Pewną wpadkę miała w tej materii ministra edukacji Barbara Nowacka, gdy na jednym ze spotkań nie wiedziała, czy nazwać siebie „gospodarą” czy „gospodarką”, podczas gdy mamy już od wieków istniejący w formie żeńskiej wyraz „gospodyni”. To z tego kolejnego przyrostka wyprowadzić możemy takie słowa jak: gościni, naukowczyni czy sprzedawczyni.

Jednak według badań tylko 45,7 proc. respondentek używa form żeńskich do określenia swojej roli. Psycholożki z Uniwersytetu SWPS przyjrzały się również temu, czy używanie feminatywów przez kobiety zależy od ich aktywności zawodowej oraz statusu uprawianego zawodu. Okazało się, że chętniej po żeńskie formy sięgają osoby nieaktywne zawodowo: bezrobotne (71 proc.), studentki i uczennice (72 proc.) oraz emerytki (72,5 proc). Natomiast spośród badanych kobiet pracujących tylko co trzecia (34 proc.) używa feminatywów do opisu swojej roli zawodowej. Częściej mówią o sobie w rodzaju męskim: jestem psychologiem, nauczycielem czy księgowym. Co więcej, im wyższy status danego zawodu czy bardziej prestiżowa funkcja, tym rzadziej panie przedstawiają się żeńską formą. W przypadku kobiet na kierowniczych stanowiskach robi tak tylko 24,5 proc. Tu częściej używa się feminatywów godnościowych, czyli np. pani dyrektor czy pani profesor. Choć niektórzy twierdzą, że nie są to feminatywy, to funkcjonalnie – są. Forma gramatyczna reszty zdania z użyciem tej formy wymaga bowiem odmiany innych wyrazów w formie żeńskiej.

Bardziej przyjazny świat

Dr Katarzyna Lisowska z Zakładu Teorii Literatury w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego twierdzi, że powszechne używanie żeńskich końcówek wyrazów jest formą oswajania rzeczywistości. Jak przekonuje: „Nurt badań językoznawczych, zwany lingwistyką płci, podkreśla znaczenie form żeńskich w językowym obrazie świata. Przyjmuje się, że dotychczas był on zdefiniowany przez androcentryzm, czyli (językową) dominację mężczyzn. Wprowadzanie i stosowanie form żeńskich może nie tylko zwiększyć reprezentację kobiet, lecz także ułatwić identyfikację z nazywanymi zjawiskami. Kiedy dziewczynka dowiaduje się, że może zostać np. lekarką, naukowczynią, prezydentką, ma szasnę uwierzyć, że uzyskanie określonych zawodów lub stanowisk nie musi się odbywać pomimo jej płci, ale w związku z nią, że kobiecość nie jest cechą, którą należy skrywać lub której trzeba zaprzeczyć”.

Nie chodzi tu więc o to, by walczyć z mężczyznami bądź proklamować wyłączne rządy kobiet, ale o dostrzeżenie, że połowa ludzkości także bierze udział w budowaniu naszego społeczeństwa. Nie stanie się raczej tak, że godność mężczyzny zostanie poważnie zagrożona, bo polecenie wyda mu w pracy kierowniczka czy dyrektora. Z kolei dla kobiet, o których godność z taką zaciekłością walczą niektórzy, tego typu forma może być sposobem dostrzeżenia jej pracy i samoistnej pozycji w zespole. Nie chodzi też o to, żeby wprowadzać prawne nakazy powszechnego używania feminatywów. Rada Języka Polskiego przy Prezydium PAN uznaje, że w polszczyźnie potrzebna jest większa, możliwie pełna symetria nazw osobowych męskich i żeńskich w zasobie słownictwa. Jednak rozumie także pewien opór przed wprowadzaniem ich zawsze i wszędzie.

Są jednak sytuacje, w których ich użycie może być znaczące nie tylko z grzeczności, ale i dlatego, by nie wykluczać innych. Konkretny przykład podaje dr hab. Magdalena Formanowicz, psycholożka z Uniwersytetu SWPS. Jeżeli pojawia się ogłoszenie o pracę, w którym ktoś szuka informatyka, kobiety czują się mniej zaproszone na to stanowisko. Również osoby decydujące o zatrudnieniu mogą się tym sugerować i chętniej przyjmować mężczyzn. – Oczywiście może się zdarzyć, że kobiety będą aplikować na stanowiska dyrektorów i profesorów – wyjaśnia psycholożka. – Ale być może też poczują, że to ogłoszenie ich nie dotyczy. Wskazały na to badaczki Jane Stout i Nilanjana Dasgupta. W firmach, które posługiwały się formami męskimi, kobiety czuły się wykluczone. W mniejszym stopniu uważały się za związane z przedsiębiorstwem – mówi Magdalena Formanowicz. Okazuje się więc, że nawet tak drobna sprawa może wpłynąć na naszą produktywność.

Warto tu dodać jeszcze jedno słówko dla tych, którzy sądzą, że żeńskie końcówki to nowinkarstwo. Otóż Rada Języka Polskiego przy PAN przypomina, że spór ten trwa już od ponad wieku. O ile do zawodów typowo „żeńskich” jak nauczycielka czy przedszkolanka feminatyw powstał naturalnie, tak do innych próbowano wprowadzić je sztucznie. W gazetach dwudziestolecia międzywojennego pojawiały się nawet konkursy na takie słowa.

Językowe standardy

Zaznaczę tutaj jeszcze kolejny problem: używanie form neutralnych płciowo, bo ostatnio stało się o nich znów głośno. Dziennikarz Kanału Zero święcie się oburzył, gdy ktoś nazwał siebie „osobą prowadzącą” – według niego było to potwierdzenie ideologicznych tendencji językowych. Dziennikarz strzelił sobie tym w stopę, bo „osoba prowadząca” funkcjonuje równie długo co „osoba towarzysząca” i żadnym „lewaczeniem” polszczyzny nie jest. Formy neutralne płciowo pozwalają mówić o osobach bez wskazywania ich płci, np. „osoba nauczycielska” zamiast „nauczyciel” lub „nauczycielka”. Ich używanie jest ważne, ponieważ pomaga tworzyć bardziej inkluzywny język i sprawia, że każdy może czuć się uwzględniony. Takie formy mogą być szczególnie przydatne wtedy, gdy nie znamy płci danej osoby lub nie chcemy jej określać. Ważne jest jednak także to, gdy ktoś właśnie chce, by jego forma była męska lub żeńska. Mając coraz częstszy kontakt z obcymi językami zauważamy, że np. w angielskim czy niemieckim stosowanie form żeńskich czy neutralnych jest po prostu naturalne.

Moim zdaniem chodzi jednak o coś więcej. Jest to po prostu kwestia grzecznościowa, zarówno jeśli ktoś oczekuje użycia danej formy, jak i wtedy, gdy sobie tego nie życzy. Przemocą byłoby zarówno feminizowanie na siłę, jak i używanie uparcie formy męskiej. Wszystko to sprowadza się do tego, że nie ustawa czy wskazania naukowców, ale wychowanie i stworzenie naturalnej, językowej etykiety i przestrzeganie jej może nam pomóc we wzajemnej komunikacji. Bez względu na płeć.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 37/2026