Potrzebujemy wiedzy, nie straszenia

Chcemy normalnie żyć, a nie myśleć o wojnie. Jednak ona coraz częściej daje o sobie znać także w Polsce. Tymczasem nadal nie ma powszechnej wiedzy, jak powinniśmy się zachować w chwili zagrożenia. Odpowiedzialnością za to eksperci winią polityków.
Czyta się kilka minut
Trening reagowania na ostrzeżenia i sygnały alarmowe w Lublinie, 19 września 2026 r. | fot. Krzysztof Radzki/ East News
Trening reagowania na ostrzeżenia i sygnały alarmowe w Lublinie, 19 września 2026 r. | fot. Krzysztof Radzki/ East News

17 września, dokładnie w 87. rocznicę zbrojnej napaści Związku Sowieckiego na Polskę, w województwach lubelskim i podkarpackim zawyły syreny, a w wielu szkołach oraz urzędach zarządzono ewakuację. Była to reakcja na rozesłany alert RCB ostrzegający przed zagrożeniem atakiem z powietrza. Powodem był masowy rosyjski atak na zachodnią Ukrainę, podczas którego odrzutowy dron bezzałogowy zmierzał w stronę Polski i ostatecznie rozbił się zaledwie 4 km od naszej granicy. Nieco wcześniej, w połowie września, w rejonie plaży w Rusinowie koło Jarosławca z Bałtyku wydobyto rosyjski dron typu Gerbera. Z kolei w nocy z 30 na 31 sierpnia miała miejsce próba podpalenia budynku w Skarżysku-Kamiennej należącego do firmy zbrojeniowej WB Electronics, która m.in. wysyła statki bezzałogowe na Ukrainę. Z ustaleń polskich służb specjalnych wynika, że została ona zlecona przez Kreml.

Działanie, nie straszenie

To tylko niektóre z wydarzeń, o których w ostatnim czasie donosiły media. Tymczasem polskie społeczeństwo wciąż nie wierzy, że zagrożenie ze strony Rosji jest autentyczne – uważa gen. Roman Polko, były dowódca GROM-u. „Wojna hybrydowa już trwa, obejmując m.in. działania dywersyjne, ataki powietrzne, cyberataki oraz kampanie dezinformacyjne. Społeczeństwo musi być tego świadome. Niestety budowanie tej świadomości pozostawia wiele do życzenia” – powiedział gen. Polko w komentarzu dla Portalu Samorządowego.

Skutek tego jest taki, że znaczna część Polek i Polaków nie bierze pod uwagę realnego zagrożenia wojną. Potwierdza to najnowsze badanie IBRiS przeprowadzone na zlecenie „Rzeczpospolitej”. Wynika z niego, że jedynie niespełna 16 proc. obawia się, iż konflikt na Ukrainie przeniesie się do Polski, odmiennie uważa aż 77 proc., a nie ma zdania 7 proc.

Poproszony przez „Rzeczpospolitą” o komentarz prof. Maciej Milczanowski, były oficer Wojska Polskiego, historyk i politolog z Uniwersytetu Rzeszowskiego wskazał na widoczny efekt przyzwyczajenia do wojny, „gdy nie ma ona bezpośredniego wpływu na nasze życie”. „U nas niektórzy ludzie zupełnie zapominają o niej, gdy tymczasem ona się toczy z taką samą intensywnością od ponad czterech lat. Tylko nasza uwaga, nasza percepcja «odjeżdża» jakby od tej wojny, oddaliła się psychologicznie. Dopiero gdy ludzie co jakiś czas słyszą lub czytają w internecie o tym, co się dzieje na Ukrainie, do niej wracają. Zwróćmy uwagę, że alarmy, które były włączane w ostatnim czasie na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie, tak bardzo oburzały ludzi, chociaż jednocześnie inni oburzali się na to oburzenie. Ja to rozumiem, bo my nie chcemy tej wojny mieć w świadomości, chcemy normalnie żyć” – powiedział prof. Milczanowski.

Jego zdaniem wyniki sondażu pokazują, że Polacy „nie tyle, że nie widzą zagrożenia, co bardziej nie chcą takiego zagrożenia widzieć”, nie chcą sobie uświadomić, że jest ono realne. „Dlatego ważne jest, żeby politycy nastawili się na działanie, uświadamianie zagrożeń, a nie na straszenie. Bo jeżeli uruchamiany jest alarm, a my wiemy, co mamy robić, gdzie się udać, to poczucie zagrożenia jest mniejsze, bo zastępuje je aktywność. Natomiast jeżeli tego nie wiemy, bo nie ma schronów oraz szkoleń, to wtedy rośnie nie tylko poczucie zagrożenia, ale także frustracja, oburzenie i złość, to staje się zaś pożywką dla teorii spiskowych” – powiedział prof. Milczanowski.

Zagrożenie jest realne

Poczucie zagrożenia systematycznie spada od chwili wybuchu wojny w Ukrainie. Największe obawy związane z bezpieczeństwem zostały odnotowane na początku marca 2022 roku, czyli w kilkanaście dni po rozpoczęciu wojny Rosji przeciwko Ukrainie. Wtedy 34 proc. badanych zakładało, że wojna w Ukrainie przeniesie się na terytorium Polski. W lutym 2023 roku co trzeci respondent obawiał się, że wojna obejmie także Polskę, natomiast w kwietniu 2024 roku z badania IBRiS dla „Rzeczpospolitej” wynikało, że 27 proc. Polaków obawiało się, że wojna, która ma miejsce w Ukrainie, przeniesie się do naszego kraju. Zdaniem ekspertów na taki stan rzeczy wpływ mają działania polityków na przestrzeni ostatnich kilku lat. Przekaz poprzedniego i obecnego rządu był taki, że owszem, wojna w Ukrainie się toczy, Rosja może zagrażać także Polsce, ale wszystko jest pod kontrolą.

Przekaz ten zmienił się 17 września podczas wystąpienia premiera Donalda Tuska w Sejmie. Zwracając się do parlamentarzystów stwierdził, że najbardziej prawdopodobny scenariusz na najbliższych kilka miesięcy – także dla Polski – zakłada „poważne zdarzenia” i wymaga od wszystkich „mentalnej gotowości do zdania trudnych egzaminów”. „Istnieje realne ryzyko, że na teren któregoś z państw, bądź kilku państw NATO na wschodniej flance, mogą wlatywać drony lub innego typu pociski, dokonywać nawet zniszczeń. I oficjalna narracja będzie taka, że jest to przypadek i że nie ma powodu, aby ktokolwiek myślał o jakiejś odpowiedzi ze strony NATO” – powiedział premier.

Z taką diagnozą aktualnej sytuacji szefa polskiego rządu zgadza się część europejskich polityków. Premier Norwegii Jonas Gahr Stoere potwierdził, że ostrzeżenia te powinny być poważnie brane pod uwagę, a wywiad norweski ocenia, że istnieją „realne zagrożenia pochodzące z aktywności hybrydowej, aż do potencjalnego sabotażu”.

Potrzebna konkretna wiedza

Skoro premier Tusk potwierdził w Sejmie, że zagrażają nam drony, pociski i prowokacje ze strony Rosji, to co dalej? Nie ma schronów, realnych działań związanych z odbudową obrony cywilnej, nie ma powszechnych próbnych alarmów w szkołach, szpitalach, urzędach, nie ma powszechnej wiedzy wśród społeczeństwa o tym, co robić na wypadek zagrożenia i gdzie szukać pomocy. Tymczasem, aby ludzie byli bardziej świadomi sytuacji nie wystarczy powiedzieć, że jest zagrożenie, ale potrzeba realnych działań, które pokażą, że rząd i samorządy naprawdę się tym zajmują.

Zdaniem gen. Romana Polko najwyższa pora nauczyć się w sposób konkretny komunikować ze społeczeństwem, a nie odsyłać do poradnika bezpieczeństwa wydanego przez rząd. „Ludzie mogą go przeczytać pięć razy, a nie znajdą tam odpowiedzi wiążących się z konkretnymi zagrożeniami w takim czy w innym miasteczku. Najwyższa pora, żeby odpowiedzialni politycy zaczęli słuchać ludzi z dołu i jeżeli już odpowiadają na pytania, to nie odsyłali do poradnika, tylko omawiali poszczególne przypadki. Na zasadzie: był alarm o godzinie trzeciej w nocy. W takiej sytuacji powinieneś zrobić to i to”. Jednym słowem należy znaleźć właściwy sposób informowania, aby z jednej strony nie straszyć, a z drugiej, aby we właściwym momencie i w najskuteczniejszy sposób ostrzec przed niebezpieczeństwem i wskazać, jak się zachować i gdzie konkretnie w danej miejscowości szukać pomocy. To trudne wyzwanie, które stoi w pierwszej kolejności przed politykami.

„Po pierwsze potrzebna jest strategia, potrzebna jest jakaś dyrektywa, potrzebne jest budowanie obrony cywilnej i ochrony ludności i realizowanie tego w jakiś kompleksowy sposób. I to badanie tego w konkretnych obszarach, w konkretnych miejscach pokaże, jakie inwestycje są najbardziej potrzebne, jakie inwestycje budują bezpieczeństwo. Być może gdzieś trzeba doinwestować służby. Być może w innym miejscu warto zbudować schron czy nawet to, żeby ludzie czy szpitale mogły funkcjonować, nawet jeżeli z zewnątrz zabraknie dostaw energii. Jest mnóstwo problemów, które wiążą się z tym, żeby Polska, Polacy, obywatele Rzeczypospolitej mogli normalnie funkcjonować, nawet kiedy wróg atakuje z powietrza” – przekonuje w wypowiedzi dla Portalu Samorządowego gen. Roman Polko.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 40/2026