AfD pod lupą krajoznawcy

Języczek politycznej wagi właśnie się przechyla: federalne Niemcy, od swojego zarania lewicowo–chadeckie, stają się prawicowe. Czy jest to przejawem długotrwałych zmian? Przyjrzyjmy się historycznym, kulturowym i cywilizacyjnym przyczynom popularności Alternatywy dla Niemiec na terenach byłej NRD.
Czyta się kilka minut
Kongres Alternatywy dla Niemiec w Erfurcie, 4 lipca 2026 r. W 2024 w wyborach do Landtagu Turyngii, której stolicą jest Erfurt, ugrupowanie otrzymało ponad 30 proc. głosów i tylko dzięki utworzeniu przez pozostałe partie wielkiej koalicji AfD nie dopuszczono do rządów | fot. John Macdougall/AFP/East News
Kongres Alternatywy dla Niemiec w Erfurcie, 4 lipca 2026 r. W 2024 w wyborach do Landtagu Turyngii, której stolicą jest Erfurt, ugrupowanie otrzymało ponad 30 proc. głosów i tylko dzięki utworzeniu przez pozostałe partie wielkiej koalicji AfD nie dopuszczono do rządów | fot. John Macdougall/AFP/East News

W chwili gdy biorą Państwo ten numer do ręki, prawicowa Alternatywa dla Niemiec (Alternative für Deutschland, w skrócie AfD) robi decydujący krok w kierunku przejęcia władzy w pierwszym spośród krajów związkowych Republiki Federalnej Niemiec. W zaplanowanych na 6 września wyborach do Landtagu, parlamentu kraju Saksonia-Anhalt, AfD, dysponująca ponad 40-procentowym poparciem miejscowego elektoratu, najprawdopodobniej wygra – i to w pełnym galopie. W dwa tygodnie później podobne wybory urządza kraj Meklemburgia – Pomorze Przednie, gdzie AfD również ma dominującą pozycję.

Ale właściwie tak samo jest we wszystkich pozostałych pięciu landach byłej NRD. Alternatywa wszędzie jest na przedzie i jeśli gdzieś nie bije na głowę rywali, to ma tam przynajmniej mocną i rosnącą rangę. Nawet w tradycyjnie lewicowym Berlinie AfD, ze swoimi 18 procentami poparcia, dosięga już prawie tamtejszej Die Linke (22 proc.), od dwudziestu lat utożsamianej z sercem lewicowo-liberalnego establishmentu. Skoro mowa jest o berlińskim bastionie lewicy, cóż dopiero powiedzieć o landach pozostałych, tych prowincjonalnych? Tam Alternatywa w praktyce nie jest już żadną alternatywą, lecz nieuchronnym fatum, na które skazani są wszyscy wyborcy.

Przerażający... i popularni

Tak przynajmniej myślą Niemcy związani z dotychczasowym systemem władzy. Dla nich wejście do rządów AfD – nawet na lokalnym poziomie landu, a tym bardziej po wyborach do Bundestagu, zaplanowanych na rok 2029 – jest równoznaczne z powrotem faszyzmu. Może nie w radykalnie hitlerowskiej wersji, ale jednak faszyzmu. Abstrahując od zasadności tych obaw, jest faktem, że niemiecka lewica oraz centrum będą w najbliższym czasie robić wszystko, byle tylko nie dopuścić AfD do steru zarządzania. Nigdzie!

Z polskiej perspektywy można by wzruszyć ramionami: skoro działalność AfD mieści się w ramach niemieckiej konstytucji (a mieści się), to nie ma co się obrażać, pozostaje tylko uszanować wolę wyborców. Czy to jednak oznacza, że Polacy nie muszą się obawiać AfD u władzy? Jednak trochę powinniśmy, zważywszy chociażby na programowy stosunek tej partii do naszych rodaków mieszkających i pracujących w Niemczech. To lustrzane odbicie niechętnego stosunku naszej prawicy do żyjących w Polsce Ukraińców.

Wyjaśnieniami, skąd ta rosnąca popularność ksenofobicznej partii w kraju, który zaledwie jedenaście lat temu, otwartymi ramionami pani kanclerz Angeli Merkel, witał przybyszów z Bliskiego Wschodu, można by zapełnić niejedno archiwum. Najkrótsza odpowiedź brzmi: AfD jest nie tyle partią prawicy, ile stronnictwem protestu. A protest ten, skierowany przeciw politycznemu establishmentowi, najsilniejszy odczuwalny jest w byłej NRD. Ta była komunistyczna republika po 1990 roku faktycznie została skolonizowana przez urzędników z zachodniej części kraju. Miejscowi specjaliści, jako skażeni komunizmem, poszli w odstawkę. Do tego doszedł efekt masowej migracji osób w wieku roboczym do miast, poza Berlinem głównie na zachodzie (Hamburg, Frankfurt). To spowodowało na prowincji brak rąk do pracy, przy paradoksalnym zagrożeniu bezrobociem (praca była, ale nie dla „swoich ”). Jeśli dodamy do tego napływ śniadoskórych konkurentów, którzy nie dość, że „zabierają nam robotę”, to jeszcze wydatnie zmniejszają poziom bezpieczeństwa na zwykłej niemieckiej ulicy (tutaj już bez cudzysłowu), to mamy w efekcie gotowy przepis na ogólnospołeczny protest.

Tego wszystkiego możemy się w szczegółach dowiedzieć z licznych opracowań socjologicznych. Nie uwzględniają one jednak przyczyn głębszych: historycznych, kulturowych i cywilizacyjnych. Poniżej krótki przegląd kwestii AfD w poszczególnych landach byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, właśnie pod powyższym kątem.

Meklemburgia – matecznik feudalnej przeszłości

To kolebka popularności AfD oraz jej ideowych poprzedników. Kiedy w innych landach prawicowe partie protestu zaledwie raczkowały, tam, szczególnie w małych miasteczkach oraz na wsi, stanowiły już poważną siłę, budzącą troskę stołecznego Berlina.

Rzecz w tym, że Meklemburgia aż do początków XX wieku stanowiła średniowieczny fenomen na społecznej mapie Niemiec. Gdy w innych regionach rozkwitał przemysł, tam dominowało rolnictwo, i to w formie jeszcze prawie feudalnej. Większość ziemi ornej posiadali tzw. junkrzy, czyli specyficzny odłam ziemiaństwa, połączony ze służbą wojskową. Większość meklemburskich obywateli to byli ich poddani. Nad tym wszystkim panowała od 800 lat dynastia wywodząca się wprost od słowiańskich Pomorzan, tyle że od dawna już zgermanizowana.

Pierwsze, nieśmiałe jeszcze reformy Republiki Weimarskiej niewiele mogły tu zmienić. Po wojnie Meklemburgia weszła w skład NRD jako kraj świeżutko wyzwolony z oków feudalizmu – z wszystkimi tego stanu rzeczy skutkami w dziedzinie zbiorowej mentalności. Niedawni junkrzy masowo zapisali się do Liberalnej Partii Niemiec, przybudówki komunistycznej SED. Jak mawiał tytułowy bohater powieści Lampart hrabiego Lampedusy: „Trzeba nam wiele zmienić, żeby wszystko zostało po staremu”. Tak też się działo w Meklemburgii.

Przemiany po 1990 roku, naszkicowane powyżej, miały dla tego landu o tyle bardziej ostry przebieg, o ile restrukturyzacja osłabiła tamtejsze rolnictwo – do tej pory jedyną potęgę meklemburskiego kraju. I na tym to tle jego mieszkańcy, jako pierwsi, masowo pokazali figę Berlinowi.

Jak to wygląda obecnie? W wyborach do Bundestagu w 2021 roku AfD zyskało 18 proc., w przeprowadzonych trzy lata później wyborach do Parlamentu Europejskiego – już prawie 30 proc. Od tego czasu nastroje jeszcze bardziej się zradykalizowały.

Saksonia i protest do kwadratu

Ten kraj stanowi przeciwieństwo Meklemburgii: ma dobrze rozwinięte miasta, silny przemysł oraz, co najważniejsze, mocną tradycję obywatelskiej wspólnoty. Jednak pod względem popularności AfD to właśnie Saksonia w ostatnich latach wybiła się na pierwszeństwo. Goła socjologia nie odpowie tu na pytanie: dlaczego? Znowu musimy odwołać się do historii.

Jest to stara i duża monarchia, której aż trzech władców panowało także nad Polską (do dwóch królów dynastii saskiej doliczam suwerena Księstwa Warszawskiego). Drezno co najmniej od 300 lat było stolicą kulturalną i artystyczną wschodnich Niemiec, początkowo wyprzedzając nawet Berlin. Ale w wyniku postanowień kongresu wiedeńskiego w 1815 roku potężna dotąd Saksonia, jako wierny sojusznik Napoleona, ukarana została okrojeniem połowy terytorium, którą włączono do Prus. Odtąd trwa jako państewko niewielkie, lecz obdarzone dużymi kompleksami. Te kompleksy rzutują nadal na kształt społecznej świadomości. Dlatego moda na pokazywanie figi Berlinowi, skoro raz tam dotarła, widać na dobre się w Saksonii zadomowiła. 

W wyborach do Landtagu w 2024 roku AfD uzyskała ponad 30 proc. głosów, lokując się tuż za najpopularniejszą dotąd CDU. W tej chwili chyba te proporcje się odwróciły.

Jest jeszcze fenomen Görlitz, bliźniaczego miasta naszego Zgorzelca. To jedyny obszar obecnego landu, który przed wojną stanowił część pruskiego Śląska. Tamtejsi mieszkańcy wolą nazywać się Ślązakami niż Saksończykami. W wyborach w Parlamentu Europejskiego 2024 AfD zyskała tam powyżej 40 proc. głosów (rekord w skali kraju, jeśli chodzi o duże miasta). Drezno przeciw Berlinowi, Görlitz na złość Dreznu – protest do drugiej potęgi.

Robi się gorąco

Podobny wynik – powyżej 40 proc. – jednak w skali całego landu, osiągnęła wspomniana już Saksonia-Anhalt, kraj związkowy, na przestrzeni lat 1945–1990 zszyty z kilku osobnych tworów państwowych, zatem pozbawiony jakiejś trwalszej tożsamości regionalnej. Jej sąsiadka, Turyngia, to ciekawy fenomen: już na jesieni 2024 roku zapowiadała się jako pierwszy land zarządzany przez AfD. W wyborach do Landtagu kandydaci tej partii uzyskali wówczas ponad 30 proc. głosów (33 na 88 mandatów poselskich) – więcej niż jakiekolwiek inne stronnictwo. Doszło jednak wówczas do bezprecedensowej kontrakcji: wszystkie inne partie, od lewa do prawa, połączyły się w koalicji, byle tylko nie dopuścić do władzy najpopularniejszej koleżanki. Niemcy nazwali to „wałem przeciwpożarowym” (Brandmauer) lub koalicją jeżynową (jeżyna, jak wiadomo, dojrzewając zmienia kolory). Dziwne to było, ale skuteczne – AfD nie dopuszczono do rządów nad Turyngią. Następnym razem ten chwyt chyba się nie uda.

Została nam jeszcze Brandenburgia. Ta, jako zaplecze lewicowego Berlina, długi czas pozostawała odporna na propagandę Alternatywy. Teraz to się zmienia, i to gruntownie: według sondaży AfD może liczyć na 37 proc. głosów Brandenburczyków.

Oczywiście po wrześniu Niemcy nie zmienią się gruntownie od razu. To kwestia kilku najbliższych lat. Jednak zwycięstwo AfD w Saksonii-Anhalt i Meklemburgii – Pomorzu Przednim z pewnością stanie się języczkiem u wagi tej zmiany. Czy okaże się ona trwała – nie wiemy, bo nigdy nie wiadomo, jak trwałe są hasła społecznego protestu. Głosujący na lewicę, którzy ostatnio masowo popierają AfD, po dojściu tej partii do władzy mogą się szybko rozczarować i zmienić zdanie. Ale i tak robi się gorąco: 23 sierpnia szefowa partii Alice Weidel w wywiadzie udzielonym niemieckiej telewizji publicznej ZDF zapowiedziała, że gdy jej stronnicy zwyciężą na poziomie federalnym, RFN wystąpi ze strefy Schengen oraz ze strefy euro. To by oznaczało całkowitą dekompozycję Unii Europejskiej. A do wyborów powszechnych, zarówno do Bundestagu, jak i do Parlamentu Europejskiego, zostały Niemcom trzy lata.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.

Wypróbuj za darmo

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie
  • Możesz zrezygnować w dowolnym momencie
19.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 19.90 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 36/2026