W poniedziałek 24 sierpnia Biały Dom był miejscem kolejnego historycznego spotkania: prezydenci USA oraz Syrii uścisnęli sobie dłonie z okazji wykreślenia tej drugiej z międzynarodowej listy popleczników terroryzmu. A Syria widniała na owej liście, bagatela, od 47 lat. Prezydent Ahmad asz-Szara, który mimo dwuletniego już prawie brylowania na salonach Zachodu chyba nadal czuje się niezręcznie ze swoją czarną brodą okoloną białym kołnierzykiem, ma powody do satysfakcji. Wypis z czarnej listy oznacza dla jego kraju zniesienie sankcji finansowych oraz ograniczeń w amerykańskiej pomocy zagranicznej. Nadto Syria może odtąd eksportować uzbrojenie (oczywiście jeśli będzie w stanie i zechce) i nikt jej za to nie ukarze.
Krok Waszyngtonu nastąpił, gdyż – jak powiedział sekretarz stanu Marco Rubio – zniknęły „ostatnie poważne bariery” dla potencjalnych prywatnych inwestorów. Amerykańscy eksperci objechali teren i stwierdzili, że biznesmeni mogą już w Syrii bezpiecznie robić interesy. Ten konkretny wymiar jest dla międzynarodowej polityki USA czynnikiem istotnym. Z kolei asz-Szara, w przemówieniu wygłoszonym po powrocie do kraju, mówił o momencie, w którym Syria „otrząsa się” z bolesnej przeszłości.
Przypadek Abu Nidala
Jak w ogóle Syria na tę listę trafiła? Trzeba powiedzieć na początek, że dokument pod tytułem State Sponsors of Terrorism powstał w 1979 roku właśnie z powodu Syrii i odtąd była ona pierwszym państwem na owej liście. Po niej znalazły się na niej Kuba, Korea Północna, a wreszcie Iran. Ta trójka figuruje tam nadal.
Reżim Hafiza al-Asada nie podpadłby Waszyngtonowi, gdyby nie Palestyńczycy. Syria ówczesna była bowiem jednym z największych schronisk uchodźców z terenów zajętych przez Izrael w wojnie 1967 roku. Uchodźcze obozy stały się wylęgarnią jawnych i tajnych bojówek, które regularnie ostrzeliwały żydowskie osady w izraelskiej Galilei oraz na Wzgórzach Golan, a także dokonywały terrorystycznych zamachów – nie tyle na terenie Izraela, ile właściwie na całym świecie. Wszędzie tam, gdzie – niezależnie od moralnych uzasadnień strony atakującej – można było w ten sposób nagłośnić sprawę „wolnej Palestyny”. I nagłośnili – tyle że oberwało się za to gospodarzowi, czyli syryjskiemu prezydentowi Asadowi.
Uprzedzam ewentualną reakcję: „Ach, ci Palestyńczycy! Zawsze tacy sami”. Otóż nie do końca. Różnicę między sprawą palestyńską a terroryzmem dobrze ilustruje przypadek Abu Nidala. Ten niegdysiejszy terrorysta numer jeden urodził się w palestyńskiej Jaffie jako syn bogatego plantatora cytrusów. Wiosną 1948 roku z całą liczną rodziną musiał uciekać z luksusowej willi ojca do Nablusu (dzisiaj Zachodni Brzeg Jordanu). Razem z nim drogę tę przebyło kilka tysięcy arabskich mieszkańców Jaffy, wyrzuconych stamtąd przez izraelskie bojówki. Abu Nidal (to bojowy pseudonim) poprzysiągł Żydom zemstę i słowa dotrzymał. Początkowo działał w Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP), dowodzonej przez Jasira Arafata, późniejszego laureata Pokojowej Nagrody Nobla. Jednak po pierwszym urządzonym przez siebie zamachu (ambasada Arabii Saudyjskiej w Paryżu) został z OWP wyrzucony i zaocznie skazany na karę śmierci. Zaocznie, bo Abu Nidal błąkał się po całym świecie, w granice Izraela i okupowanych przezeń terytoriów nie zaglądając. Gdzie go nie było! Libia, Irak, Rumunia, wreszcie komunistyczne Węgry oraz... tak, tak, Polska. Od roku 1981 Abu Nidal, z papierami poważnego kontrahenta polskiego ministerstwa handlu zagranicznego, mieszkał sobie z rodziną w willach w Warszawie i Pabianicach.
Dodam jeszcze tylko, że celem zamachów (udanych) Abu Nidala byli także umiarkowani politycy OWP. Terrorysta próbował zgładzić też samego Arafata. Umarł w 2002 roku w Bagdadzie w bardzo niejasnych okolicznościach. Tak wygląda, ujęta skrótowo, kwestia palestyńskiego terroryzmu.
Próba bilansu
Gdy w grudniu 2024 roku upadł reżim klanu Asadów, a stery władzy przejęła po nim sunnicka partyzantka z okolic Aleppo pod nazwą Front Wyzwolenia Lewantu (Hajat Tahrir asz-Szam, HTS), USA nadal zachowały nieufność. Szefem HTS jest bowiem Ahmad asz-Szara, który swego czasu walczył pod sztandarami Al-Kaidy, pamiętnej zamachem na nowojorskie Dwie Wieże w 2001 roku. Sam asz-Szara co prawda nigdy z Amerykanami nie walczył (syryjska Al-Kaida” miała innych wrogów na muszce), jednak złowroga nazwa robiła swoje. Rzecz w tym, że asz–Szara już dziesięć lat temu zerwał z dżihadystami, odżegnując się od wszelkich metod terrorystycznych w walce zbrojnej. No i te dziesięć lat wystarczyło, by Waszyngton uznał, że można mu, już jako prezydentowi Syrii, zaufać.
Gdy w grudniu 2024 roku jego zwycięskie oddziały wkroczyły do Damaszku, zastał Syrię pozornie jak na wyciągnięcie dłoni. Ale w istocie to gładkie pole było polem minowym. Kraj, pozbawiony brutalnego reżimu Asadów, pozostał podzielony na kilkanaście odrębnych dzielnic, w których rządziła jakaś osobna, partyzancka administracja – a to druzyjska, a to kurdyjska, a to alawicka, lub jakaś inna, czasem po prostu zbójecka. Trzeba było wielkiej rozwagi, żeby te rozrzucone po całym terytorium kraju „ładunki wybuchowe” jakoś rozbroić i z powrotem do kupy posklejać.
Na ile to się udało po 21 miesiącach nowych rządów? Otóż, zważywszy skalę trudności, można ocenić, że rządząca ekipa HTS pod przewodem Ahmada asz-Szary odniosła umiarkowany sukces. Najistotniejszym punktem jest tutaj przejęcie przez syryjską armię posterunków kurdyjskich na północy kraju. Ten proces się jeszcze nie zakończył: Kurdowie mają nadal do Damaszku szereg pretensji (czasem całkiem rozsądnych, jak np. perswadowanie rządowi, by zrezygnował z nazwy Arabska Republika Syrii – Kurdowie nie są Arabami). Ale z drugiej strony nowe władze dały syryjskim Kurdom znacznie więcej, niż ofiarował im reżim Asadów – na czele z uznaniem języka kurdyjskiego w lokalnej administracji oraz szkołach.
Niepowodzenie poniósł rząd na odcinku druzyjskim. Ale tylko dlatego, że wśród syryjskich Druzów brutalną robotę wewnętrznych podziałów inspiruje rząd Benjamina Netanjahu. Izrael prawie otwarcie zmierza do uczynienia z południowej Syrii marionetkowej republiki druzyjskiej.
Do rozliczenia jest jeszcze problem wdrażania demokracji. Tutaj także umiarkowany sukces: na wiosnę 2025 roku w rządzie HTS znaleźli się przedstawiciele chrześcijan, Druzów, Kurdów i alawitów (szyici, z których wywodzili się Asadowie). Jesienią zebrał się pierwszy parlament, jednak nie wyłoniony w bezpośrednich wyborach, lecz w wyborach nominatów. Tymczasowa konstytucja mówi, że Syria, zanim dojdzie do pełnoprawnych demokratycznych procedur, musi przejść przez pięcioletni okres przejściowy. I trudno się temu dziwić, zważywszy na skalę wojennych dewastacji.
Przynajmniej w tym okresie obowiązywać będzie preferencja sunnickiego islamu. Muzułmaninem ma być każdorazowo prezydent, nadto w krajowym prawodawstwie obecne są tradycyjne zasady islamskiego prawa. Daleko im do surowości szariatu, wszelako i one są solą w oku liberalnego komentariatu. Przeważnie niepotrzebnie. Przykład? „Świat” domagał się, by w ograniczonych wyborach do parlamentu wystawiono kandydatury kobiet. I takie kandydatury rząd HTS wystawił, tyle że mało kto z Syryjczyków (obojga płci) chciał na nie głosować.
Bliżsi i dalsi sąsiedzi
Wewnętrzne sukcesy niewiele jednak będą znaczyć, jeśli którykolwiek z silniejszych od Syrii sąsiadów, nawet tych bardzo dalekich, zdecyduje się na bliskowschodniej arenie znowu zamieszać. A możliwości jest tutaj aż nadto. O Izraelu już wspomniałem. Państwo to okupuje południowy skraj Syrii, izraelskie czołgi stacjonują niemalże na peryferiach Damaszku. Jakakolwiek próba dalszej „stabilizacji” poprzez siłę militarną wywoła tu tylko zwiększenie napięcia. Można tak powiedzieć, od dziesięcioleci śledząc modelowe przebiegi bliskowschodnich konfliktów.
Z kolei Turcja to dziś czołowy w regionie strategiczny przeciwnik Izraela (i vice versa!), zaś tureckie wojska, prawem lustrzanego odbicia, okupują północne skrawki syryjskiego terytorium. Jeśli kiedyś dojdzie do gorącej fazy konfliktu, obie strony bić się będą nie gdzie indziej tylko na syryjskiej ziemi.
Jest także Rosja, za Asadów – w postaci Związku Radzieckiego – wielki przyjaciel reżimu. Po zmianie władzy Moskwa wycofała większość żołnierzy i sprzętu, a rosyjskie odrzutowce nie mogłyby już, gdyby padł taki rozkaz, obracać w perzynę domów Aleppo. Nadal pozostała jednak rosyjska baza morska w śródziemnomorskim porcie Tartus. Rząd HTS wypiera Rosjan z delikatnością, powoli przejmując całkowitą kontrolę nad portem. Oby mu się dalej tak wiodło.
Na koniec są jeszcze, jakżeby inaczej, Chiny, które z oddali patrzą na rozwój wydarzeń, czekając kiedy Amerykanom w Syrii powinie się noga.
Jest się z czego „otrząsać”. Byleby to nie była praca Syzyfa.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.











