Sama scena nie została opisana w Ewangeliach. Pieta jest owocem modlitwy i wyobraźni Kościoła, próbą wejścia głębiej w tajemnicę Męki. Jakby chrześcijanie chcieli zobaczyć to, czego Ewangelia nie opowiedziała wprost: co dzieje się z Matką, kiedy umiera Jej Syn.
Młoda, spokojna i piękna
Kiedy patrzę na Pietę Michała Anioła i jej wierną kopię znajdującą się w kościele Matki Boskiej Bolesnej w Poznaniu, uderza mnie harmonia tego przedstawienia. Maryja jest młoda, spokojna, piękna. Ciało Chrystusa spoczywa na Jej kolanach z delikatnością. Jest cisza po śmierci. Maryja trzyma dorosłego Syna tak, jak kiedyś trzymała dziecko. Tyle że teraz Jego ciało jest ciężkie i bezwładne.
Pieta nie opowiada dwóch historii. Opowiada historię Syna przeżywaną przez Matkę. Łatwo jednak potraktować Matkę Bolesną jako samodzielny temat pobożności. Tymczasem Jej historia jest nierozerwalnie związana z historią Chrystusa. Jej „tak” wypowiedziane w Nazarecie było zgodą na całą drogę Syna. Dlatego słowa Symeona: „A Twoją duszę miecz przeniknie”, brzmią jak zapowiedź piety. Sobór Watykański II napisze, że Maryja „wiernie trwała w zjednoczeniu z Synem aż do krzyża” (Lumen gentium, 58). Nie stoi pod krzyżem jako druga bohaterka dramatu zbawienia. Jest Matką uczestniczącą w cierpieniu Syna.
Cichy i skupiony ból
W Rijskmuseum w Amsterdamie znajduje się XV-wieczna pieta anonimowego autora z Utrechtu. Jest dobrym przykładem późnośredniowiecznej duchowości, w której tajemnica odkupienia miała być nie tylko oglądana, ale przeżywana niemal fizycznie. Maryja nie jest tu królową czy triumfującą Matką Boga. Siedzi pochylona nad martwym Synem, podtrzymując Jego bezwładne ciało. Jej twarz wyraża przede wszystkim cichy, skupiony ból.
Szczególnie wymowny jest sposób przedstawienia Chrystusa. Jego ciało jest ciężkie i bezwładne: głowa opada, ręce zwisają, nogi układają się bez napięcia. Maryja musi je podtrzymywać. To podkreśla rzeczywistość śmierci Jezusa, a zarazem pozwala widzowi wejść w scenę poprzez współczucie.
Ważny jest również kontakt fizyczny. Dłonie Maryi dotykają ciała Syna, a jej spojrzenie kieruje uwagę ku Jego twarzy. Widz zostaje zaproszony do podobnego gestu wewnętrznego: zatrzymania się przy cierpiącym Chrystusie.
Według Rijksmuseum pod lewym okiem Maryi zachowała się namalowana łza. Ten drobny szczegół ma ogromną siłę: średniowieczna rzeźba nie opowiada jedynie historii Męki, lecz pomaga odbiorcy uczestniczyć w żałobie Maryi. Pieta była więc obrazem kontemplacji: patrząc na martwego Chrystusa na kolanach Matki, wierny miał uświadomić sobie cenę zbawienia i ogrom Bożej miłości. To właśnie dlatego ta niewielka rzeźba, mimo swojej prostoty, potrafi być tak przejmująca.
Więź, której śmierć nie potrafi zerwać
Jeśli poprzednia pieta pokazywała Maryję samotną wobec śmierci Syna, to scena z Opłakiwania Chrystusa idzie jeszcze dalej: otacza martwego Jezusa wspólnotą ludzi, którzy nie potrafią pozostać wobec Jego śmierci obojętni. Niewielki obraz Colijna de Cotera z ok. 1510–1515 roku został skomponowany tak, by twarze i ciało Chrystusa znalazły się niemal na wyciągnięcie ręki. Rijksmuseum zauważa, że ta bliskość miała pomagać wierzącemu utożsamić się zarówno z cierpieniem Chrystusa, jak i z bólem Maryi. Siła Piety nie polega więc tylko na przedstawieniu cierpienia, ale na pokazaniu więzi, której śmierć nie potrafi zerwać.
Ręka Maryi podtrzymująca głowę Jezusa mówi więcej niż gesty rozpaczy: miłość nie kończy się wraz ze śmiercią. W duchowości pasyjnej późnego średniowiecza właśnie takie współczucie (compassio) było drogą modlitwy — patrząc na cierpienie Chrystusa, wierny miał pozwolić, by ono stało się jego własnym doświadczeniem.
W tym sensie obraz mówi o Maryi inaczej niż wcześniejsze przedstawienia Mater Dolorosa. Nie jest ona odległą, niemal hieratyczną figurą bolejącej Matki, lecz kobietą stojącą pośród ludzi, ubranych w stroje swojej epoki. Święta scena zostaje świadomie przybliżona do codzienności widza. Maryja nie należy więc tylko do odległej historii zbawienia — Jej ból staje się doświadczeniem, które można spotkać tu i teraz. Także Chrystus nie jest już odległą, „uświęconą” postacią: jego martwe ciało znajduje się niemal na wyciągnięcie ręki. To charakterystyczny zwrot późnośredniowiecznej pobożności pasyjnej: zamiast dystansu – bliskość, zamiast kontemplacji abstrakcyjnej – współodczuwanie. Maryja staje się przewodniczką, która wprowadza wierzącego w samo centrum Męki.
Pod krzyżem po prostu stała
Różnorodność przedstawień Matki Bolesnej kryje pytanie o współcierpienie. Maryja nie może wziąć cierpienia Jezusa na siebie ani przeżyć Jego Męki zamiast Niego. Może jednak być przy Nim.
Człowiek ma wiele sposobów, żeby uciec od cierpienia: zagadać je pobożnymi formułami, próbować wszystko wyjaśnić. Maryja pokazuje coś innego. Miłość nie polega na tym, że potrafimy usunąć czyjeś cierpienie. Polega na tym, że pozostajemy.
Ewangelista Jan mówi, że Maryja pod krzyżem po prostu: „stała”. Nie mogła zdjąć Syna z krzyża. Mogła być. I była. Dlatego tak przejmująca jest pieta z Kościoła św. Gereona w Kolonii. Tutaj nie ma już harmonii Michała Anioła. Jest ciężar. Martwe ciało Chrystusa opada na kolana Matki, a Jego bezwładność staje się niemal fizycznie odczuwalna.
W takich przedstawieniach pieta mówi językiem doświadczenia, które znamy. Człowiek przy umierającym również doświadcza bezradności. Maryja nie jest jednak patronką cierpiętnictwa. Jest ikoną wiernej obecności. Chrześcijaństwo nie mówi, że cierpienie samo w sobie jest dobre ani nie każe szukać bólu. Zna jednak sytuacje, w których człowiek staje wobec cierpienia, którego nie potrafi usunąć. Wtedy pozostaje pytanie: czy potrafię być przy drugim człowieku? Maryja pod krzyżem odpowiada: tak.
W tle jest wniebowzięcie
W Muzeum Diecezjalnym we Fryzyndze można zobaczyć realistyczne przedstawienie piety. Twarz Maryi przypomina kogoś, kto niemal odchodzi od zmysłów na widok martwego ciała Syna. Na ciele Chrystusa widoczne są ślady męki. Krew i rany nie pozwalają zamknąć oczu na rzeczywistość przemocy i cierpienia. Co ciekawe, patrząc na ten makabryczny wizerunek, w tle widać rozwieszony w holu głównym potężnych rozmiarów wizerunek Wniebowzięcia Maryi.
I nagle wszystko zaczyna się łączyć. Na pierwszym planie – śmierć. Martwy Chrystus, rany, ból i bezradność. W tle – Maryja już w chwale. To właściwie mała teologia obrazu. Pieta nie jest ostatnim słowem o Maryi. I śmierć Chrystusa nie jest ostatnim słowem o Chrystusie. Między jednym obrazem a drugim rozciąga się cała chrześcijańska nadzieja. Ta sama Maryja, która stoi pod krzyżem, zostaje wzięta do nieba. Ta sama, której serce zostaje przeszyte mieczem boleści, uczestniczy w chwale Syna. Pieta bez Wniebowzięcia mogłaby stać się obrazem rozpaczy. Wniebowzięcie bez Golgoty – obrazem zbyt łatwego triumfu. Razem opowiadają Ewangelię.
Serce zwrócone ku sercu
W 2011 roku Benedykt XVI odwiedził sanktuarium w Etzelsbach, gdzie czczony jest wizerunek Matki Bożej Bolesnej. Zatrzymał się przy tamtejszej piecie i zauważył niezwykłą bliskość serc Jezusa i Maryi. Ich serca są zwrócone ku sobie.
To piękna intuicja. Być może właśnie o to chodzi w ikonografii Matki Bolesnej: nie tyle o cierpienie, ale o serce zwrócone ku sercu. Maryja cierpi, ponieważ kocha. A Jej miłość nie kończy się tam, gdzie kończy się możliwość działania. Kiedy nie może już niczego zrobić dla Syna, pozostaje przy Nim.
Kościół potrzebuje obrazów Matki Bolesnej także dzisiaj. Nie po to, żeby wychowywać do pobożności cierpiętniczej. Maryja Bolesna jest kobietą, która w cierpieniu nie traci więzi z Synem. Jej wiara nie polega na tym, że wszystko rozumie. Pod krzyżem nie ma prostego wyjaśnienia. Jest ciało Syna, obietnica, której spełnienia jeszcze nie widać, i ciemność. A jednak Maryja pozostaje. Mater Dolorosa jest obrazem wiary, która potrafi trwać pomimo ciemności.
Wizerunki Matki Bolesnej pokazują Ją jako Matkę, która nie odwraca wzroku. Patrzy. Dlatego Jej obraz może być bliski każdemu, kto stoi wobec cierpienia, którego nie potrafi usunąć. Komuś, kto siedzi przy łóżku chorego. Rodzicowi, który nie potrafi pomóc dziecku. Temu, kto trzyma za rękę umierającego i wie, że nie może już nic zrobić.
Maryja nie daje recepty na to, jak przeżywać cierpienie. Daje swoją obecność i pokazuje, że obecność sama może być formą miłości. Pieta jest obrazem więzi, która trwa i której nawet śmierć nie rozłączy; miłości, która nigdy nie odwraca wzroku od tego, kogo kocha.
Patrząc na pietę, trzeba w końcu podnieść wzrok. Bo Matka, która nie odwróciła wzroku od martwego Syna, sama nie została pozostawiona w cieniu śmierci. Jej droga może stać się także naszą: pozostać przy Chrystusie, nawet gdy nie rozumiemy; nie odwracać wzroku od cierpienia, nawet gdy nie możemy go usunąć; wierzyć, że po tej stronie krzyża istnieje jeszcze życie.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.















