Jest coś paradoksalnego w tym, że człowiek, który coraz rzadziej przychodzi do kościoła, coraz częściej zagląda do internetu, żeby posłuchać o Bogu. Nie zawsze uczestniczy w rekolekcjach, ale słucha rekolekcjonisty w podcastach. Nie zna księdza ze swojej parafii, ale regularnie ogląda księdza w telefonie. Nie chodzi na nabożeństwa, a potrafi spędzić godzinę, słuchając zakonnic opowiadających o swoim życiu.
Popularność katoinfluencerów mówi przecież nie tylko o nich. Mówi także o tych, którzy ich oglądają. O ich pytaniach, niepokojach i tęsknotach. O tym, że człowiek może zmienić sposób poszukiwania Boga, ale niekoniecznie przestać Go szukać.
Leon XIV, spotykając się z misjonarzami cyfrowymi i influencerami, mówił o ludziach, którzy utracili sens istnienia i smak życia wewnętrznego. Przypominał, że chrześcijańska misja ma docierać także do nich – tam, gdzie rzeczywiście są. Internet jest jednym z takich miejsc. Nie dlatego, że Kościół powinien być obecny wszędzie za wszelką cenę, ale dlatego, że także tam można spotkać człowieka, który czeka na słowo nadziei.
To ważna perspektywa. Łatwo bowiem patrzeć na religijny wymiar internetu wyłącznie przez pryzmat jego zagrożeń. A tych rzeczywiście nie brakuje. Algorytm nie rozpoznaje prawdy ani dobra. Widzi przede wszystkim nasze zainteresowanie. Jeśli więc najbardziej angażują nas gniew, lęk i oburzenie, będzie podsuwał ich coraz więcej. Można rozpocząć od niewinnego poszukiwania odpowiedzi na pytanie dotyczące wiary, a po kilku tygodniach znaleźć się w świecie nieustannej walki o „prawdziwy Kościół”.
Ale istnieje też druga strona tego zjawiska. Być może ludzie zatrzymują się przy zakonnikach, księżach czy świeckich mówiących o wierze dlatego, że potrzebują czegoś, czego współczesny świat daje im coraz mniej: ciszy, sensu, wspólnoty, zakorzenienia, opowieści o czymś większym niż oni sami.
Właśnie dlatego tak interesujące jest powodzenie podcastu amerykańskich dominikanek. Czterdzieści zakonnic żyjących według rytmu modlitwy, pracy i wspólnoty okazuje się fascynujące dla setek tysięcy ludzi. Ich życie jest przecież całkowitym przeciwieństwem logiki, w której funkcjonuje większość mediów społecznościowych. Nie ma tam nieustannego przyspieszenia, pogoni za nowością i budowania własnej marki. Jest rytm. Jest modlitwa. Jest wspólnota. Jest zwyczajne życie. I – jak zauważył dziennikarz „The Atlantic” – jest dużo radości.
Może właśnie tego szukamy w sieci bardziej, niż chcielibyśmy przyznać. Nie kolejnej informacji. Nie kolejnej opinii. Nie kolejnego człowieka, który powie nam, kogo mamy się bać i z kim walczyć. Szukamy kogoś, przy kim można przez chwilę odetchnąć. Kogoś, kto przypomni, że życie ma sens.
To oczywiście nie oznacza, że każdy religijny influencer jest przewodnikiem duchowym. Wręcz przeciwnie. Im większa popularność, tym większa potrzeba rozeznania. Zdrowa treść religijna powinna prowadzić człowieka ku większej wolności, odpowiedzialności i relacji z Bogiem. Nie powinna uzależniać od osoby, która mówi do nas z ekranu.
Dlatego być może najważniejszym pytaniem nie jest dziś: czy Kościół powinien być w internecie? On już tam jest. Ważniejsze brzmi: dokąd prowadzimy człowieka, kiedy już uda nam się zatrzymać jego uwagę? Można przecież zdobyć miliony wyświetleń i zatrzymać człowieka na sobie. Można też mieć kilkaset osób słuchających cotygodniowego podcastu i sprawić, że ktoś po raz pierwszy od dawna zacznie się modlić.
Popularność katoinfluencerów nie powinna więc być dla Kościoła ani powodem do triumfalizmu, ani powodem do lęku. Jest raczej znakiem. Być może znakiem tego, że pod warstwą obojętności, ironii i cyfrowego chaosu wciąż istnieje w człowieku głód czegoś więcej.
A jeśli tak, to jest to także pytanie skierowane do nas. Czy mamy odwagę ten głód rozpoznać? I czy potrafimy wskazać Tego, który naprawdę może go zaspokoić?
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











