Szukamy krótkiego rozważania Ewangelii – wpisujemy w aplikację podcastową odpowiednie hasło, klikamy i pozwalamy, by w słuchawkach brzmiał spokojny, ciepły głos. Z czasem algorytm podsuwa kolejne nagrania: głębsze analizy teologiczne, charyzmatyczne świadectwa, wreszcie – żarliwe apele o obronę czystej wiary przed zepsuciem świata i Kościoła. Ani się obejrzymy, a z cichego poszukiwacza sacrum można stać się uczestnikiem zaciekłej, cyfrowej wojny o ortodoksję.
Żyjemy w czasach, w których młodzi święci, tacy jak Carlo Acutis, pokazali, że sieć może być genialnym narzędziem ewangelizacji i budowania dobra. W Internecie jest pełno wartościowych inicjatyw: medytacji, popularyzacji katechizmu, profesjonalnych wykładów teologicznych czy chrześcijańskich aplikacji wspierających codzienną modlitwę. Jednak obok nich wyrósł prężny, całkiem dochodowy i emocjonalnie angażujący rynek religijnego influencingu, w którym granica między katolicką duchowością a manipulacją bywa cienka.
Fenomen ten potwierdzają dane statystyczne z całego świata. W USA ponad połowa dorosłych wierzących regularnie konsumuje treści religijne online – transmisje, podcasty czy grupy dyskusyjne. Europejskie badania dotyczące zachowań religijnych w sieci po pandemii COVID-19 wskazują na trwałe przeniesienie części praktyk religijnych do przestrzeni cyfrowej, zwłaszcza wśród młodszych. Ten potężny cyfrowy głód napędza rynek, na którym obok wartościowych treści i świetnych teologów pojawiają się sprytnie zakamuflowani chrześcijańscy guru.
Algorytm karmi konflikt
Psycholożka i psychoterapeutka Angelika Szelągowska-Mironiuk, m.in. autorka książki Wspólnota, która leczy – wspólnota, która rani, zwraca uwagę na niezmienny, ludzki głód duchowości, który dziś spotyka się z cyfrową architekturą wyprofilowaną pod naszą wygodę: „Z pewnością podłożem tych poszukiwań jest niezmiennie obecny u większości ludzi głód duchowości, chęć dotknięcia «czegoś więcej». Oczywiście, «oferta», którą otrzymujemy, jest przygotowana tak, aby była atrakcyjna dla współczesnego człowieka, a zatem «lekkostrawna», niezbyt nużąca, bogata w bodźce, które zatrzymują uwagę. Algorytmy z kolei podsuwają nam materiały, które utwierdzają nas w przekonaniu, że obrana przez nas duchowa ścieżka jest jedyną słuszną, zaś osoby o innej wrażliwości są dalekie od poznania prawdy, niekiedy wręcz godne pogardy”.
Szelągowska-Mironiuk podkreśla, że choć wirtualne grupy dają poczucie wspólnoty i doświadczenie powszechności Kościoła, nie mogą stać się wyłącznym substytutem życia religijnego: „Internetowe grupy, katoliccy influencerzy i podcasty mogą być cennym elementem wspomagającym rozwój duchowy – ale nie zastąpią życia religijnego w tzw. «realu», tak jak suplementy diety nie stanowią zamiennika odpowiednich posiłków”.
Problem w tym, że cyfrowe środowisko premiuje konfliktogenne emocje. Działa tu bezlitosny mechanizm rekomendacji, opisywany niedawno przez Michała Kłosowskiego na łamach „Więzi”: algorytm nie wie, czym jest dobro wspólne i nie odróżnia proroctwa od prowokacji, prawdy od fałszu. Widzi jedynie zaangażowanie. Psychoterapeutka Agata Kulczycka, współautorka książki Tkanie. Modlitwa i kontemplacyjny lifestyle, wskazuje, jak ta logika wpływa na samych autorów treści: „Jeśli twórca widzi, że promowane są silnie emocjonalne treści, tworzy się pewnego rodzaju sprzężenie zwrotne – algorytm niejako «zmusza go» do produkcji kolejnych treści tego rodzaju, jeśli chce on zostać widoczny dla swojej grupy odbiorców. Coraz mocniej, bardziej emocjonalnie, więcej – to sprzyja stopniowemu przekraczaniu kolejnych granic, swoich własnych i odbiorców”. W ten sposób subtelność nauczania społecznego Kościoła czy głęboka teologia przegrywają w starciu z nośnym, memicznym hasłem, wywołującym oburzenie lub lęk.
Iluzja „obrony czystej wiary”
Jednym z najbardziej zauważalnych i niepokojących trendów w religijnym Internecie jest wysoki poziom popularności treści spod znaku „obrony czystej wiary”. Ich twórcy – często bez głębszego przygotowania teologicznego – stawiają się w roli jedynych sprawiedliwych, podważając nauczanie papieża, krytykując biskupów i oskarżając Kościół o modernizm.
Jak rozpoznać, że mamy do czynienia z manipulacją, nawet jeśli autor sypie cytatami z Katechizmu i Pisma Świętego jak z rękawa? Dogmatyk z KUL, ks. dr Karol Godlewski przypomina, że sama poprawność formalna i zestawienie prawdziwych cytatów nie stanowią jeszcze o wierności Ewangelii: „Chrześcijaństwo nie jest wypadkową logicznego wynikania, a prawdy wiary nie schodzą się w poprawnych wnioskach, ale w Osobie, która jest Miłością. Dobrze wiemy, że można skonstruować wypowiedź w stu procentach złożoną z poprawnie przywołanych cytatów z Pisma Świętego czy tekstów Magisterium, która będzie kompletnym zaprzeczeniem logiki Ewangelii. Pismu nie można zaprzeczyć, jest natchnione przez Ducha Świętego! Każdy jednak wierzący człowiek już instynktownie zobaczy, że coś tu jest nie tak”.
Ks. Godlewski zwraca uwagę na psychologiczne i duchowe podłoże pokusy zamykania się w sterylnej „czystości wiary”. Chodzi o głęboką potrzebę stałości, którą – gdy brakuje dojrzałej relacji z Bogiem – zaczyna się projektować na formy zewnętrzne: „Boję się bardzo «czystej wiary», bo brzmi to wybitnie laboratoryjnie, sterylnie. Wiara – jak uczył nieoceniony papież Franciszek – zawsze dąży do wcielenia w konkret, a to, co sterylne, jest bezpłodne. Często jest tak, że za sloganami typu «obrona czystej wiary» stoi jakaś potrzeba niezmienności, stałości. Tym, co w wierze jest niezmienne, jest miłość Boża, kerygmat. Jeśli jednak, przez fałszywy obraz Boga, nie uważam Jego miłości i przebaczenia za coś niezmiennego, bo myślę o Nim jako o Kimś odległym, surowym, to naprawdę nie mam gruntu pod nogami. I wtedy szukam sobie czegoś innego, co dla mnie będzie «niezmienne»: będę takiej niezmienności oczekiwał od wykładni wiary, od rytu mszy świętej, stroju celebransa”.
Odnosząc się do zjawisk w stylu popularnych profili narzekających na stan Kościoła, teolog używa obrazowego porównania: „Porównałbym to do wyruszenia na pielgrzymkę w garniturowych pantoflach i mówieniu wszem i wobec, że «trudno być pielgrzymem w pantoflach», chociaż ktoś taki dysponuje także wygodnymi butami sportowymi. Ta «trudność» jest wygenerowana przez niego samego”.
Kluczem do katolickiej tożsamości zdaniem ks. Godlewskiego pozostaje zawsze relacja z biskupem Rzymu. Przypomina metaforę św. Jana i św. Piotra biegnących do pustego grobu: Jan przybiegł pierwszy, ale poczekał i przepuścił Piotra. Jak pisał Hans Urs von Balthasar, Jan bez Piotra znalazłby za dużo odpowiedzi i pogubiłby się w nich. Dokładnie to dzieje się dziś w sieci z tymi, którzy próbują być „bardziej katoliccy od papieża”.
Internetowy guru
Jak rozpoznać, że religijna treść, zamiast nas budować, zaczyna nam szkodzić? Agata Kulczycka zachęca, by pytać nie tyle o same dogmaty, ile o owoce, jakie kontakt z danym przekazem rodzi w naszym codziennym życiu i emocjach: „Jeśli zaczynam dostrzegać, że tracę powoli umiejętność samostanowienia, że tracę duchową autonomię, zastępując osąd sumienia zdaniem kogoś, kto mówi do mnie z komputera czy smartfona – ta treść mi nie służy. Oczywiście, przekaz religijny, ten zdrowy, może konfrontować z trudnymi pytaniami. Nie powinien jednak budować posłuszeństwa wobec mówcy – opartego na poczuciu winy czy lęku”.
Wylicza także konkretne mechanizmy ostrzegawcze, stosowane przez cyfrowych pseudoautorytetów: budowanie poczucia wyjątkowości („tylko nasza grupa posiada pełną prawdę”); systematyczne straszenie i zawstydzanie odbiorców („jesteś letni, nie zależy ci”); utożsamianie prywatnej interpretacji twórcy bezpośrednio z wolą Boga; brak jakiejkolwiek odporności na krytykę i deprecjonowanie każdego, kto ma odmienne zdanie.
Angelika Szelągowska-Mironiuk uzupełnia tę listę o perspektywę psychopatologii grup: „Internetowi guru duchowości nierzadko tworzą wokół siebie patologiczne wspólnoty, które mogą nasycać ich narcystyczne pragnienia. Czasami grupy tego rodzaju stają się także po prostu modelem biznesowym. Cechy patologicznych wspólnot zarówno w internecie, jak i poza nim, są podobne: bezkrytyczny stosunek do lidera, budowanie poczucia wyższości, wzmacnianie lęku przed otaczającym światem”.
Szczególnie narażeni na tego typu manipulacje jesteśmy w momentach kryzysów życiowych, zmęczenia emocjonalnego czy osamotnienia. Skomplikowany świat rodzi lęk, a internetowi prorocy oferują błyskawiczne, czarno-białe odpowiedzi, zwalniając z trudu myślenia i rozeznawania.
Reakcja zamiast sankcji
Wobec rozlewającej się w sieci fali dezinformacji i hejtu podszywającego się pod wiarę, pojawia się pytanie o reakcję instytucjonalną. Czy episkopaty i diecezje powinny sięgać po kanoniczne kary? Ks. Godlewski przypomina, że choć prawo kanoniczne zna pojęcie kar np. za publiczne wzbudzanie niechęci wobec Stolicy Apostolskiej (kan. 1373 KPK), to nakładanie sankcji rzadko bywa najlepszym rozwiązaniem. Powołując się na myśl św. Jana Chryzostoma, ostrzega przed przejmowaniem „wilczej mentalności” od agresorów i proponuje drogi synodalne: „Przeciwdziałając złu w Kościele największą naszą troską ma być to, by «nie dać się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężać». Osobiście przyjąłbym metodę maksymalnie synodalną: zaprosił takich ludzi do rozmowy, wysłuchał ich głęboko, próbując dotrzeć do tego, o co naprawdę im chodzi. Najbardziej może mi pomóc w wyzwoleniu się z patrzenia na kogoś jako na «przeciwnika» podjęcie z nim «wspólnego trudu»: zrobienie czegoś dobrego. Jest to logika na wskroś ewangeliczna: myślę, że znacznie lepsza od wzajemnego okładania się sankcjami kanonicznymi albo wyzywania się od modernistów, heretyków i schizmatyków”.
Sami twórcy treści religijnych – jak podkreśla Agata Kulczycka – jeśli chcą zachować duchowy i emocjonalny pion, muszą bezwzględnie zadbać o otoczenie, które nie będzie jedynie „klubem fanów”. Potrzebują ludzi niezależnych, którzy w razie potrzeby powiedzą im twardą prawdę w oczy.
A co, gdy ktoś z naszych bliskich wpadnie w sieć religijnego radykalizmu online? Szelągowska-Mironiuk radzi unikać bezpośredniego ataku na autorytet danego influencera, bo to jedynie wzmocni postawę oblężonej twierdzy. Zamiast tego warto zacząć od komunikatu typu „ja” i wskazać na niepokojące zmiany w zachowaniu: „Powiedzieć, jak się z tym czujemy (np. że ktoś wypowiada komentarze pełne lęku i agresji, izoluje się od znajomych). Dopiero później warto – delikatnie! – spróbować wskazać, że dana grupa czy influencer może w pewnych sprawach nie mieć racji”.
Duchowy układ pokarmowy
Lęk przed zagrożeniami nie musi paraliżować przed szukaniem w sieci treści wartościowych. Kluczem jest wykształcenie pewnej higieny duchowej i umiejętności krytycznego myślenia. „Człowiek o zdrowym układzie pokarmowym, który karmi się zdrowym i pożywnym jedzeniem, będzie dobrze funkcjonował. I nawet jeśli zdarzy mu się zjeść coś niezdrowego, jednorazowo mu to nie zaszkodzi, a organizm szybko się z tego, co szkodliwe, oczyści. Jednak ktoś, kto karmi się tylko śmieciowym jedzeniem, z czasem się do niego przyzwyczai, i przyzwyczai się także do złego samopoczucia, jakie to jedzenie w nim wywołuje. Tak jest i z karmieniem się treściami proponowanymi nam w Internecie. Jeśli codziennie karmię się zdrowym pokarmem słowa Bożego i słucham żyjącego Piotra, będę miał zdrowy «duchowy układ pokarmowy»” – wskazuje ks. Godlewski.
Jak w praktyce oceniać wiarygodność i wartość religijnych materiałów w sieci?
Test owoców – co dana treść zostawia? Po wyłączeniu nagrania czujemy spokój, nadzieję i chęć do lepszego wypełniania codziennych obowiązków, czy raczej udziela się myślenie spiskowe, lęk, wyższość i złość na świat?
Test relacji i weryfikacji: autor odwołuje się do całokształtu nauczania Kościoła i Pisma Świętego, czy wyciąga z kontekstu pojedyncze frazy, by udowodnić swoją z góry założoną tezę? Badaj zgodność przekazu z nauczaniem aktualnego papieża.
Test autonomii i higieny życiowej: żaden ekran nie zastąpi żywego człowieka, sakramentów i relacji realu. Dbajmy, by wiedza i osadzenie w wierze chroniły przed manipulacjami.
Internet pozostanie olbrzymim archipelagiem, na którym obok czystych źródeł stoją zatrute studnie. To, z czego się napijemy, zależy od naszej dojrzałości, odwagi zadawania pytań i zakorzenienia w żywej wspólnocie.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











