Łańcuch rodowej zemsty

Według statystyk Kreta jest najspokojniejszym miejscem w Grecji. Ale to tyko fasada. Obyczaj krwawej rodowej zemsty, praktykowany tu od niepamiętnych czasów, nadal trwa. Od 1950 roku zginęło w ten sposób ponad 150 osób.
Czyta się kilka minut
Weselna impreza na Krecie, ok. 1960 r. Ślub to dobry sposób na zatrzymanie lawiny rodowej zemsty fot. Simon/ Pictorial Parade/ Getty Images
Weselna impreza na Krecie, ok. 1960 r. Ślub to dobry sposób na zatrzymanie lawiny rodowej zemsty fot. Simon/ Pictorial Parade/ Getty Images

Gdy Ewangelia padła zabita, nikt nie pytał, co się stało. Dom zabójcy stoi naprzeciw, po drugiej stronie wąwozu, więc natychmiast serie z dwóch kałasznikowów pozbawiły szyb okna frontowej ściany. Gospodarz, Fanouris Kargakis, ojciec pięciorga dzieci, legł na podłodze przeszyty kulami. I wtedy rozpętało się piekło, bo strzelać do siebie zaczęli kuzyni z obu stron, mieszkańcy sąsiednich domów. Odezwały się pistolety i myśliwskie strzelby. Jak policzono, wystrzelono ponad dwa tysiące pocisków. Policzono to dopiero trzeciego dnia, bo dopiero wtedy do wioski mogła wjechać policja, a za nią karetki pogotowia.

W tych trzydniowych potyczkach zginęły trzy osoby, raniono dziesięć. Ale wszyscy wiedzą, że to nie koniec walki. W małej wojnie domowej, która od pokoleń dzieli mieszkańców wioski Worizia na Krecie, ludzie giną nie po raz pierwszy. A członkowie obu zwaśnionych rodów już gotują się do kolejnego etapu zemsty.

Góry na tyłach domów

Worizia podzielona jest na pół stromym wąwozem. Po jednej jego stronie mieszkają członkowie i stronnicy klanu Kargakis, po drugiej – rozgałęziony ród Frangiadakis. Oba rody co najmniej od stu lat rywalizują o dostęp do okolicznych pastwisk. Gdy jedna ze stron zaczęła budować dom po „cudzej” stronie urwiska, zwaśniony klan uznał to za rzucenie rękawicy. Budowę wysadzono w powietrze.

Było to w piątek 31 października. W sobotę, w akcie odwetu, zginęła 56-letnia Ewangelia Frangiadaki, w chwilę później zastrzelono jej zabójcę. I tak dalej. Przez kilka dni żadna ze stron nie mogła pochować swoich zmarłych: pogrzebowe kondukty musiałyby przejść pod wrogimi oknami.

Dopiero we wtorek zeszli z gór i oddali się w ręce policji najaktywniejsi z kombatantów: 32-letni syn Ewangelii i jego dwaj kuzyni. Określenie „zeszli z gór” nie oddaje istoty rzeczy, bo wapienne skały, pełne jaskiń, zaczynają się tu dosłownie na tyłach domów. Worizia to miejsce idealne, by się ukrywać. Władze wiedzą o tym od dawna. Dość powiedzieć, że przez pierwszy tydzień po starciach wioskę, zamieszkałą przez 500 osób, okupowało 400 żandarmów i komandosów.

Zemsta i pojednanie

Przy wjeździe do wioski, na marmurowej tablicy postać anioła podtrzymuje sylwetkę ginącego strzelca, opiętego pasem z granatów. Tak upamiętniono miejscowych partyzantów, poległych w latach 1943–1944 w walce z Niemcami.

Worizia leży u stóp gór Ida, najwyższych na Krecie. To w jednej z tutejszych jaskiń, jak głoszą mity, miał się urodzić bóg Zeus, władca Olimpu. Tutaj też zawsze chronili się ludzie niepogodzeni z prawem. Gór nie udało się opanować krzyżowcom, których na wyspie nazywano Frankami (frandżi, stąd nazwisko Frangiadakis). Nie mieli do nich wstępu także Turcy, chociaż nad resztą Krety panowali przez dwa i pół wieku.

Gdy 1 czerwca 1941 roku wyspę opanował hitlerowski desant, to właśnie tutaj, w jaskiniach Worizii, narodził się ruch zbrojnego oporu. Dosłownie po kilku dniach od kapitulacji Georgios Petrakis, jeden z bogatszych gospodarzy, utworzył z mieszkańców wioski oddział partyzancki. Oddział, z czasem rozrośnięty w dużą formację, miał na koncie kilka sukcesów, włącznie z porwaniem niemieckiego generała. Gdy 11 października 1944 roku bojownicy wkraczali do wyzwolonego Iraklionu, stolicy Krety, mieszkańcy witali Petrakisa i jego chłopców jak narodowych bohaterów.

Nieco wcześniej partyzantom udało się wciągnąć w zasadzkę i wystrzelać do nogi niemiecki oddział pacyfikacyjny. Było to na obrzeżach Worizii, więc w odwecie wioskę zbombardowało Luftwaffe. Zaraz po wojnie władze zbudowały w innym miejscu nową osadę, ale nikt się tam nie osiedlił. Ludzie woleli sami odbudować się na swoim.

Na starych siedliskach utrzymały się stare waśnie. W 1950 roku porwano najmłodszą z córek Petrakisa; porywacz (a jednocześnie narzeczony) był jego dawnym podkomendnym, a także sympatykiem rywalizującej partii w kreteńskim sejmiku. Zemsta ojca wpisała się więc w system tradycyjnych podziałów, który uruchomił nową falę klanowych walk. W samej Worizii zastrzelono w owym roku sześć osób. Lawinę rodowej zemsty zatrzymał dopiero ślub, zawarty między członkami wrogich rodzin. Kreteńczycy, obok vendetty, praktykują bowiem także sasmos, uświęcony wiekami zwyczaj przywracania pokoju.

Swoje sprawy załatwiają sami

Takie rzeczy dzieją się na Krecie nie tylko w Worizii. W styczniu tego roku w osadzie na peryferiach Iraklionu aresztowano parę 80-letnich staruszków. On, podmówiony przez żonę, obsypał gradem kul klienta wiejskiego spożywczaka, raniąc „cel”, a przy okazji właściciela sklepiku. Greckie media zaszokowały wtedy publikę zdjęciami, na których siwobrody i długowłosy patriarcha prowadzony jest pod ręce przez policjantów. Druga para funkcjonariuszy prawa prowadziła jego chodzącą o kulach żonę. Ofiara napaści okazała się rodzonym bratem zabójcy syna napastników. Miało to miejsce 13 lat temu.

Kreta jest według statystyk grecką prowincją z jednym z najmniejszych wskaźników przestępczości. Ale te liczby bynajmniej nie świadczą o panującym tu pokoju. Ludzie milczą i załatwiają swoje sprawy we własnym gronie – jak nakazuje tradycja. Dopiero wtedy, gdy rodowa waśń przybierze formę otwartej walki, jak stało się w Worizii, nie sposób już jej dalej ukrywać.

Greckie prawo surowo ogranicza dostęp do broni palnej. Ale na Krecie – a dokładniej mówiąc: w jej górskich, trudno dostępnych rejonach – to tylko teoria. W praktyce każda rodzina, każdy dom ma tam ukryty karabin. W Worizii zrobiono z tego użytek.

Od 1950 roku w wyniku łańcucha rodowej zemsty zginęło na wyspie ponad 150 osób. Dramat Worizii jest tego łańcucha epizodem. Wydarzenia z listopada nie były tu chyba, niestety, aktem ostatnim. To długa historia waśni, morderstw, przejściowego pokoju dokonanego dzięki sasmos, potem zaś wznawiania walk – przez potomków tych samych rodzin. Na ogół pod pretekstem w sumie nie wartym przelanej krwi.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 1/2026