Drobina, która wskrzesza Kościół

Patrząc na pierwszy zagraniczny krok papieża Leona XIV, podróżującego po Turcji i Libanie, mam wrażenie, że Kościół wraca do domu. Bez wielkich manifestów, bez siły, w ciszy, z pokorą, ale i z godnością. Bo po epoce Franciszka to właśnie „małość” stała się drogą Kościoła.
Stambuł
Czyta się kilka minut
„Wszyscy jesteśmy zaproszeni do przezwyciężenia skandalu podziałów, które niestety nadal istnieją, i do podsycania pragnienia jedności, o którą modlił się Pan Jezus i za którą oddał swoje życie” – powiedział papież podczas obchodów 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego w İzniku – starożytnej Nicei, w piątek 28 listopada. Potępił też wykorzystywanie religii dla usprawiedliwiania wojny fot. Chris McGrath/Getty Images
„Wszyscy jesteśmy zaproszeni do przezwyciężenia skandalu podziałów, które niestety nadal istnieją, i do podsycania pragnienia jedności, o którą modlił się Pan Jezus i za którą oddał swoje życie” – powiedział papież podczas obchodów 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego w İzniku – starożytnej Nicei, w piątek 28 listopada. Potępił też wykorzystywanie religii dla usprawiedliwiania wojny fot. Chris McGrath/Getty Images

To historia, która powtarza się od kilku pontyfikatów: pierwsza zagraniczna podróż nowego papieża jest spadkiem po poprzedniku. Tak było, kiedy Franciszek udał się do Brazylii w 2013 roku na Światowe Dni Młodzieży, i jest teraz, kiedy Leon XIV poleciał do Turcji i Libanu. Już sam wybór celu – Azja Mniejsza, Turcja i starożytny Liban – pokazuje, że Kościół nie szuka rozgłosu, lecz korzeni, niezależnie do tego, kto stoi na jego czele. To zaś bardzo franciszkowe, bowiem za poprzedniego pontyfikatu po raz pierwszy usłyszeliśmy, że aby świętować 1700-lecie Soboru Nicejskiego, papież będzie chciał polecieć do Turcji. Bartłomiej I, patriarcha Konstantynopola, zaprosił zresztą do tego osobiście.

Potem jednak przyszły: papieska choroba, śmierć i pogrzeb Franciszka, sede vacante i konklawe, które wybrało kard. Roberta Prevosta na papieża. Ale wówczas plany tej, pierwotnie zaplanowanej na wiosnę, pielgrzymki były dawno gotowe. W tureckim İzniku (dawnej Nicei, gdzie odbył się w 325 roku sobór) przy miejscach pierwszych chrześcijańskich bazylik trwały już prace archeologiczne i konserwatorskie. Wszystko trzeba było jednak przełożyć. Okienko możliwości otworzyło się na jesień i Leon XIV postanowił je wykorzystać.

Dyplomacja stołu, nie trybuny

Przylatując do stolicy Turcji, Ankary, Leon XIV powitany został przez przedstawicieli władz lokalnych i dzieci z bukietem białych kwiatów. Scheda XX-wiecznej historii Turcji, rzeź Ormian i budowa laickiej republiki przez pierwszego świeckiego przywódcę kraju, Atatürka, odcisnęła się najmocniej właśnie w stolicy kraju. Protokół dyplomatyczny, jak w przypadku każdej pielgrzymki, wymaga też spotkań z przywódcami kraju i odebrania żołnierskiego salutu. I tu przydała się pasja Leona XIV do nauki nowych języków. Idąc wzdłuż szpaleru tureckich żołnierzy, tuż obok prezydenta Recepa Erdoğana, powiedział po turecku: „Czołem żołnierze!”, czym wywołał wiele radości wśród gospodarzy.

Później jednak przyszło spotkać się z przywódcami kraju, który znajduje się w miejscu wyjątkowym na mapie świata, będąc kluczem do europejskiego bezpieczeństwa, konfliktów na Bliskim Wschodzie i Ukrainie, strzegąc dostępu do Morza Śródziemnego i dróg lądowych do serca kontynentu. To w takich okolicznościach przyszło mówić o pokoju, rodzinie i odpowiedzialności bez względu na okoliczności. Te współczesne wyzwania znalazły odpowiedź w papieskim wystąpieniu. W kraju z „małą trzódką” katolików był to cichy, a zarazem radykalny manifest: powrót do źródeł poprzez ciszę i drogę małości, nawet kiedy trzeba mówić o rzeczach najważniejszych.

„Mała trzódka” w Turcji

Już pierwsze godziny w Turcji pokazały tę logikę. Papież, który z natury unika wielkich gestów, idzie konsekwentnie w stronę tego, co skromne i proste. Drugiego dnia pielgrzymki w katedrze Ducha Świętego w Stambule, dokąd przyleciał z Ankary już wieczór wcześniej, zgromadzili się nieliczni w Turcji katolicy. Leon XIV mówił wprost, że Kościół nie potrzebuje rozgłosu. „Bóg wybrał drogę małości” – przypomniał, jakby chciał zatrzymać wszystkich w miejscu i zmusić do myślenia, czy aby na pewno wierzymy jeszcze w moc tego, co niewidoczne, czy walczymy tylko o lajki i wyświetlenia.

Turcja – kraj, gdzie chrześcijanie są niemal statystycznym marginesem – staje się w tej pielgrzymce kolejnym laboratorium wiary XXI wieku. Papież nie udaje, że katolicy mogą tu zmieniać świat liczbami czy strukturami. Prosi o to, by byli zaczynem: cichym, ale niezbędnym. W mieście, gdzie minarety wznoszą się ponad kopułami dawnych bazylik, a historia bizantyjska i republikańska stale się ze sobą ścierają, słowa o małości nabierają wyjątkowej wagi. To przypomnienie, że Kościół żyje nie dzięki temu, że jest widoczny, ale dzięki temu, że jest wierny i trwa. Jak rozciągnięte nad Bosforem mosty, symbol tej pielgrzymki.

Następnego dnia papież wyruszył do İzniku, dawnej Nicei. Już sam lot śmigłowcem w stronę wzgórz Azji Mniejszej miał w sobie coś symbolicznego. Świat patrzy dziś na chrześcijan jak na rodzinę w stanie separacji, a Leon XIV nie boi się tego nazwać, mówiąc o „skandalu podziałów”. W Nicei nie wygłosił też teologicznego wykładu, nie przedstawił nowych propozycji ekumenicznych. Po prostu modlił się z patriarchą Bartłomiejem I na drewnianej kładce, rozciągniętej między ruinami rzymskich bazylik. To tam – siedemnaście stuleci po pierwszym soborze – wybrzmiał sens pontyfikatu: jedność rodzi się nie z debat, lecz ze wspólnej modlitwy.

Pielgrzymka ciszy i sensu

Po powrocie nad Bosfor znów była cisza. Papież przeszedł przez progi Błękitnego Meczetu w Stambule, vis-à-vis majaczącej kilkaset metrów dalej Hagii Sophii. Bosymi stopami stanął na marmurze, jak wcześniej przed nim Paweł VI, Benedykt XVI i Franciszek. Ten gest, bardziej niż spotkania z władzami, streszcza filozofię dialogu, będącą podstawowym wyznacznikiem tej pielgrzymki. Nie chodzi o spektakularne porozumienia, lecz o obecność. O milczącą zgodę na to, że pokój zaczyna się od szacunku, spotkania, obecności i dialogu, a może nawet od delikatnego papieskiego uśmiechu, którym spogląda na zgromadzonych dookoła. Nawet jeśli, tak jak podczas spotkania z młodymi na Volkswagen Arenie czy uczestniczeniu w Boskiej Liturgii, deklaracji i symboli nie brakuje. W Stambule bowiem papież podpisał z patriarchą Bartłomiejem I deklarację, w której obaj przywódcy zobowiązali się m.in. do podejmowania starań o ustalenie wspólnej daty obchodzenia Wielkanocy.

Papieska podróż nie zakończyła się jednak na Turcji. Jej drugi akt rozegrał się w Libanie – kraju, który sam w sobie jest przypowieścią. Po wylądowaniu w Bejrucie papieża witano chlebem i wodą, tradycyjnymi znakami gościnności. Tłumy na ulicach, watykańskie flagi, banery i wszystko to, co znamy z papieskich podróży zagranicznych, a czego w laickiej Turcji nie było. W kraju naznaczonym kryzysem gospodarczym, migracjami i polityczną niemocą papieska obecność brzmi jak sama Ewangelia. Leon nie przyjechał tu do „małej trzódki”, by wygłaszać diagnozy, choć dobrze zna libańskie pęknięcia. Przyjechał do ostatniego chrześcijańskiego kraju w regionie, aby być, nadać sens i dać nadzieję; już nie tylko mówić o pokoju, jak w Turcji, ale być jego pielgrzymem. Liban jest miejscem, gdzie Kościół ma się nauczyć, że nadzieja jest możliwa nawet wtedy, gdy wszystko wokół mówi „nie”.

Wąska ścieżka

Dlatego ta pielgrzymka była tak ważna. Leon XIV pokazał światu i Kościołowi, że nawet w czasach globalnych pęknięć istnieje ścieżka, po której można iść. Nie jest szeroka i nie jest wygodna, ale jest prawdziwa. Kiedy Kościół bywa kuszony wielkimi planami, władzą i spektaklem, to droga małości. Leon XIV podczas swojej pierwszej pielgrzymki zagranicznej przypomniał, że prawdziwa obecność Chrystusa często bywa ledwie dostrzegalna – jak w Nazarecie, jak w Betlejem, jak w Kościele pierwszych wieków czy jak w drodze prowadzącej do Nicei. 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł
Michał Kłosowski

Artykuł pochodzi z numeru 49/2025