Dwumilimetrowe mrówki na moim laptopie pojawiają się ni stad ni zowąd. Wędrują pomiędzy klawiszami niczym w labiryncie, w którym w rzeczywistości są. Zostawiłam na noc laptopa na podłodze, mrówki natychmiast go zasiedliły. Teraz, kiedy go otworzyłam, wychodzą ze szpar, z samego wnętrza, z brzucha laptopa, który składa się z płyt usianych elektroniką. Świetnie to sobie wyobrażam.
Jestem na południu Europy i odpoczywając na morskim piasku czytam o południu Stanów Zjednoczonych. O tych terenach, które nazywane są Głębokim Południem lub nawet Ciemnym Południem. Więc znowu William Faulkner, który leżał na mojej tzw. kupce wstydu wiele, wiele lat, o czym chyba niedawno pisałam, wspominając o literaturze stamtąd. Obecnie czytam jedną z jego najważniejszych powieści, pt. Absalomie, Absalomie…. Przekład jest stary, przypuszczam, że jeszcze w tym roku ukaże się nowy. Tłumacz, Piotr Tarczyński, w czerwcu oświadczył w social mediach, że właśnie minął półmetek i już może powiedzieć, że tytuł będzie pozbawiony wielokropka i zabrzmi, tak jak w oryginale: z wykrzyknikiem.
Faulkner, urodzony w 1897 roku w stanie Missisipi, uczynił z południa Stanów Zjednoczonych bohatera swoich opowieści o rozkładzie i upadku: rodzin, społeczeństw i systemów. Do tego pisze tak, jakby był bardziej współczesny niż współcześni pisarze, korzystając z różnych zabiegów formalnych, nie trzymając się chronologii, biorąc pod uwagę różne punkty widzenia, drążąc psychologię swoich bohaterów w sposób nienachalny, pozornie niedbały, a w końcu każąc się domyślać i niczego nie być do końca pewnym. I do tego te jego zdania, po wielokroć złożone, mające nawet kilkadziesiąt słów, meandrujące, pozbawione często ułatwiających kierunek myśli przecinków, a jednak dające się wybaczyć.
Południe Faulknera to całe uniwersum, z własnymi mitami i przeszłością. Straszną przeszłością, naznaczoną koszmarem niewolnictwa i rasizmem. Nie mogę się oderwać od Absaloma…, w którym prawda ukazywana jest warstwowo i jeszcze do końca nie wiem, czym jest. Na razie więc przeraża mnie Południe i ciężar winy za owo bogactwo wielu amerykańskich rodzin, spływające ludzką, czarną krwią. Patos? Może i patos, ale, no cóż, strywializowany, patos, któremu lektura Faulknera przywraca należne sobie miejsce w historii ludzkości.
Przypomina mi się słynna powieść Harper Lee Zabić drozda, której akcja dzieje się w latach 30. w miasteczku w Alabamie, gdzie ojciec bohaterki broni czarnego mężczyzny oskarżonego o gwałt na białej kobiecie, stając się wzorem dla amerykańskiego społeczeństwa zmagającego się z demonami rasizmu. Mało kto wie, że początkowo bohater tej powieści miał postawę zgoła odwrotną. Był urodzonym Południowcem, wychowanym w atmosferze rasizmu, przekazywanej od pokoleń, od której nie można uciec, gdzie najskrajniejszy biały biedak i cham, złodziej, morderca i włóczęga zawsze znaczył więcej niż każdy inny z choćby jedną ósmą czarnej krwi. Harper Lee chciała się z takim Południem, jakie znała – bo stamtąd pochodziła – rozliczyć. Jednak uległa redaktorce, która uznała, że Ameryka potrzebuje bohatera.
Faulkner się nie patyczkował.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









