Czasem sobie wyobrażam, że w blok, w którym mieszkam, uderza rakieta. Albo w ten naprzeciwko. Lub nawet kawałek dalej. Myślę o tym coraz częściej wtedy, gdy słyszę o kolejnych nocnych atakach na Kijów, a potem oglądam zdjęcia ze zniszczeń: czyjeś zrujnowane mieszkania, ludzi siedzących na trawnikach i patrzących na to, co zostało z ich domu. To jak ruletka. Wyobrażam sobie, że siedząc w schronie, piwnicy lub metrze zastanawiają się, na kogo trafi tym razem: kto będzie rano płakał, kto będzie układał sobie życie od nowa… A czy przypadkiem nie dotyczy to wszystkich? Każdy w Ukrainie ma kogoś na froncie, kogoś, kto na froncie zginął, lub kogoś, kto wrócił stamtąd bez nogi lub ręki. Żyje więc z lękiem w każdej chwili, choć przecież trzeba chodzić do pracy, troszczyć się o rodzinę… Myślę, że strach to słowo, które opisuje życie każdego Ukraińca.
Mam znajomego artystę malarza, który mieszka we Lwowie. Lwów jest w miarę bezpieczny – rakiety i drony dolatują tam rzadko. Ma on brata na froncie. Sam boi się wychodzić z domu, bo w każdej chwili może zostać zabrany – też na front. Wcale mu się nie dziwię, że tego nie chce. Łatwo jest powiedzieć: hurra, będę bronić ojczyzny. Albo wydawać opinię, kto powinien z radością i odwagą siedzieć w okopach. A przecież można się bać: śmierci, straconej nogi, rozerwanej twarzy, samotności pozostawionej rodziny. W miastach Zakarpacia, które jest najdalej od frontów tej wojny, rehabilitują się żołnierze po urazach. To pejzaż pełen kalek, okaleczonych młodych ludzi. Nie życzę sobie romantyzowania wojny, tej całej narracji o tym, że bohaterstwo, honor, odwaga. Ja sobie myślę, że wojna to strach.
Fundacja Folkowisko organizuje w Polsce od początku wojny obozy terapeutyczno-wypoczynkowe dla dzieci poległych lub zaginionych żołnierzy ukraińskich. To głownie dzieci ze wschodniej Ukrainy. Kiedy przyjeżdżają, cierpią na bezsenność i wiecie, w co się bawią? W wojskowe centrum rekrutacyjne, w pole minowe i w „gruz-200”, czyli transport poległego żołnierza. Każdy odgłos syreny wyzwala w ich panikę. Płaczą, kiedy usłyszą dźwięk dla nas całkowicie codzienny.
Na portalu sestry.com czytam różne ludzkie historie, często opowiadane przez kobiety: przez matki, przez żony, przez żołnierki i weteranki. Na przykład o tym, jak trudno wrócić do domu, bo wojna przecież nie znika, kiedy zrzuci się mundur – to jest wciąż trwanie na froncie w niebezpieczeństwie, w ciągłym zagrożeniu życia, choć przecież można się już wyspać w swoim łóżku i przytulić dzieci.
Czytam i naprawdę potrafię sobie to napięcie wyobrazić. I bardzo nie chcę, żebym musiała to przechodzić. Dlatego cieszę się, gdy słyszę ukraiński język w tramwaju, sklepie, w parku. Bo to oznacza, że akurat te osoby są bezpieczne, że nie zrywa ich w nocy alarm, i że nie muszą siedząc w schronie, zastanawiać się, czy to w ich dom trafia właśnie rosyjski dron.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.









