Na Odyseję poszłam ponad dwa tygodnie od premiery. Po pierwsze – ze względu na to, że byłam w rozjazdach, a po drugie – nie cierpię premierowego szału całego świata na ewidentnie popcornowe kino. Więc trochę z przekory: tłumy idą, to ja właśnie nie. Co więcej, irytował mnie zalew internetowych, radiowych, gazetowych i blogowych opinii. W życiu nie pamiętam, żeby jakikolwiek film wywołał tyle przeróżnych zdań. Wydawało mi się przez moment, że po prostu każdy czuje wewnętrzny przymus, żeby się wypowiedzieć – i to koniecznie mentorskim tonem, czyli: „pozjadałem wszystkie rozumy i wiem najlepiej, jak się powinno zekranizować Odyseję”. Jedyne, co mnie w tym szumie cieszyło to fakt, że ludzie masowo zaczęli czytać oryginał. Gdyby premiera była przed maturami, a jeden z tematów dotyczyłby Homera i jego dzieła – wszyscy by zdali. Można być spokojnym, nareszcie jeden z najważniejszych mitów obecnych w kulturze zostanie rozpoznany przez większość korzystających z kultury osób i to pewnie na całym świecie. Christopher Nolan może sobie pogratulować.
Do kina zaciągnął mnie mąż, przekonując, że spędzę fajny wieczór. Środek tygodnia, Odyseja jest grana w każdym kinie w mieście, i to po kilka seansów dziennie, byłam więc pewna, że sala będzie pustawa. Oczywiście nieprawda – była niemal w stu procentach pełna. Owszem, przez niemal trzy godziny wcale się nie nudziłam. Owszem, Agamemnon za bardzo przypominał mi Lorda Vadera, a hełmy Odyseusza i jego ludzi wyglądały trochę jak te ze straganów w Biskupinie. Za to Cyklop (i nawiązanie do Saturna pożerającego własne dzieci Goi) – pierwsza klasa. Kompletnie za to nie przeszkadzała mi czarnoskóra Helena (kto powiedział, że mit dotyczy tylko białej rasy ludzkiej?), a raczej zastanowiła jej nieoczywista uroda – to, co rozumiemy przez słowo „piękna” i jej twarz nosząca ślady wojny. Bo wojna jest u Nolana najważniejsza, a raczej to, do czego prowadzi. Co opiewają wszelkie eposy naszej cywilizacji? Wojnę i jej bohaterów. A cóż oni takiego robią? Jak świat światem mordują. Czy nie o to ostatecznie chodzi w wojnie? Żeby zwyciężyć? A stanie się to wtedy, gdy się większego dokona zniszczenia. Podstęp, morderstwa, grabieże, gwałty, okaleczenia. Ktoś komuś to robi, a potem świętuje. Im więcej ofiar, tym lepiej. Co więc od wieków wychwalamy? Morderstwa. Prowadzone w imię czego? Wcale nie honoru, lecz pieniędzy.
Gdzieś czytałam, jak znawca starożytności (nie przypomnę sobie, kto to był) tłumaczył, że pokazany przez Nolana zespół stresu pourazowego Odysa jest niemożliwy, bo dla ludów dawnych czasów wojna była normą, więc traumy nie powodowała. Może i tak, nie będę się upierać. Ale film Nolana jest rodzajem baśni, którą można interpretować, a tych wątków jest tu całe mnóstwo. Przybliża nam Odysa, uwspółcześnia go i po wojennych przejściach poddaje terapii u nimfy Kalipso. Podobała mi się idea „ludzi z morza” – tych obcych, których się boimy, że nadejdą i zmienią w ruinę nasz znany świat. Tymczasem to my i nasze działania są dla świata największym zagrożeniem. I tak, Nolan w ewidentnie plastikowym opakowaniu podał nam przygodowe kino na nasze czasy.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









