Nic mi się tak nie kojarzy ze świętem zmarłych jak łemkowskie łąki. Bo na tych łąkach, na ich skrajach, w kępie drzew, tam, gdzie kiedyś stała cerkiew, obok, ostał się cmentarz. „Ostał się” – nigdy bym tak nie powiedziała, a tym razem pasuje jak ulał. Pusta Łemkowyna, którą poznaje się podczas pieszych wycieczek, kiedy można tak iść i iść, i nikogo nie spotkać. Nikogo oprócz duchów.
Zaczęłam tam jeździć jakieś dwie dekady temu. Najpierw wydawało mi się, że trafiłam na koniec świata znaczony kamiennymi krzyżami i nazwami nieistniejących miejscowości. Potem udało mi się dojrzeć więcej śladów. Skarłowaciałe już drzewka owocowe. Pola mięty. Kępy pokrzyw. Fragmenty fundamentu w chaszczach. Lipy i kasztanowce. Wszystko to są ludzkie ślady. Kiedy się tak szło piaszczystą ubitą drogą i już się te ślady zauważało, to z łatwością można było wyobrazić sobie życie. Zawsze, od początku, miałam poczucie obecności, ludzkiej i niewidzialnej. Dopiero kilka lat później pojawiły się przy drodze drewniane framugi drzwi, na których wypisano nazwiska osób żyjących w tym miejscu przed akcją „Wisła”. Niektóre z tych nazwisk powtarzały się na nagrobkach zarośniętych chwastami, zanim o cmentarze zadbali ludzie dbający o pamięć.
Łemkowyna to kraina cmentarzy i dlatego przypomina mi się jej krajobraz we wczesnolistopadowym czasie. Snują się mgły, powietrze jest nieprzezroczyste, zszarzałe, przydymione, pachnące zgniłymi liśćmi. W ziemi leżą pozostawieni zmarli. Oprócz tych przycerkiewnych cmentarzy, najczęściej wśród starych lip, są jeszcze cmentarze wojskowe. Rozgrywały się tu sprawy światowe. Przemarsze wojsk. Wielkie bitwy wśród łagodnych wzniesień ciągnących się aż po horyzont. Zanim w maju 1915 roku sytuacja dojrzała do wielkiej bitwy gorlickiej, przez kilka miesięcy stawali naprzeciwko siebie młodzi mężczyźni z różnych armii po to, żeby się zabić. A potem, w ciągu trzech gorlickich dni, zginęło ich dwadzieścia tysięcy. Rosjan, Niemców, Węgrów, Austriaków, Ukraińców, Czechów, Słowaków, Polaków. Leżą sobie teraz pod beskidzkim niebem, bez podziałów, jeden obok drugiego. Niezależnie od wyznania, narodowości, strony konfliktu. Nie wiem, czy gdziekolwiek na świecie są takie cmentarze, czytałam, że nekropolie wojskowe w Beskidzie Niskim to ewenement. Jest ich kilkaset. Mają swoich architektów i odmienny styl. Nie pochowano poległych w jednym masowym grobie, każdy ma swoją mogiłę, krzyż i imię. Przełęcz Małastowska, Ożenna, Czarne, Długie, Konieczna. W Radocynie napis w języku niemieckim: „Nie znaliśmy życia drugiego człowieka, teraz śmierć nas połączyła”.
Przenoszę się więc myślami tam, gdzie nie ma już wrogów, wszyscy są tak samo ważni i tak samo równi. Myślę sobie, jak bardzo to symboliczne. I jak znamienne dla dzisiejszego świata, który tak lubuje się w szukaniu w drugim nieprzyjaciela.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









