Polska surrealistka, której retrospektywa trwa właśnie w Wiedniu, w swoich onirycznych pracach wspominała traumę Zagłady i osobistych doświadczeń. Jej obrazy wychodzą poza ramy, biomorficzne abstrakcyjne formy zapadają w sen, pełzając po powierzchni baśni lub koszmarów. Erna Rosenstein ucieka przed samotnością w świat wyobraźni.
W Polsce proces odzyskiwania pamięci o niej rozpoczął się w 2011 roku, a więc kilka lat po jej śmierci. Trzy wystawy (dwie w Warszawie i jedna w Poznaniu) złożyły się na interesujący portret artystki, która była nie tylko malarką pracującą w różnym tworzywie, ale i poetką. Po raz pierwszy Europa zobaczyła jej prace na wystawie w Zurychu cztery lata temu. Teraz prezentowane są w salach wiedeńskiego Belvedere. Osiemdziesiąt prac pokazuje, jak jej sztuka ewoluowała, jak wymykała się wszelkim ograniczeniom i opisom. Z jednej strony to zapis straty i traumy, z drugiej pokaz witalności i poczucia humoru. Austriaccy krytycy podkreślają jej wewnętrzną siłę i odporność, i piszą o realizmie magicznym. Erna Rosenstein często mówiła o poczuciu nadzwyczajności, które ujawnia się w sztuce.
Erna komunistka
W Ninatece można odsłuchać nagrań z cyklu Zapiski ze współczesności, w których wspomina swoje dzieciństwo i młodość. Urodziła się w 1913 roku we Lwowie w rodzinie zasymilowanych Żydów. Ojciec był prawnikiem, matka uwielbiała poezję. Nie byli pobożni, nie brali udziału w religijnym życiu diaspory, jako rodzice nowocześni posyłali dzieci do polskich szkół. Erna Rosenstein, opowiadając o swoim dzieciństwie, przedstawia je baśniowo. Magiczne zabawy w domy dla złych duchów, aby w nocy nie nawiedzały nikogo w koszmarnych snach, rytuały dla ożywienia martwych zwierząt znalezionych w krzakach, „modlitwy” i zaklęcia, malowanie kamyków w szalone barwy i rozrzucanie ich w trawie. Szczęśliwe dzieciństwo w Krakowie, w postępowym i zamożnym domu, w którym niczego nie brakowało. A jednak w szkole, jeszcze przed maturą, porwała ją idea rewolucji, zafascynował bunt robotniczy i niedola uciśnionych. To, co na początku wyglądało na zwykłą fazę buntu nastolatki, mogło mieć niezbyt przyjemne następstwa, bo organizacje komunistyczne były w Polsce nielegalne. Rodzice, którzy doskonale o tym wiedzieli, zaraz po maturze wysłali ją do Wiednia, gdzie mieszkała siostra matki, i zapisali do szkoły artystycznej dla kobiet z nadzieją, że zmieni towarzystwo. Tyle że w Wiedniu środowiska komunistyczne działały bardzo sprawnie – to tu nauczyła się konspiracji, co potem przydało jej się podczas okupacji. Tak zawsze twierdziła. Kiedy wróciła do Krakowa, gdzie na tamtejszej ASP była studentką w pracowni Wojciecha Weissa, lewicowe poglądy były w środowisku artystycznym na świecie spotykane. To w Wiedniu dowiedziała się, że sztuka może się łączyć z ruchami politycznymi i dla niej to było całkowicie jasne. Jej działalność polityczna bywała kłopotliwa, w maju 1939 roku po pierwszomajowych demonstracjach została aresztowana. Podczas rozprawy jej adwokatem był jej ojciec. A co ze sztuką? Obracała się w środowisku Grupy Krakowskiej, przyjaźniła się z Jonaszem Sternem, także Żydem i także komunistą.
A zaraz potem wybuchła wojna.
Erna samotna
Przenieśli się do Lwowa, dość szybko wyrobili sobie fałszywe aryjskie papiery, tak, że kiedy znaleźli się w getcie, czuli się początkowo bezpiecznie. Stern przeżył likwidację getta we Lwowie, wydostając się spod ciał zabitych. Ernie z rodzicami udało się wydostać z getta w ostatniej chwili. Wiedzieli, że nie mogą zostać we Lwowie, gdzie w każdej chwili mogli zostać rozpoznani, pojechali do Warszawy, gdzie byli zupełnie anonimowi. Pewien mężczyzna poznany w noclegowni prowadzonej przez zakonnice namówił ich na wyjazd na wieś. Twierdził, że zna ludzi, u których będą mogli wynająć pokój. Uwierzyli. Wysiedli z pociągu jadącego w kierunku Małkini. W lesie mężczyzna związał Ernę i zamordował jej rodziców. „Miał nóż, w którym odbijał się księżyc” – wspominała malarka. Uciekając, słyszała krzyki matki. Znalazła schronienie w wiejskiej chacie, okazało się, że jest ranna – kolejne dni spędziła w szpitalu przesłuchiwana przez policję. Znowu uciekła. To było pasmo ucieczek, i tak przez całą wojnę. W Warszawie co chwila zmieniała nazwisko i miejsce zamieszkania. Pomagał jej były mąż, którego przypadkiem spotkała. Koniec wojny zastaje ją w Częstochowie. Wszyscy się cieszą, a ona nie. „Samotna, wolna, stałam bez nikogo” w tłumie radujących się i ściskających się ludzi.
Miała brata. Paul Rosenstein-Rodan, słynny ekonomista, już od przedwojny mieszkał w Anglii, potem wyjedzie do Stanów Zjednoczonych. Sfinansował jej podróż do Europy. Była w Londynie, Paryżu, jeździła do Włoch i Szwajcarii. W Krakowie przystąpiła do Grupy Młodych Plastyków, do Związku Artystów Plastyków i do Polskiej Partii Robotniczej. Ze swoim mężem, poznanym w Paryżu, krytykiem literackim Arturem Sandauerem, przeniosła się do Warszawy. Ciekawe – zagorzała komunistka i zwolenniczka mariażu sztuki i polityki absolutnie nie zgadzała się na socrealizm. „Albo partia się myli, albo ja. Czas pokaże” – miała powiedzieć. Mimo to wróciła z mężem z Paryża do Polski i postanowiła tworzyć w kraju, w którym oprócz socrealizmu trwała antysemicka nagonka. Jej prace zaczęły być pokazywane na wystawach dopiero po okresie odwilży. Była współzałożycielką Drugiej Grupy Krakowskiej, związała się ze środowiskiem Krzywego Koła, w którego galerii odbyła się jej pierwsza indywidualna wystawa w 1958 roku. Ale prawdziwym sukcesem była duża wystawa w Zachęcie w 1967 roku, którą jeszcze wtedy kierowała Gizela Szancerowa, zanim musiała wyjechać z kraju w marcu 1968 roku. Tę wystawę aranżował Tadeusz Kantor i krytycy niestety zamiast na pracach Erny Rosenstein skupili się właśnie na nim. „Miesięcznik Literacki” zwrócił się wtedy do niej – podobnie jak do innych ważnych postaci sztuki: „Proszę wymienić ważne fakty, które wpłynęły na pana/pani twórczość”. Odpowiedziała: „Diabeł, który stanął w nocy przy moim łóżku. Bardzo wysoka pani w niebieskiej nadmiernie zwężającej się sukni, która wyszła z morza. Różowe niebieskie i białe anielice o czarnych włosach, być może z cukru, a być może ze śniegu. Czarne korytarze o wielu drzwiach. Krajobrazy z drobnymi szczególikami, pełne banalnych kwiatków, motyli i różnych ślimaków”.
Erna cudotwórczyni
Wszystko to malowała. Inspirowali ją surrealiści, których wystawy widziała jeszcze w latach 30. w Paryżu a także sztuka niemieckich ekspresjonistów. W swoich obrazach, tylko na początku figuratywnych, hołdowała baśniowej poetyce, mieszała porządki fantastyczne z realnymi, przekraczała granice, uwalniała wyobraźnię ze schematów i granic. Podświadomie przypuszczamy, że zapisuje w ten sposób swoje sny, w których kotłują się myśli i fantazje przybierające formę gęstwiny organicznych form. Niektóre biorą początek w przeżytej traumie. Wstrząsające są obrazy przedstawiające jej rodziców – z oderwanymi głowami, istniejącymi w oderwaniu od ciała. Twarze rodziców to jedyne elementy figuratywne w jej obrazach i rysunkach, ślady przeżytej traumy łatwo odnaleźć: las, krew, nóż, księżyc. Oprócz obrazów dużo rysowała, wykonała mnóstwo szkiców i niewielkich rysunków porytych pnączem cienkiej kreski. Dobrze czuła się w technice kolażu, korzystała z przedmiotów codziennych, budując asamblaże, czyli trójwymiarowe obiekty – podobnie jak Kantor i Hasior. Korzystała z kolorowych papierków, opakowań, kapsli, guzików, szkiełek, wszystkiego tego, co już nieużyteczne, co nadawało się na śmietnik. Tak jakby chciała nie tyle podnieść ten przedmiot do rangi sztuki, ale ocalić od zapomnienia. Potrafiła zobaczyć w tych „śmieciach” światło, były dla niej drobiazgami, z których składa się cudowność codzienności. „Przyleciało, zaczepiło się o ścianę – mówiła – świeci swoim światłem z odrobiną farby”. Poezja? Tak, owszem, bo Erna Rosenstein pisała także wiersze, jest autorką kilku tomików poetyckich. Z wielu bije smutek, ale potrafiła go przełamać żartem i żywym energicznym usposobieniem. Potrafiła żyć i upiększać codzienność.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.









