O miłości i o śmierci

Napisała o sobie: „W tym, co robię, to znaczy w swoim pisaniu, czuję się od dawna outsiderem”. Zmarła Urszula Kozioł, poetka, która się nie wychylała, którą nakryła popularność innych, przecież bardzo niesprawiedliwie.
Czyta się kilka minut
Urszula Kozioł była aż pięciokrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike. Otrzymała ją w 2024 r. za tom poezji Raptularz | Fot. Wojciech Olkuśnik/ East News
Urszula Kozioł była aż pięciokrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike. Otrzymała ją w 2024 r. za tom poezji Raptularz | Fot. Wojciech Olkuśnik/ East News

Poezja jest w ogóle współcześnie traktowana źle. Kilkoro dyżurnych, już nieżyjących, wydaje się, że wystarcza potrzebom przeciętnego czytelnika literatury pięknej. Tym żyjącym poświęca się zdecydowanie za mało czasu. Umierają i wtedy nadarza się okazja, żeby stwierdzić, jak poruszająco posługiwali się słowem, z jaką maestrią przekazywali to, co najważniejsze, z jaką delikatnością zapraszali do wnętrza egzystencji wypełnionej tęsknotą, czułością i bólem. Urszula Kozioł napisała o sobie: „W tym, co robię, to znaczy w swoim pisaniu, czuję się od dawna outsiderem”. Teraz czytam jej wiersze i nie mogę się oderwać. Myślę, że za późno, ale z drugiej strony odpowiadam sobie: nie jest za późno, zawsze jest dobry czas na poezję.
O Urszuli Kozioł usłyszałam po raz pierwszy w 2011 roku, kiedy otrzymała nagrodę Silesius za całokształt twórczości, a przecież już w 2006 roku jej tomik Supliki był nominowany do Nagrody Literackiej Nike, tak jak dwa lata później tom Przelotem, w 2015 Klangor, a w 2017 Ucieczki. W 2015 roku za Klangor otrzymała Nagrodę Literacką m. st. Warszawy. Rok temu tom Raptularz, ostatni zbiór jej wierszy, zdobył Nagrodę Literacką Nike, co spowodowało większe zainteresowanie twórczością ponad dziewięćdziesięcioletniej poetki. Wymieniam te wyróżnienia dlatego, żeby pokazać, jak poezja Urszuli Kozioł była szeroko doceniana w ostatnich dwóch dekadach, bo wprawdzie wcześniej również (np. w 1969 r. Nagroda Fundacji im. Kościelskich), ale w znacznie węższych kręgach czytelniczych.
Najczęściej cytowany po śmierci poetki wiersz nosi tytuł Z niczym tu przyszłam. Napisała go mniej więcej sześć lat temu. Przytoczę go i ja:

„…z niczym tu przyszłam/ i odejdę z niczym/ i wkrótce będzie jakby mnie nie było”.

Z pokolenia „Współczesności”
Urszula Kozioł urodziła się w 1931 roku w Rakówce, w niewielkiej wsi w województwie lubelskim, gdzieś za Zamościem, dokąd przenieśli się rodzice po 1918 roku, żeby zostać nauczycielami w wiejskiej szkole. Wspominała, że w domu było mnóstwo książek, czytało się przy naftowej lampie Kochanowskiego, Słowackiego, Mickiewicza, ale i Leśmiana. Mama miała aktorski talent, więc recytacje były na wysokim poziomie, nie żadne zwykłe czytanie na głos. Prowadziła zresztą teatr szkolny, ojciec natomiast chór. W wywiadzie, jakiego udzieliła Wojciechowi Szotowi („Gazeta Wyborcza”), powiedziała: „Moje wiersze wzięły się stąd, że najpierw w ogóle nie mówiłam. Długo”. Odezwała się pewnego dnia, bo żal jej się zrobiło starszej siostry, która po raz kolejny przed gośćmi musiała popisywać się recytacją jakiegoś głupiutkiego wierszyka. Pierwsze wiersze pisała w zeszycie i pokazywała swojej nauczycielce. Były o miłości, bo akurat się zakochała, i to nieszczęśliwie. Ojciec zwrócił jej uwagę, że pierwszy wiersz powinna napisać o mamie. Najważniejsze było jednak doświadczenie rytmu słów wypowiadanych na głos i układających się w melodię całości. Dom rodzinny był niewielki, w nim duża biblioteka, życie raczej ubogie i pracowite, ale wypełnione literaturą i muzyką przy jednym dla wszystkich stole. Wokół oprócz Polaków: Rusini, Żydzi, Ukraińcy, niemieccy koloniści. Wiele języków, wiele brzmień, wiele dialektów.
Aż nadeszła wojna. W grudniu 1942 roku nastąpiły wysiedlenia – to traumatyczne wydarzenie porzucenia domu i ucieczki opisała dopiero w 2016 roku, w poemacie Ucieczki, z punktu widzenia kilkuletniej dziewczynki – obserwatorki i uczestniczki wydarzeń nie do końca zrozumiałych. O ciągłych przeprowadzkach, o utracie dopiero co oswojonych miejsc, o odtwarzaniu w pamięci topografii miejsc mówi też ten wiersz. I jest boleśnie aktualny, bo wspólny doświadczeniom wszystkich dawnych i współczesnych migrantów: 

„tysiące uchodźców którzy dzisiaj/ 
na oczach świata potonęli/ w drodze do raju”.

Rodzina Urszuli Kozioł uniknęła przesiedlenia, po ucieczce schronili się u rodziny matki, w Krzeszowie Dolnym nad Sanem. Tam uczęszczała na tajne komplety gimnazjalne, maturę zdała w 1950 roku w liceum w Zamościu i rozpoczęła studia polonistyczne na uniwersytecie we Wrocławiu. Najpierw poszła w ślady rodziców i przez kilka lat uczyła w liceum w Bystrzycy Kłodzkiej, a potem we Wrocławiu. Jednocześnie oddała się poezji.
Lata 50. i 60. we Wrocławiu były aktywne dla środowiska literackiego. Pojawiali się pisarze i poeci, od 1956 roku działało pismo „Poglądy”, powstał Teatr Laboratorium założony przez Jerzego Grotowskiego i Ludwika Flaszena, Teatr Pantomimy Henryka Tomaszewskiego, zaczął wychodzić miesięcznik „Odra”, działała scena Ośrodka Teatru Otwartego „Kalambur”. Można więc sobie z łatwością wyobrazić, że atmosfera kulturalna Wrocławia sprzyjała młodzieńczemu fermentowi twórczemu. Łatwo zapomnieć, że polska awangarda miała się na Dolnym Śląsku tak dobrze, bo przeważnie myśli się tylko o Warszawie, ewentualnie o Krakowie. Nie żeby Urszula Kozioł była od razu awangardzistką, ale w tym środowisku wymiana inspiracji była znacząca.

Deseń wiersza
„Język był zawsze dla mnie czymś frapującym, ponieważ przyszłam na świat w wielojęzycznej okolicy” – mówiła Urszula Kozioł w jednym z radiowych wywiadów, a przypominam o tym dlatego, że świadomość językowa miała tak wielkie znaczenie w jej poezji. Bezcenne, jak uważała. Tutaj jest dobry moment na dygresję – napisała też dwie powieści: Ptaki dla myśli i Postoje pamięci, w których pojawia się motyw świata wielu kultur, świata, który był jej doświadczeniem, a który bezpowrotnie zaginął. Język ją ciekawił. W wierszu Lingwa czytamy, że 

„kiedy pochwyci się choćby trzy/ albo pięć/ słów/ już cała gromada innych/ zbiega się/ przegrupowuje w osobliwym ordynku/ niczym drobinki mrozu/ układające się na szybach/ w deseń liścia”. 

Ważny jest rytm, czasem okoliczność, chwila, która wdziera się lub przedziera przez świadomość i każe pisać. Jedne formuły rodzą następne i „wiążą się ze sobą w dziwną, zawsze zaskakująca całość”. Wiersze się rodzą – mawiała – czasem nagle, w całości. Jak ten z Raptularza o tytule Altamira, gdzie nawet zapisała odnośnik informujący o okolicznościach jego narodzin („W pięć minut po obejrzeniu na TVP Kultura – 18 maja – Altamiry zdarzył mi się ten wierszyk zapisany w ciągu kwadransa, zainspirowany nieznanymi słowami… Ale dusza nie brała w tym udziału”). Co to znaczy, że „dusza nie brała w tym udziału”? Że słowa pochodziły z zewnątrz, a ona je tylko spisywała? A jeśli z zewnątrz, to skąd? Urszula Kozioł wspominała gdzieś proces pisania poematu W rytmie słońca 68, a zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Kilkanaście godzin pisania, do utraty tchu, do zmęczenia, które nie pozwoliło już nawet na zapisanie kolejnych słów. Zapamiętywała więc, uczyła się na pamięć tego, co przychodziło, bo nie miała siły wziąć już pióra do ręki.

„Smutek ogromnieje we mnie”
„Przytulam się do pamięci/ o ukochanym/ zanim stracę pamięć/ zanim przestanę być”,  

a nawet wprost w wierszu Zamęt: 

„Dzień/ w którym runęła na mnie samotność/ w majowy świt 2010”. 

Umarł wtedy mąż poetki, Feliks Przybylak. Byli nierozłączni przez ponad pół wieku. Tłumacz m.in. Celana, Rilkego, Musila. Od tej śmierci Urszula Kozioł pisała epitafia, treny, opisywała tęsknotę i samotność, lament nad utratą i skargę. Utraciła ukochanego, mężczyznę, przyjaciela, towarzysza. Utraciła też młodość, płeć i siebie. Ubywała. Od 2010 roku przeżywała żałobę w kolejnych tomikach: Klangor, Ucieczki, Znikopis, Momenty. Płakała słowami – jak mówiła – bo tych łez płynących z oczu już zabrakło. Jej ostatnie wiersze zawarte w Raptularzu wciąż przywołują Felka (tak o nim pisała, intymnie i osobiście, prywatnie). Starzy poeci mają szczęście, wiek działa na ich korzyść, zwykle, w pewnym wieku, zaczynają się żegnać ze światem, obciążeni mądrością życia, tym skarbem, którym się z nami dzielą. Na ostatniej stronie poetka wyjaśnia: „To tom o miłości i śmierci. O starości. O potrzebie rozmowy z samą sobą (od ja do ja), ale też z imaginacyjnym kochankiem. Z kimś, kogo nie znam, ale próbuję do niego trafić, wierszem w butelce. Jest tu mowa o dzieleniu się słowem i o zmaganiu z wierszem”. Napisała to, jakby nie wierząc w naszą umiejętność odszukania sensu. O tej butelce mówił Celan, że wiersz to taka poczta butelkowa, którą się wyrzuca i nie ma pojęcia, dokąd dotrze ani kto ją otworzy. Łapmy więc butelkę, którą wyrzuciła dla nas Urszula Kozioł.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 31/2025