W środę 8 stycznia lider Austriackiej Partii Ludowej (ÖVP), formacji, która bez mała nieprzerwanie rządzi republiką od chwili jej powstania, poinformował o przystąpieniu partii do koalicji ze zwycięską Partią Wolności (FPÖ). Tym samym scementowany został sojusz dwóch największych obecnie austriackich stronnictw, z których to drugie otaczane było dotąd „kordonem sanitarnym” wiodących partii politycznych.
We wrześniowych wyborach FPÖ otrzymała jednak prawie 30 proc. głosów, co w bezpre-cedensowy sposób wywindowało ją na pierwszą pozycję w kraju. Sam fakt, że pokonała ona niepokonaną dotąd faworytkę, ÖVP, mógł być uznany za sensację. Drugą sensacją stało się „wejście na salony” partii, której liderzy w mniej lub bardziej otwarty sposób odwołują się do nazistowskich kart przeszłości Austrii.
Dość ględzenia
Po kilku miesiącach prób sklejenia antyprawicowej koalicji, równie dramatycznych co bezskutecznych, 6 stycznia prezydent powierzył misję utworzenia nowego rządu szefowi FPÖ Herbertowi Kicklowi. Ten dość szybko uporał się z problemem, już po dwóch dniach uzyskując partnera do rządzenia w postaci ÖVP. Tym samym nowa koalicja, dysponując mocną, bezwzględną większością w parlamencie, nie musi się już oglądać na liberałów i zielonych, którzy w wyborach otrzymali zaledwie po kilka procent głosów. Ten zwrot w postaci podania ręki politycznemu pariasowi kosztował jednak burzę w partyjnym środowisku: lider ÖVP i dotychczasowy kanclerz Karl Nehammer musiał ustąpić, oddając fotel przewodniczącego austriackiej chadecji Christianowi Stockerowi.
To on wziął na siebie odium dogadania się z „nazistą” Kicklem. Zapewne również prezydent Alexander van der Bellen nie miał wesołej miny, udzielając misji człowiekowi, który jeszcze niedawno publicznie nazywał go „mumią”. Obaj panowie – van der Bellen i Stocker – zapewniali przy tym, że ich zaangażowanie we współpracę z FPÖ wiązać się będzie z troską o to, by w Austrii nadal obowiązywały standardy powszechnie przyjęte w Unii Europejskiej.
To jak jest w końcu z tym „nazizmem” Kickla i jego partii? Odpowiedź na to pytanie wymaga wyważenia. Trzeba tu uczciwie powiedzieć, że duża, a być może nawet przeważająca część owych zarzutów jest przesadzona lub wręcz wydumana. Wynikają one raczej z utrwalonych uczuleń lewicowej strony głównego nurtu europejskiej polityki niż z solidnie udokumentowanych uchybień. Przykład? Kickl, który w latach 2017–2019 pełnił urząd ministra spraw wewnętrznych, powiedział wtedy dziennikarzom, że uchodźcy, zanim zostanie im przyznany status azylantów, winni zostać „skoncentrowani” w jednym ośrodku na terenie Austrii. I właśnie to słówko – konzentriert – swoiste tabu w języku niemieckich polityków od czasu II wojny światowej, stało się przyczyną burzy: Kicklowi zarzucono, że chce budować obozy koncentracyjne. Ta fama nie odkleiła się odeń do dziś.
Z drugiej strony to właśnie język liderów FPÖ, ostry i wyzbyty poprawnościowego ględzenia, stał się napędem, jaki poprowadził tę partię do zwycięstwa. Coraz więcej Austriaków znużonych jest „konsensualną” narracją płynącą do nich z Brukseli i powtarzaną przez krajowe partie głównego (dotąd) nurtu. Uznają ją za puste słowa, więc dają głos na antysystemową prawicę.
Historia się powtarza
Przekaz Kickla dla uchodźców jest szorstki, ale bynajmniej nie rasistowski. To samo można powiedzieć o innych kwestiach, różniących FPÖ od innych czołowych partii i sprawiających, że „wolnościowcy” uznawani są za groźnych chuliganów austriackiej sceny politycznej. Czy zatem można uznać, że cały konflikt to tylko kwestia niepasujących do siebie kodów publicznej rozmowy? Otóż nie do końca, Kickl jako kanclerz i FPÖ jako partia rządząca to jednak pewien problem – nie tylko dla Austrii, lecz i dla całej Europy.
Zacznijmy od historii. Republiką Austrii, od momentu jej narodzin w 1918 r., rządzą przeważnie konserwatywni chadecy. Najpierw pod nazwą Partii Chrześcijańsko-Społecznej, później zaś, po wojnie, jako Partia Ludowa, czyli ÖVP. Byli przeciwnikami socjalistów i komunistów, jednak w odróżnieniu od hitlerowców, których nie brakowało również nad środkowym Dunajem, nie chcieli, by ich kraj został wchłonięty przez niemiecką Rzeszę. Dlatego w 1933 r., w momencie zwycięstwa Adolfa Hitlera, zawiązali sojusz z Włochami Mussoliniego, inicjując system nazwany austrofaszyzmem. Nie brzmi to przyjemnie, jednak ustrój ówczesnej Austrii, choć autorytarny, nie był zbrodniczy. Pozwolił za to, w tym niemieckojęzycznym kraju, utrzymać dystans wobec totalitarnych Niemiec. Działało to jednak tylko przez pięć lat. W 1938 r. Rzesza anektowała Austrię, a pomogli w tym Hitlerowi jego austriaccy zwolennicy.
Przejdźmy teraz do współczesności.
Ta sama partia – tyle że pod inną nazwą – w imię zachowania stabilności państwa przystępuje do sojuszu z ugrupowaniem, które lekce sobie waży tradycyjne zasady europejskiej demokracji. Formalnie nie głosząc niczego zakazanego, dyskretnie odwołuje się do pokładów austriackiej ksenofobii, której w tym kraju nigdy nie brakowało. Jednym z wyborczych haseł FPÖ był przecież slogan Wiener Blut – zu viel Fremdes tut niemand gut, co w wolnym tłumaczeniu oddać można jako „Wiedeńska krew – obcym w nadmiarze zawsze wbrew”. Owa „wiedeńska krew” to symbol austriackiej tożsamości. Dodajmy jeszcze i to, że w 1955 r. FPÖ założył nie kto inny, jak Anton Reinthaller, wysoki dygnitarz partii hitlerowskiej w przyłączonej do Niemiec Austrii. Może trudno dziś o to winić Kickla, ale przecież „niesmak pozostał”.
Kto jest tu zatem nowym Hitlerem i z której strony grozi Austrii nowy Anschluss? Otóż Kickl osobiście oraz cała FPÖ sprzyjają Władimirowi Putinowi i przeciwstawiają się polityce Unii Europejskiej względem Ukrainy. Oczywiście w imię „pokoju i nieizolowania Rosji”. Jednak jest faktem, że kremlowski dyktator ma w osobie Kickla adoratora co najmniej równie gorliwego jak Viktor Orbán. I jego pupil znad Dunaju może w którymś momencie odegrać niechlubną rolę w łamaniu europejskiej solidarności z Ukrainą – jakakolwiek by ona była.
Minusy i plusy nowej koalicji
Austria, podobnie jak Niemcy, jest państwem związkowym, zaś Karyntia jest jednym z jej landów. Gdy w 2000 r. premierem Karyntii został ówczesny szef FPÖ Jörg Haider, oburzona Unia Europejska zdecydowała się na krok bezprecedensowy wobec swojego członka, zawieszając z Austrią kontakty dyplomatyczne. Dziś, gdy przewodniczący tej samej partii został federalnym kanclerzem, Bruksela udaje, że nic się nie stało. Cóż, Europa, podobnie jak reszta świata, czeka na to, co zrobi Donald Trump po objęciu prezydentury USA. A tego naprawdę nikt nie wie. Lepiej więc się nie wychylać.
Z drugiej strony pakt zawarty między FPÖ a ÖVP niesie pewną nadzieję na utrzymanie zdrowego kursu austriackiej demokracji. Chadecy, jako silny sojusznik, będą chyba przecież moderować swoich kolegów w kwestii nadmiernych sympatii dla rosyjskiego satrapy. Bo jeśli tak się nie stanie, Austrię czekać będzie niechlubna powtórka z historii.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!








